Wydanie bieżące

1 października 19 (139) / 2009

Anna Miozga, Jakub Abrahamowicz,

AKTORSTWO WYMAGA POKORY

A A A
Rozmowa z Kubą Abrahamowiczem, aktorem Teatru Polskiego w Bielsku-Białej
Anna Miozga: Czym dla Pana jest aktorstwo?

Kuba Abrahamowicz: Bardzo ważnym i bardzo przyjemnym spędzaniem czasu. Pewnie powinienem powiedzieć: misją, zbawczym działaniem, spełnianiem swoich pragnień, zabawą. I tak jest! Ale po tylu latach bycia na scenie najprawdziwiej wyraziłem się pierwszym zdaniem.

A.M.: Jest Pan absolwentem Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie a także dyplomowanym reżyserem dramatu. Która z tych form tworzenia sztuki jest Panu bliższa i dlaczego?

K.A.: Aktorstwo. Tu padają najważniejsze pytania i ważne odpowiedzi. Tu bada się przez siebie ewentualność, prawdopodobieństwo, szuka się sposobu jakby „ze środka duszy”. Aktorstwo daje szansę oglądania siebie z niezwykłych stron, nie jest dalekie od życia, od tego codziennego. Jest z życiem spójne. Wymaga ogromnej pokory. Zwłaszcza, gdy się w sobie zobaczy coś, o czym nie miało się pojęcia, a czasem jest piękne, czasem obrzydliwe. Zawsze uważałem, że nie można być dobrym aktorem, nie będąc dobrym człowiekiem. To bardzo trudne do zrozumienia (co dopiero do zrobienia!), ale jakże fascynujące! Jakże mobilizujące! To jest wyjątkowość aktorstwa. I przewaga nad innymi profesjami.

A.M.: Przez sześć lat był Pan dyrektorem artystycznym Pierwszego Prywatnego Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego o Profilu Artystycznym w Bielsku-Białej. Jest Pan również organizatorem licznych koncertów, festynów i spektakli plenerowych z udziałem młodzieży. Jak ważną rolę w kształtowaniu młodego człowieka odgrywa w dzisiejszych czasach szeroko pojęta sztuka? Potencjalnego szesnastolatka chyba dziś trudno zarazić teatrem?

K.A.: Nie trudno. Młodzież jest cudowna. Otwarta i ufna. Łatwo ją poprowadzić pięknym hasłem. Hasłem TEATR również. Ale, aby pracować z młodzieżą, trzeba być bardzo krytycznym wobec siebie. Trzeba mieć interesujący pomysł na budowanie grupy, charyzmę i ważny temat artystyczny. To nieprawda, że dzisiejsze czasy są trudniejsze od tych, które minęły. To frazes. Wszystko jest w nas. Jeśli masz coś do zaoferowania – dobrze, pięknie! Jeśli nie – młodzi zaraz to wyczują. I druga rzecz. „Prawdziwa sztuka ociera się o Boskość”. Nie ma sensu robienie teatru z młodzieżą, czy w ogóle robienie czegokolwiek na poziomie sztuki, jeśli się nie ma, lub jeśli się nie szuka, bardzo intensywnie filozofii swojego życia. Inaczej to strata czasu.

A.M.: W swoim dorobku artystycznym ma Pan już między innymi rolę Hamleta, Papkina, Mistrza w „Mistrzu i Małgorzacie” czy Gustawa w „Ślubach panieńskich”, ale może jest rola, która wciąż znajduje się w sferze Pańskich marzeń?

K.A.: Nie mam marzeń dotyczących roli. Jeśli powiem: każda będzie mnie cieszyć – nie będzie to prawda. Jeśli powiem: XYZ – to jeszcze tyle niepewności po drodze. Na przykład reżyser.

A.M.: Występuje Pan w inscenizacji „Konopielki” Edwarda Redlińskiego – powieści filozoficznej będącej z jednej strony satyrą na postęp, z drugiej zaś na nieprzejednane zacofanie. Jaka jest bielskie wydanie „Konopielki”?
K.A.: Ten spektakl to ten odcień życia, który wszyscy – widzowie i aktorzy – nosimy w sobie. Jest on tak dosadny, śmieszny i tragiczny… Ponad godzina terapii przez sztukę! Ponad godzina refleksji głębokiej, ale podanej w galaretce owocowej.

A.M.: Akcja „Konopielki toczy się we wsi Taplary na Białostocczyźnie, trudno gra się gwarą?

K.A.: No, tak! Jak wszystko, co nowe. Ale to jak jazda na rowerze. Kilka upadków, a potem przyjemność jazdy. Pod górkę i z górki. Koledzy są pyszni w swoich rolach! Terapeuci pierwsza klasa!

A.M.: Dziękuję za rozmowę.