Wydanie bieżące

1 października 19 (139) / 2009

Wiesław Kowalski,

I(GRANIE) Z CZASEM I PAMIĘCIĄ

A A A
Dwukrotnie w minionym sezonie artystycznym młodzi twórcy teatralni sięgnęli po opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza „Panny z Wilka”, które nie bez kozery zaliczane jest do arcydzieł krótkiej formy prozatorskiej. I o ile swoją opolską adaptację Tomasz Konina inkrustuje dwoma innymi opowiadaniami, „Sérenite” i „Przyjaciele”, to Krzysztof Rekowski w Teatrze Polskim w Poznaniu ograniczył się tylko do tekstu, który 30 lat temu został tak genialnie, bo dorównując oryginałowi, sfilmowany przez Andrzeja Wajdę. W tym momencie trzeba by się zastanowić, dlaczego twórcy teatralni nie chcą dzisiaj sięgać po gotowe teksty dramatyczne Iwaszkiewicza, które zupełnie niezasłużenie poszły w niepamięć. Przypomnijmy, że „Lato w Nohant” grano ostatnio w 1989 roku w Teatrze Rozmaitości w Warszawie, „Wesele pana Balzaka” w 1988 roku w Czeskim Cieszynie, a „Maskaradę” w 1981 w Lublinie. Twórczość dramaturgiczna autora „Słońca w kuchni”, zrealizowanego również w tym roku przez Marcina Brzozowskiego w Teatrze Nowym w Łodzi, tylko pozornie może wydawać się staroświecka i anachroniczna, albowiem elegancja konwersacji, harmonijna i efektowna kompozycja oraz niezwykła precyzja konstruowanych postaci wynikają konsekwentnie z zastosowanej konwencji. I choć być może jego dramaty nie poruszają bolesnej problematyki naszej współczesnej rzeczywistości, to jednak trudno byłoby je uznać za pozbawione treści czy bezmyślne. Tyle że w teatralnej robocie nie wystarczy tej twórczości przefiltrować przez własną prywatność czy na swoją modłę przekomponować. Najpierw potrzebne jest wnikliwe rozczytanie wszystkich efektów scenicznych zawartych w partyturze dramatu, w jego spójnej strukturze, a dopiero potem konstruowanie teatralnej prawdy w zgodzie z temperamentem i inwencją własną wszystkich zaangażowanych w projekt artystów. Wcale nie prościej jest z opowiadaniami Iwaszkiewicza w teatrze, które z trudem poddają się nowatorskim interpretacjom, stylistycznej oryginalności sprowadzanej jakże często do pustych inscenizacyjnie fajerwerków podnoszonych do rangi dekonstruktywistycznej nowoczesności czy postdramatycznej awangardy
.
W poznańskiej inscenizacji, kameralnej i pastelowej, nie do końca czytelny jest pomysł na uczynienie z „Panien z Wilka” historii na wskroś współczesnej, choć prawdy uniwersalne na temat nieuchronności czasu wybrzmiewają z właściwym sobie smutkiem i goryczą. Trudno jednak dociec czym, dla skądinąd reżysera nie bojącego się teatralnego ryzyka – wystarczy choćby przywołać nagrodzoną na Festiwalu Szekspirowskim „Romeo i Julię” z Jeleniej Góry – miała być dzisiaj ta opowieść o zmaganiu się z czasem minionym i z samym sobą w tym czasie pogrążonym, o młodości traktowanej i rozpatrywanej przez wszystkich bohaterów w kategoriach arkadyjskiego mitu. W zapowiedziach przedpremierowych wiele mówiło się o podjęciu przez realizatorów tematu egzystencjalnego i erotycznego niespełnienia oraz tożsamości głównego bohatera, rozpatrywanej również w kategoriach seksualnych. Niestety wątki te i motywy zabrzmiały w spektaklu poznańskim nader powściągliwie, zachowawczo, by nie rzec nieśmiało, co bez wątpienia sprowadziło momentami opowieść do poziomu zawieszonego jednak w dość odległym czasie obyczajowego obrazka, tradycyjnego i w dużej mierze poprzez brak elementów symbolizujących realistycznego. Próby metaforyzowania języka czy szukania poetyckiego i bardziej subtelnego ekwiwalentu scenicznego dla zjawiska przemijania ugrzęzły w działaniach, które tak jak w przypadku wszystkich spotkań i rozmów przy stole nie pomagały w konstruowaniu napięć między poszczególnymi postaciami dramatu. Myślę tutaj o realizacji reżyserskich zamierzeń, albowiem sama adaptacja, a przede wszystkim jej punkt wyjścia wydaje się dość zaskakujący. Rekowski wprowadził bowiem do spektaklu postać w opowiadaniu marginalną, tutaj pełniącą bardzo istotną funkcję narratora, komentatora, czasami mentora i niejako spowiednika głęboko skrywanych sekretów Wiktora Rubena, pragnącego powrócić do czasów młodości po to, by uporządkować choćby dwuznaczność i zawiłość swoich relacji z pannami z Wilka. Mowa o Jurku (Paweł Siwiak), niedawno zmarłym przyjacielu Wiktora. Ta perspektywa spojrzenia czyni z kleryka jedną z głównych osi kompozycyjnych przedstawienia, tak samo, jak swoiste igraszki z czasem polegające na kilkakrotnych powtórzeniach niektórych scen. I tak na przykład, przyjazd Wiktora do Wilka oglądamy w trzech odsłonach, z których każda pokazuje inne reakcje bohaterek Iwaszkiewicza na pojawienie się niespodziewanego gościa. Tylko Wiktor w każdej z tych sekwencji pragnie, by wszystko pozostało tak jak było, niezależnie od tego, czy mieszkanki Wilka reagują niedowierzaniem, niedomówieniem, radością, czy też bardziej ofensywnie.

Z różnym powodzeniem udaje się poznańskim aktorkom wejść w role kobiet w jakimś sensie złamanych, dotkniętych i poszukać źródeł frustracji oraz kompleksów; w solowe partie, które tak dobrze pamiętamy z nominowanego do Oscara filmu Andrzeja Wajdy. Może też dlatego strona aktorska spektaklu w ukazaniu całej palety barw kobiecego rozgoryczenia, rozczarowania czy zawiedzionych nadziei nie do końca satysfakcjonuje. I jeśli Ewa Szumska, jako Jola, powściągając temperament potrafi bez pośpiechu i rozważnie odkrywać swoje uczucia związane z zagubieniem w próbach powrotu do wspomnień, to już Kazia w interpretacji Barbary Krasińskiej wydaje się być postacią zbyt introwertyczną, jakby zdegradowaną i stojącą z boku całej opowieści. Natomiast Alinie Czyżewskiej w dość jednobarwnym portretowaniu kobiecości Tuni nie zawsze udawało się być żarliwą i wystarczająco zmysłową partnerką Wiktora w jego walce z meandrami własnej pamięci. Pamięci, która implikuje wszystkie dylematy związane z dookreśleniem tego, co nazywamy byciem sobą na poziomie osobistym, kulturowym, społecznym czy seksualnym. Najbarwniejszą i najbardziej wyrazistą postać kobiecą tworzy bez wątpienia w poznańskim przedstawieniu Teresa Kwiatkowska w roli Julci. I choć aktorka bardzo subtelnymi środkami sugeruje nam do jakiego stopnia posunięta jest intymność jej kontaktów z Wiktorem, to jej aktywność scenicznego bycia, nawet wtedy, gdy odwrócona plecami do gościa gra na pianinie, jest pełna napięcia i dramatycznej siły.

Wiktor Ruben w interpretacji Michała Kalety to przede wszystkim człowiek samotny, pełen niepokoju i wątpliwości, to niedojrzały i zagubiony emocjonalnie mężczyzna, próbujący walczyć ze swoim wewnętrznym światem i problemami swojej osobowości, zdeterminowany chęcią ponownego zachłyśnięcia się tym, co przeminęło, co dawno zgasło i nigdy nie wróci. W spektaklu Rekowskiego jego podróż przypomina bardziej sentymentalny powrót do miejsca, gdzie 15 lat temu spędził wakacje i gdzie rodziły się pierwsze młodzieńcze uczucia, brakuje natomiast podszytego smutkiem i goryczą pierwiastka rozliczenia straconych złudzeń, i to nie tylko własnych. Bo przecież przyjazd Wiktora do Wilka nie tylko narusza zaistniały porządek, ale również wskazuje ile w tym porządku jest rzeczy złych i niewłaściwych, których nikt nie ma siły zmienić. I tego wymiaru w przedstawieniu Rekowskiego brakuje najbardziej.
Jan Kozikowski, autor niezapomnianej przestrzeni do spektaklu „Matka Joanna od Aniołów” w reżyserii Marka Fiedora w Opolu, próbował oddać w scenografii całą zmysłowość, subtelność i poetyckość opowiadania Iwaszkiewicza. Są więc i pożółkłe jesienne liście oraz wielki tiulowy baldachim spowijający salon ze spatynowanymi przez czas sprzętami. Ten kontrast dwóch światów jest do pewnego momentu szalenie intrygujący. Jednakże ograniczenie działań scenicznych do tych dwóch planów akcji, zarówno w części pierwszej i drugiej nie najlepiej działa na rytm i tempo spektaklu, a także na harmonijność rozkładanych napięć. Owo spowalnianie płynącego czasu było zapewne świadomym zabiegiem reżysera, tyle że nie zawsze uzasadnionym.
Jarosław Iwaszkiewicz „Panny z Wilka”. Adaptacja i reżyseria: Krzysztof Rekowski. Scenografia: Jan Kozikowski. Kostiumy: Iza Toroniewicz. Muzyka: Marcin Mirowski. Ruch sceniczny: Filip Szatarski. Teatr Polski w Poznaniu. Premiera: 28 maja 2009.