Wydanie bieżące

1 października 19 (139) / 2009

Jarosław Czechowicz,

TRACĄC KILOGRAMY, NISZCZĄC SIEBIE…

A A A
Przed laty, gdy Marta Syrwid sprawiła sobie prezent na osiemnaste urodziny w postaci wydania zbioru opowiadań „Czkawka”, Marcin Barczewski na łamach magazynu literacko-filozoficznego „Zabudowa Trawnika” nazwał ją „lolitą literatury”. W minionym roku Piotr Marecki w krakowskiej „Gazecie Wyborczej” zapowiadał pisanie przez nią głośnej powieści o anoreksji i wieścił narodziny „krakowskiej Masłowskiej” (wszak olsztyńska autorka związana jest z Krakowem z racji swoich studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim). Syrwid nie jest jednak ani lolitą, ani drugą Masłowską. Syrwid jest sobą. Odważną, nietuzinkową i interesującą pisarką. Nie potrzeba żadnych etykiet, by jej pisanie uprawomocnić. Bo to pisanie doskonale samo się broni i „Zaplecze” jest tego wyraźnym przykładem.

Klara Wiśniewska ma 18 lat i za wszelką cenę zmierza do wagi idealnej, czyli 43 kilogramów, bo „przecież ze spaślaków śmieją się”, a Klara nie zamierza stawać się obiektem drwin. Opisuje, w jaki sposób walczy z nadmiernymi jej zdaniem kilogramami, ze schodzącą skórą, ze zmianami nastroju wywołanymi odchudzaniem i własną osobą. Tak, bohaterka „Zaplecza” walczy przede wszystkim z samą sobą, ze swoimi lękami i urojeniami, z traumatyczną przeszłością i rzeczywistością, do której nie jest w stanie się dopasować. Klara tkwi w piekle, które stworzyła jej jaźń i mierzy się z pytaniem o to, kim jest naprawdę. Pusty brzuch może stać się jej bunkrem ochronnym, zaś ucieczka na sklepowe zaplecze sposobem uniknięcia konfrontacji z tą osobą, jaką Klara przez lata się stała.

Klara stoi przy sklepowej witrynie i rozmawia… z samą sobą. Mamy tutaj bowiem do czynienia z dynamicznym monologiem wewnętrznym, którego efektem ma być zwrócenie uwagi nie tyle na problemy związane z odżywianiem, co na cały szereg psychologicznych czynników, które sprawiły, że Klara stała się wychudzonym i sfrustrowanym cieniem człowieka. Odbicie w szybie witryny można traktować symbolicznie i pokusić się o stwierdzenie, że bohaterka Syrwid nie tyle widzi samą siebie i próbuje nawiązać ze sobą kontakt, co czyni rozpaczliwe próby odbicia w lustrze swoich własnych lęków, odrzucenia ich od siebie, przyjrzenia się im z innej perspektywy i… zniszczenia ich.

Opowieść o życiu Klary Wiśniewskiej to opowieść o odtrąceniu i niemożności nawiązania kontaktu z bliskimi osobami. Na pierwszym planie obserwujemy Ojca – tyrana, przypominającego postać z powieści Kuczoka czy „Kato-taty” Halszki Opfer. Klara wyraża pragnienie posiadania prawdziwego taty, a nie Ojca, którego nienawidzi. Ojca, który ustawicznie ją poniżał, ośmieszał, psychicznie i fizycznie znęcał się przez wiele lat. Ojca, który przecież skończył studia, a na co dzień zachowuje się jak zwyczajny cham. Bohaterka Syrwid chciałaby przeżyć jeszcze jedno dzieciństwo, bo to, w którym walczyła z Ojcem, podsycając swą do niego nienawiść, nie było dzieciństwem, lecz koszmarem. W otoczeniu Klary nie ma właściwie nikogo, kto dałby jej wsparcie. Matka broni ją co prawda przed ojcowskimi napadami złości i agresji, ale czyni to jakby mechanicznie. W taki sam sposób tygodniami wstaje pół godziny wcześniej, by obierać Klarze marchewkę, jedyną formę pożywienia przyjmowaną przez córkę. Paradoksalnie Ojciec znajduje się dużo bliżej dziewczyny, bowiem to on żywo na nią reaguje, a matka swe uczucia kieruje bardziej ku młodszemu bratu Klary. Tylko czy ogarnięta manią odchudzania córka nie staje się z czasem większą egoistką niż jej rodzice? Przecież widać wyraźnie, że akty agresji ze strony sfrustrowanego i zmęczonego codziennością Ojca niejednokrotnie są przez nią podsycane. Klara boi się go, a jednocześnie jak zahipnotyzowana potrafi się mu przyglądać, gdy okazuje jej złość. Matka protagonistki zaś biernie poddaje się manipulacjom córki. Ona wie, że jest wykorzystywana i Klara sama o tym wspomina. Miłość matki pozwala jej sterować nią i nigdy nie daje satysfakcji. Podobnie rzecz ma się z rówieśnikami bohaterki. O chłopcach z jej życia prawie nic nie wiemy. Poznajemy Ewkę, szkolną koleżankę, z którą znajomość jest tak samo toksyczna, jak toksyczne wydaje się Klarze obcowanie z samą sobą i ciałem, którego wciąż jest za dużo. Ewce można pozwolić na bycie wulgarną, na wyzywanie, na cięcie trampków i wyśmiewanie. Wydaje się, że Klara tylko w takiej relacji jest w stanie funkcjonować. Musi wciąż walczyć, ścierać się z innymi. Musi czuć się poniżana, bo na co dzień poniża przede wszystkim siebie samą. Inaczej nie odczuwa żadnej satysfakcji z obcowania z ludźmi. Sama natomiast coraz bardziej pogrąża się w rozpaczy i uczuciu, iż nikt nie jest w stanie jej zrozumieć.

Klara to przepełniony energią kłębek. „Chcę być kłębkiem, chcę mieć kłębek i chcę go sobie wyrzucić, wyrzygać. Żeby z powrotem zjeść”. Symbolika kłębka nie jest jednoznaczna i nie jest także kategorią poznawczą w tej powieści. Kłębek niczego nie mówi, kłębek jest, doskwiera i niszczy. Jest tak samo niespokojny, jak niespokojna jest Klara. Z niego wychodzą inne kobiety. W nim są inne kobiety. A inne kobiety to także zagrożenie. Nie ma bowiem w życiu Klary niczego, czego by się nie bała. Może jedynie to odbicie w szybie witryny, postać rozmyta i niepewna, niemy adresat jej dramatycznej spowiedzi… Mimo tego „Zaplecze” jest od początku do końca książką o przeżywaniu strachu, o zatracaniu się w nim i o tym, że nie jest możliwe pozbycie się go. Kiedy Klara rozmyśla o swoim problemie, dochodzi do wniosku, że „anoreksja to strach i zadowolenie, że się boisz”. Klara nie może się nie bać, tylko bojąc się, istnieje naprawdę, podczas gdy jest jej coraz mniej, nie tylko w znaczeniu kolejnych traconych kilogramów.

Klara pragnie być „manekinką”. „Manekiny nie jedzą. Mają twardą, gładką skórę. Piękne włosy, drobne palce cienkich dłoni, długich rąk. Wielkie oczy, błyszczące wilgocią jak po śnie. Pomalowane życiem usta”. Manekin to fantazmat, w którym realizuje się marzenie Klary o szczęściu. Napędzana wewnętrzną chęcią autodestrukcji bohaterka widzi finał tego procesu jedynie w formie imitującej życie, ale tego życia pozbawionej. Tymczasem proza Syrwid już od pierwszych zdań stanowi dowód na to, że bohaterka „Zaplecza” to dziewczyna z krwi i kości, niezwykle prawdziwa, bardzo nieszczęśliwa i… pełna życia, mimo wszystko. Energii, jaką Klara poświęca temu, by walczyć z wagą i własnym głodem, mogłoby jej pozazdrościć wielu.

Ambiwalentne uczucia Klary, kompulsywność jej zachowań, nerwowość i labilność emocjonalna czynią z bohaterki Syrwid postać irytującą, męczącą i fascynującą jednocześnie. Emocje Klary rozpięte są gdzieś między pragnieniem bycia przeraźliwie chudą a potężnym głodem, z którym dziewczyna ustawicznie walczy. To wszystko znajduje odzwierciedlenie w języku powieści. Rwane, dynamiczne, pełne dramaturgii frazy. Ten język sam się pożera w sposób, w jaki Klara pożera kilogramy niskokalorycznych warzyw, by oszukać głód. Iskrzenie języka i jego agresywność to znaczące cechy tej powieści. Tak, „Zaplecze” jest agresywne, nie tylko gdy bierzemy pod uwagę stale tu obecną autoagresję Klary. To książka groźna, bo z jednej strony chwilami męcząca i odrobinę pretensjonalna, z drugiej – pasjonująca i skupiająca uwagę od początku do końca.

Marta Syrwid rokuje nadzieje na przyszłość. Napisała książkę poruszającą problematykę bardzo aktualną, a jednocześnie opowieść odsyłającą do odwiecznych dylematów związanych z literackim wyobcowaniem i niemożnością dostosowania się do świata, w jakim się żyje. Problemy bohaterki Syrwid są problemami bolesnymi. Nie da się przed nimi uciec na zaplecze.
Marta Syrwid: „Zaplecze”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2009 [seria: „z miotłą”].