ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (139) / 2009

Tadeusz Kosiek,

WIELOŚĆ W JEDNOŚCI; JEDNOŚĆ W WIELOŚCI

A A A
David Sylvian "Manafon".Samadhi Sound, 2009.
David Sylvian (właściwie David Alan Batt) należy do nielicznego grona byłych rockmanów, których płyt oczekuje się z niecierpliwością. Spowodowane jest to nie tylko tym, że jako twórca od lat utrzymuje wysoki poziom, lecz i tym, że choć nieustannie eksperymentuje, to ciągle pozostaje sobą, dlatego też każda wzmianka o ukazaniu się jego nowego albumu jest jak zapowiedź wizyty dobrego znajomego.

Karierę muzyczną rozpoczął w pierwszej połowie lat 70. XX wieku, zakładając wraz z bratem i trzema kolegami zespół Japan. Zafascynowany Davidem Bowie, tak jak on przybrał nową tożsamość – David Batt stał się Davidem Sylvianem – i z niemal dorównującą swojemu idolowi (nie)konsekwencją jął przeskakiwać z jednej stylistyki w drugą. Początkowo kierowany przez niego zespół miotał się pomiędzy zbastardyzowaną odmianą glam rocka à la New York Dolls, utrzymanym w manierze Roxy Music wyrafinowanym art popem oraz pierwocinami raczkującej wówczas nowej fali. Wydane w tym okresie płyty przeszły bez echa, sukces w rodzimej Anglii grupa odniosła dopiero na początku kolejnej dekady, gdy popularnością zaczął cieszyć się nurt New Romantic, pod którego wpływem grupa znalazła się w końcowym okresie swej działalności. W przypadku Japan (w końcu nazwa do czegoś zobowiązuje) muzyka z nieźle sprzedających się albumów „Tin Drum” i „Oil on Canvas” to subtelna mieszanina elementów New Romantic i muzyki Dalekiego Wschodu.

Okazało się jednak, że masowa popularność nie była tym, czego dla zespołu chciał jego lider (złośliwcy twierdzą, że po prostu nie miał ochoty dzielić się nią z resztą grupy) i dlatego w 1982 Sylvian rozwiązał Japan, by jako solista cieszyć się popularnością bardziej elitarną. Lata 80. nieustające pasmo sukcesów artystycznych, wydał serię udanych płyt solowych (ze zjawiskową „Sectets of the Beehive” na czele), nawiązał również owocną współpracę z kilkoma znaczącymi postaciami z kręgów muzyki eksperymentalnej (m.in. z Holgerem Czukayem, Ryuichi Sakamoto, Robertem Frippem, Billem Nelsonem). Twórczość Sylviana z tamtego okresu to autorska wersja popularnej muzyki postmodernistycznej, w której pop miesza się z jazzem, ambient z folkiem, krautrock z soulem, etno z kameralistyką, a elementy wszystkich tych stylistyk choć pozostają rozpoznawalne, to umieszczone w nowym kontekście harmonijnie tworzą nową oryginalną jakość.

Kolejna dekada to okres wyraźnego zainteresowania się Sylviana sztuką wyższą. Jego muzyka, w odróżnieniu do lat 80., pojawia się już nie tylko na płytach oraz w filmach, ale wkracza do galerii jako element instalacji multimedialnych. Pierwsza połowa lat 90. to również okres krótkotrwałej aktywności reaktywowanego Japan, tym razem w formie kwartetu i pod zmienioną nazwą (Rain Tree Crow) oraz dłuższej współpracy z Robertem Frippem. Co prawda Sylvian nie zgodził się na dołączenie do składu reformowanego wówczas po raz kolejny King Crimson, ale z liderem zespołu, i przy udziale kilku członków grupy, nagrał dwie płyty, przygotował instalację na potrzeby galerii i zagrał długą serię koncertów. Dopiero pod sam koniec dekady ukazał się, po dwunastoletniej przerwie, jego nowy solowy album zawierający solidną porcję postjazzowego popu nagranego z towarzyszeniem grona stałych współpracowników oraz kilku luminarzy nowoczesnego jazzu (m.in. Marca Ribota, Billa Frisella i Kenny`ego Wheelera).

Wiek XXI to czas zmian. Wygasa trwająca ponad dwadzieścia lat współpraca z Virgin Records i Sylvian zakłada własną niezależną wytwórnię Samadhi Sound. Od tej pory to właśnie w jej barwach wydaje swoje autorskie płyty, albumy kierowanego wraz z niemieckim „elektronikiem” Burntem (Berndtem) Friedmanem avantpopowego zespołu Nine Horses oraz nagrania przyjaciół (A.Rabelais, D. Baileya, H. Budda, D.Toopa i innych). „Blemish”, jego pierwsza w nowym wieku płyta solowa, to dzieło ambitne, stanowiące udaną próbę wprowadzenia do świata popu elementów estetyki glitch oraz muzyki improwizowanej. Za pierwsze odpowiada niekoronowany król cyfrowego usterkowania Christian Fennesz, za drugie - jeden z proroków EFI Derek Bailey. Na tej płycie muzyka Sylviana staje się bardziej abstrakcyjna, gdyż partie wokalne uniezależniają się od akompaniamentu. Ba, termin akompaniament wręcz traci sens, ponieważ zarówno partie instrumentalne, jak i wokalne uzyskują całkowitą autonomię. Najnowszy wydany przed dwoma tygodniami album stanowi kolejny krok na tej drodze.

Płytą „Manafon”, nagraną przy współpracy śmietanki muzyków (Tetuzi Akiyama, Werner Dafeldecker, Christian Fennesz, Franz Hautzinger, Sachiko M, Marcio Mattos, Michael Moser, Toshimaru Nakamura, Evan Parker, Keith Rowe, Joel Ryan, Burkhard Stangl, John Tilbury, Otomo Yoshihide) i realizatorów (Christoph Amann. Toshihiko Kasai, Sebastian Lexer, Neil Tucker) z kręgu współczesnego free improv, Sylvian zgłasza swój akces do świata EAI. Oczywiście czyni to na swoich warunkach, łącząc improwizację elektroakustyczną z tradycyjnym postrockowym piosenkarstwem. Podobne próby podejmowano już wcześniej, jednak bohater tego tekstu uzyskuje odmienny efekt niż chociażby artyści nagrywający dla Erstpop. Dla nich głos jest tylko jednym z kilku jednakowo ważnych składników, w nagraniach firmowanych przez Sylviana zdecydowanie dominuje nad partiami instrumentalnymi, które, choć pozostają wyraźnie słyszalne, umieszczone zostają w głębi. I pomimo tego, że wielu osobom się to nie podoba, to moim zdaniem nierównomierne rozłożenie planów dźwiękowych jest jednym z atutów płyty, decydującym o jej odmienności i świeżości. Nagrań czysto instrumentalnych utrzymanych w podobnej estetyce ukazało się już bardzo dużo (wystarczy sięgnąć po któryś z albumów grupy Polwechsel, czy późnego AMM), dobrze więc, że Sylvian oparł się pokusie bezmyślnego ich naśladowania.

Projekt „Manafon”, który swoją nazwę wziął od małej wsi w Walii, w której przez kilka lat żył, pracował i tworzył jeden z najsławniejszych walijskich poetów R. S. Thomas , powstawał stopniowo. Najpierw w studiach nagraniowych (sesje odbyły się w Londynie, Tokio i Wiedniu w latach 2004-2007) zagościli improwizatorzy, następnie z wielu godzin nagranej przez nich muzyki Sylvian wybierał odpowiadające mu fragmenty; zestawy dźwięków, które inspirowały go do napisania tekstu. Kiedy tylko tekst był gotowy, jak najszybciej – to miała być jego forma improwizacji – starał się nagrać partie wokalne, które następnie miksował z wybranym wcześniej materiałem. W kilku nagraniach z płyty pierwotny wokal pozostał w stanie niezmienionym, jednak częściej Sylvian mocno w niego ingerował, samodzielnie dogrywając partie instrumentalne lub też łącząc w jedno nagranie ścieżki zarejestrowane przez różnych muzyków w różnym czasie i miejscu. Ostatecznego kształtu nagrania nabrały dopiero w ubiegłym roku, gdy w studiach Samadhisound Sylvian na nowo poddał je edycji i procesowi miksowania. Efektem tej pracy jest specyficzna odmiana postpopowej muzyki kameralnej, zbiór nie tyle piosenek, co raczej intymnych pieśni. Pieśni, których raczej niewesoła treść idzie w parze z trudno uchwytną linią melodyczną.

Nie da się ukryć, że „Manafon” nie jest pozycją lekką, problemy poruszane w tekstach nie są na tyle uniwersalne, by każdy słuchacz mógł się w nich odnaleźć (przyznam szczerze, że nie zrozumiałem, o czym niektóre mówią), muzyka z trudem zapada w pamięć, w czym na pewno nie pomaga specyficzne „przesunięcie w fazie” warstw instrumentalnej i wokalnej. Jest to jednak na pewno pozycja nietuzinkowa, za którą kryje się oryginalna wizja poszukującego niepokornego artysty, którego dziełu można poświęcić kilkadziesiąt minut swojego życia po to, by odkryć nowe tereny. W otwierającym płytę utworze „Small Metal Gods” Sylvian śpiewa: „It’s the farthest place I’ve ever been/ It’s a new frontier for me”, spróbujmy podążyć za nim.