Wydanie bieżące

1 października 19 (139) / 2009

Łukasz Iwasiński,

SOLIDNE SIMIAN MOBILE DISCO

A A A
Simian Mobile Disco “Temporary Pleasure”. Interscope Records, 2009.
Mariaże środowiska klubowego z rockową i popową alternatywą to zjawisko typowe dla brytyjskiej sceny (vide: madchester czy britpopowcy przewijający się na płytach gwiazd post-techno lat 90.). Ilekroć do nich dochodzi, pojawia się refleksja na temat tego, na ile uzasadnione są one względami artystycznymi, a na ile mają wymiar marketingowy i demonstracyjny. Wszak pokazywanie się w towarzystwie uznanych osobistości to wyraz prestiżu, podkreślenie wysokiego miejsca w społecznej hierarchii. Jeśli przyjmiemy, że o pozycji w muzycznym światku świadczą „featuringi” obecne na płycie, znaczy to, że Simian Mobile Disco, czyli James Ford i Jas Shaw, wyrośli na czołowe gwiazdy indie elektroniki.

Panowie zaczynali blisko dekadę temu, jako członkowie rockowego bandu Simian. Jednak zauważono ich dopiero w 2007 roku, po ukazaniu się albumu „Attack Decay Sustain Release”, już pod nowym szyldem, jako producencki duet. Płyta doskonale wpisała się w revival daftpunkowych brzmień (obok Justice i Digitalism), a współpraca m.in. z Arctic Monkeys, Klaxons czy Mystery Jets, jak i wydanie krążka w cenionej didżejskiej serii FabricLive, ugruntowały pozycję duetu.

„Temporary Pleasure” to drugi premierowy album grupy. W porównaniu z debiutem materiał jest bardziej różnorodny – czerpie z arsenału środków typowych dla dziewiątej dekady minionego wieku (od słodkiego synth-popu, po surowe electro), house'u, techno - a przy tym jest znacznie bardziej piosenkowy. Wydaje się, że panowie postanowili dowieść, iż potrafią stworzyć mocny, przebojowy, taneczny pop – nie tylko taki, który docenią fani klubowej alternatywy, ale (jak niegdyś Chemical Brothers) taki, który zaistnieje na szerokim popkulturowym rynku. Odpowiednio wyważyli proporcje między stricte parkietową motoryką, a refrenami, które nucić będą nawet fani – nazwijmy to umownie – współczesnej fali softrockowego renesansu. Umiejętnie „zagospodarowali” zaproszone gwiazdy. Z jednej strony mamy więc dość miękki, psychodelizujący „Cream Dream” z Gruffem Rhysem z Super Furry Animals oraz Neon Neon w roli wokalisty, dynamiczny i uwodzicielski synth-pop, „Velocity of Truth” zaśpiewany przez Chrisa Keatinga z Yeasayer czy nieco bardziej skłaniający się ku house'owi „Cruel Intentions”, w którym słyszymy głos Beth Ditto, a z drugiej strony – surowy, minimalistyczny „1000 Horses Can't Be Wrong” albo rozpędzone, stricte dancefollorowe numery „Synthesise” i „Ambulance” (poza wspomnianymi powyżej swój wkład w kształt albumu mieli: Diplo, Telepathe, Jamie Lidell czy też Alexis Taylor z Hot Chip). Na papierze wszystko to robi wrażenie. W rzeczywistości jednak płyta trochę zawodzi. Faktycznie, jest tu sporo momentów z popowym potencjałem, jest duża dawka parkietowej energii, a zaproszeni goście wnoszą swój koloryt i wzbogacają brzmienie. Brak jednak jednoznacznych hitów – na tyle nośnych, by od razu zapadały w pamięć, na tyle wyrazistych, by stały się klasykami. Wszystko jest tu co najwyżej solidne. To niemało, ale mam wrażenie, że ambicje duetu sięgały wyżej.