Wydanie bieżące

1 października 19 (139) / 2009

Janusz Paliwoda, Daniel Odija,

PRÓBUJĘ ZAPISYWAĆ WYOBRAŹNIĘ

A A A
Janusz Paliwoda: Twój bohater, Adam Nowak, tak jak Ty od dawna nie może napisać nowej książki. Na tym podobieństwa między wami się kończą czy zaczynają?

Daniel Odija: Mam nadzieję, że między nami w ogóle jest mało podobieństw. Ja jednak cały czas piszę, Adam Nowak jest pisarzem przypadkowym. To nie tak, że od dawna nie mogłem napisać książki. Przez pięć lat pracowałem nad dwoma powieściami. Oczywiście, w dzisiejszych czasach, gdy wszyscy biegają z wywieszonymi jęzorami, w pogoni za splendorem, szmalem i kto tam ich wie, wymagane jest wydawanie książki raz w roku. Mam to gdzieś. Jeśli rzecz jest gotowa, będzie publikowana. Jeśli życie naznaczy mnie wydarzeniami, które warto opisać, piszę… Wciąż jednak uczę się cierpliwości. Czasu, który nas pochłania i tak nie da się przegonić.

J.P.: Powtarzasz w kółko, że „Niech to nie będzie sen...” jest odreagowaniem ciemnych mocy, które zawładnęły Tobą podczas pisania „Komedii”. Jesteś tego pewien? Twoja najnowsza powieść jest wesoła tylko na początku...

D.O.: Zarówno „Niech to nie będzie sen” jak i „Komedia” są odreagowaniem na śmierć bardzo bliskiej mi osoby. Jeśli jest w nich śmiech, to przez łzy. Zgadam się, że w „Niech to nie będzie sen” pierwsza połowa jest dużo zabawniejsza niż druga, no ale przecież bohater pogrąża się w obłędzie, a w szaleństwie niewiele jest do śmiechu.

J.P.: W których momentach pisania „Niech to...” śmiałeś się najgłośniej?

D.O.: Z historii garbatego i kulawego Gienka, który w dodatku obciął sobie palec. Może trudno w to uwierzyć, ale to historia prawdziwa. Zresztą jak większość opisanych w „Niech to nie będzie sen”.

J.P.: W Twojej powieści jest sporo wątków autobiograficznych. Spotkałeś kiedykolwiek
takich oryginałów jak szef OSP, Tomasz Lebioda lub sierżant Paluch?


D.O.: Znałem takiego Tomasza Lebiodę – podobne postacie ciężko wymyślić. Sierżant Paluch jest zasłyszany z opowieści. Jednostka istniejąca, choć w dwóch postaciach. Na potrzeby powieści zlepiłem ją w jedno.

J.P.: Masz obsesję na punkcie much oraz motyli i to w stanie rozkładu? Skąd wzięła się u Ciebie ta przypadłość?

D.O.: No ale akurat w „Niech to nie będzie sen” dużo motyli lata, a to, że niektóre są zjadane przez pająki, cóż – tak jest. Ja fotografuję motyle, ważki i koniki polne, ale przede wszystkim motyle. Znam się na motylach. Godzinami, dniami, tygodniami za nimi biegam, jak pacan jakiś… Uspokaja mnie to.

J.P.: W „Niech to...” podobnie jak w „Tartaku” pożar pełni przede wszystkim rolę oczyszczającą, zbawienną. Od kiedy fascynuje Cię żywioł ognia, pożoga...?

D.O.: W ogóle fascynują mnie żywioły. Ale raczej jako obraz do opisania w taki sposób, by ich obecność unosiła się z kartek papieru i zajmowała umysły czytających – to mnie bardziej interesuje niż dociekania, jaką rolę spełniają w naszym życiu.

J.P.: Ryszard Kozik („Gazeta Wyborcza”, Kraków/8.12.08) twierdzi, że wątek pisarza, który ucieka przed problemami i szuka spokoju w rodzinnych stronach jest zbyt „ograny”, zarzuca ci powtarzalność, wtórność. Jak zareagowałeś na tę recenzję?

D.O.: Nie czytałem tej recenzji, ale pewnie Kozik ma trochę racji. Zamiast pisarza mogłem podstawić malarza, który maluje abstrakcję ze wzorów na skrzydłach motyli. Lepiej pasowałby do fabuły niż ten pisarz. Zamiast podstępu sztuki za bardzo utożsamiłem się z bohaterem i zgubiłem dystans. Z drugiej strony w powieści jest może jedno zdanie o Adamie jako pisarzu, góra dwa. Mnie pisanie o pisaniu nudzi i w tej powieści o pisaniu czy raczej niemożności pisania tyle, co kot napłakał.

J.P.: Marta Cuber w „Polityce” chwali Cię z kolei za podjęcie „długo oczekiwanego tematu” czyli zbilansowania zysków i strat pisarzy urodzonych w latach 70-tych. Uważasz, że już przyszedł czas na takie podsumowania?

D.O.: Ale ja nikogo nie bilansuję. Mnie takie rzeczy nie interesują.

J.P.: Recenzenci często szukają podobieństw między Twoją książką a „Sennością” Wojtka Kuczoka. Jesteś zaskoczony tym porównaniem?

D.O.: Nie znam książki Wojtka, za to wciąż lubimy wypić wspólnie co nieco.

J.P.: W jednym z wywiadów, opowiadając o sensach zawartych w Twojej ostatniej książce, stwierdziłeś: „Piekło zaczyna się, gdy znikają ukochani ludzie”. Czy Twoje piekło zaczęłoby się wtedy, gdybyś przestał pisać?

D.O.: Mam nadzieję, że moje piekło na jakiś czas zniknęło. Wiadomo, że za chwilę nadejdzie nowe, ale teraz próbuję żyć teraźniejszością. Przyglądam się swoim dzieciakom, które szczęśliwie zdrowo rosną i zapowiadają się na dużo bystrzejsze od ojca. Dziękuję mojej żonie, że jest... A pisania wciąż się uczę i mam nadzieję, że daleko mi do przerwania tej nauki. No chyba, że jakaś żyłka w mózgu pieprznie, albo życie się przetnie… Póki dycham, nie boję się, że zabraknie mi tematów. Czuję też, że mam przed sobą kilka układów słów, których jeszcze nie zapisałem.

J.P.: A co z terminem Proza Północy? Można jeszcze wyodrębnić pisarzy pochodzących z tego regionu, którzy tworzą literaturę, mającą pewne wspólne cechy, tak jak to miało miejsce
kilka lat temu?


D.O.: Mnie to naprawdę nie interesuje. Klasyfikowanie to dziedzina krytyków. Mi szkoda na to czasu. Ja po prostu robię swoje. Obrazy, które widzę, i rozmowy, które słyszę, próbuję zapisywać na papierze. No i wyobraźnię też. Wyobraźnię też próbuję zapisywać. To mnie uspokaja. Zapisywanie…

J.P.: Dziękuję za rozmowę.