Wydanie bieżące

1 października 19 (139) / 2009

Marcin Wilk,

KTO SKOŃCZYŁ, TEN ZACZNIE NA NOWO

A A A
17 maja 2009 roku skończyłaby lat 47. Tego byłoby stanowczo za dużo. Za dużo już było 17 maja 2002 roku. Wtedy miała skończyć 40 lat. Za dużo. Dlatego (czy dlatego właśnie? – to oczywiście pozostanie tajemnicą) wywinęła się śmierci tak jak chciała: samodzielnie, dumnie, w przekonaniu, że tak jest lepiej. Aglaja Veteranyi – postać, która żyje w tekstach bardzo. Tak bardzo, że czasem trudno udźwignąć tę egzystencję za jednym razem. Tak jak to się dzieje w przypadku kompilacji „Kto znajduje, źle szukał” wydanej właśnie przez Wydawnictwo Czarne.

Autorką koncepcji całości, kompozycji i przekładów jest Katarzyna Leszczyńska. Aglaję, jak sama pisze w znakomitym wstępie („wstęp” zresztą to za małe słowo na ten tekst), poznała dzięki „Dziecku w mamałydze” i dziennikarce „Gazety Wyborczej” Annie Frankowskiej, której Leszczyńska towarzyszyła jako tłumaczka i przewodniczka po Zurychu. Stolica Szwajcarii była też przez wiele lat ośrodkiem działalności Aglai. To tam rozegrała się większość wydarzeń z artystycznego życia aktorki i pisarki. To tam też, w sercu państwa symbolizującego dobrobyt i spokój, rozgrywała się tragedia egzystencji Aglai. Tka jej tło Leszczyńska w swoim wstępie, pisząc o jej życiorysie i wplatając w to pisarskie doświadczenia Veteranyi, która urodziła się jako Monika Gina. Dzięki temu dowiadujemy się nie tylko o powszechnie znanych i sprawdzalnych gdziekolwiek w internecie faktach (rumuńskie pochodzenie, cyrkowa historia rodzinna, młodość w hotelach i cyrkach, fenomenalna nauka języka niemieckiego, aktorstwo i depresja), ale również poznajemy plotki, apokryfy, domniemania. Do takich przecież należy zaliczyć wieść o poczęciu w Krakowie (tak twierdziła matka Aglai), albo liczbę „70”, która określała ilość odrzuceń maszynopisu „Fletni Pania”. Swoją drogą, Aglaja po 70. razie wcale nie zamierzała drzeć szat i martwić się o swoją pozycję na literackim rynku. Wolała raczej świętować z przyjaciółką, Gabrielą Markus, „że mimo wszystko żyje i ma ochotę pisać dalej”. Bardzo to zresztą dla niej charakterystyczne – podlane irracjonalnością i ignorancją rzeczywistości – zachowanie.

Ów wstęp Leszczyńskiej bowiem to nie tylko wyraz fascynacji postacią, ale i próba wprowadzenia w rytm lektury reszty książki. Pocięte i pisane niejako w pośpiechu, pomiędzy jednym a drugim haustem powietrza, fragmenty prozatorskie, dramaturgiczne i poetyckie trudno czytać linearnie. One pulsują raczej pod powierzchnią naszej uważności i zapętlają się delikatnie, odkrywając bogactwo egzystencjalnej kolekcji Veteranyi. Leszczyńskiej, można nawet odnieść wrażenie, nie raz udziela się w języku to Veteranyiowskie ukąsznie. Słychać to na przykład we fragmencie, gdzie kolejne zdania układają się we wstępy do nieopowiedzianych opowieści, na które nie ma nigdy czasu, bo ciągle trzeba gdzieś gnać – za nowym, świeżym, w ucieczce przed starym, wypłowiałym. W partii tekstu, który zwrócił moją uwagę, czytam na przykład takie zdania: „Jako że ta »obejmowaczka świata« namiętnie kolekcjonowała ludzi, opowieści toczą się bez końca. O tym, jak potrafiła słuchać, jak była bez reszty obecna w rozmowie, jak bez ogródek przechodziła do sedna sprawy, żałując czasu na czczą paplaninę i wprawiając rozmówców w osłupienie. O tym, jak peszyła otoczenie anarchistycznymi zachowaniami, wynikającymi może nawet nie tyle z buntu przeciw konwencjom, ile z ich nieznajomości. O intensywności jej związków i przyjaźni, rodzących prawie zawsze wspólnotę pracy, która była jej życiem. (…) O Aglai Veteranyi, kobiecie baroku i dziewczynce, która nie chciała się znowu zestarzeć”.

Aglaja Veteranyi faktycznie bowiem nie dość, że bezceremonialnie stapia się ze swoimi narratorkami i wypowiadającymi opowieści (aktorski talent najwyraźniej się przydał nie tylko na prawdziwej scenie), to jeszcze prowokuje do pytań, które wchodzą w przestrzeń pomiędzy uniwersalizmem egzystencji każdego z nas a odszukiwaniem poszczególnych wątków z biografii autorki. Myślę tu na przykład o śmierci. W tym jednak Veteranyiowskim przypadku zaznaczyć trzeba, że obsesja śmierci powracająca w różnej postaci i różnej atmosferze – od pełnej grozy rezygnacji po kolorową groteskę – była dla autorki imperatywem do wymyślania życia na nowo. I do konstruowania nowych definicji. „Człowiek nie rodzi się w chwili, w której przychodzi na świat, lecz w tej, kiedy poznaje siebie” – pisze w jednym z tekstów Veteranyi. Gdzie indziej zaś odnajdujemy w krótkim fragmenciku, 1. części „24 kawałków słów w kilku częściach”, następujący obraz: „Kiedy śmierć umierała, przyszedł dobry Bóg i powiedział: »Nie umierać! Nie umierać! Jak umrzesz, zanudzę się na śmierć!«. I tak śmierć została przy życiu”.

Błyskotliwość, natrętna i nieco momentami irytująca dla umysłu zanurzonego w zachodnim logosie, przyzwyczajonego do linearnego i logicznego poznania, to ważna cecha tych tekstów. Przejawia ona swoją siłę nie tylko w puencie opowieści, ale również w rozłączności słów, które, w oparciu o magiczną zasadę definiującą się w – górnolotnie mówiąc – indywidualnej dykcji Veteranyi, spajają te literackie fragmenty w całostki. I choć więc różni krytycy na początku zarzucali tekstom Veteranyi kiczowatość, błahość, bzdurność, to jednak lektura antologii, zbierającej właśnie rozmaite fragmenty – niczym fotografie egzystencji, raczej odkrywa przed nami fascynującą uwodzicielkę wyobraźni i języka, który nie rości sobie prawa ani do żadnej odpowiedzialności, ani do żadnego porządku. Jest idealnie anarchistyczny, a w swoim anarchizmie – apolitycznie bezużyteczny, choć przecież dostarczający tyleż rozkoszy zmysłownej (tak właśnie pisanej – bo od słów pochodnej). Jak stwierdziła sama Veteranyi: „moja głowa jest jak szuflada, w której panuje absolutny chaos. Kiedy szukam czegoś, niczego nie znajduję”. To ważne słowa, które my, czytelnicy, powinniśmy sobie wziąć do serca. Nie tylko podczas czytania.

Świetny więc tytuł wybrała Leszczyńska na ten zbiór. Świetną też, bliską wyjątkowości egzystencji Veteranyi, wybrała Leszczyńska strategię, dzieląc całość na części tak różne, że stapianie ich ze sobą odbywać się może tylko na jakimś bliżej nieokreślonym poziomie skojarzeń i odnajdywania powtórzeń. Powtórzeń, dodam, które komponują się przeciwlegle niczym figury na kartach do czarów. Śmierć i odrodzenie, oderwanie i poszukiwanie miejsca dla siebie, ucieczka i wyczekiwanie, przywiązanie i niezobowiązanie. W ten oto sposób poszczególne rozdziały (zbiór „Nie mam nic do powiedzenia, ale mówię to wyraźnie”, wywiady i notatki do spotkania artystycznego PhiloThink w Baden, opowieść przyjaciół o pisarce i aktorce, a wreszcie teksty-zabawy z przyjaciółmi oraz, jak to pięknie nazywa Leszczyńska, „upominki” literackie dla Aglai) czyta się najlepiej na wyrywki, bez pośpiechu i na zasadzie, nieco irracjonalnej, luźnych przeskoków. W ten też sposób ta książka staje się ważnym uzupełnieniem dla innych, znanych również w Polsce, książek Veteranyi – „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze” oraz „Regału ostatnich tchnień”.

Ale, co najważniejsze, na Aglaję i jej czytanie nie ma przepisu. Przydaje się za to intuicja, empatia, cierpliwość i garść mocnych nerwów. Najlepiej – jakby to ona sama pewnie napisała – z kilka kilogramów. Tyle akurat, by udźwignąć ciężar tej książki i idącej za nią postaci, a następnie wrócić do siebie. I też dźwigać. Tym razem siebie. Cięższego jakoś po tym zbiorze. O kilka kilogramów. Ale czy to za dużo? Wcale nie. To przecież ciągle dopiero początek.
Aglaja Veteranyi: „Kto znajduje, źle szukał”. Przekład, opracowanie, wstęp Katarzyna Leszczyńska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2009 [seria: Lilith].