Wydanie bieżące

15 października 20 (140) / 2009

Przemysław Pieniążek,

KIEDY KULE ŁAMIĄ SERCA

A A A
Terytorium Nowego Meksyku, 1882 rok. Miejscowy szeryf oraz dwójka jego ludzi giną z ręki Randalla Bragga (Jeremy Irons), wpływowego i bezwzględnego ranczera, od pewnego czasu trzymającego w garści miasteczko Appaloosa. Mieszkańcy mają już dość samowoli wynajętych zbirów Bragga, jednak sami niewiele mogą zrobić. Kiedy na horyzoncie pojawiają się wędrowni rewolwerowcy, nobliwi notable witają ich z otwartymi ramionami. Skorzystanie z usług Virgila Cole’a (Ed Harris) oraz Everetta Hitcha (Viggo Mortensen) wiąże się jednak z przyznaniem im absolutnej swobody w egzekwowaniu prawa. Niedługo po uzyskaniu nominacji na szeryfa Cole daje niewielką próbkę swoich możliwości. Efekt? Trzech zbirów w ekspresowym tempie puka do nieba bram. Poruszeni srogością nowego stróża prawa włodarze próbują nakłonić Hitcha do stonowania temperamentu swojego towarzysza. „Wynajęliście go, aby był Virgilem Cole” – kwituje nieśmiały wniosek wąsaty rewolwerowiec.

Pierwsze spotkanie Bragga i Cole’a przebiega z zachowaniem etykiety, lecz podskórne napięcie zdradza gotowość obu mężczyzn do wymiany poglądów przy użyciu koltów. Tymczasem do miasteczka przybywa młoda wdowa Allison French (Renée Zellweger), której ciepło i bezpośredniość zaczynają kruszyć zimną i twardą fasadę Virgila, skrywającą gamę gwałtownych uczuć i niezaleczonych ran. Pojawia się także realna szansa na wymierzenie sprawiedliwości Braggowi – do szeryfa zgłasza się bowiem świadek gotowy złożyć obciążające przestępcę zeznania. Choć linia obrony ranczera nie przekonuje sędziego (w tej roli wystąpił ojciec reżysera, Bob L. Harris), nie ma to większego wpływu na wynik procesu – już wkrótce ludzie Bragga zatrzymują konwojowany przez Cole’a pociąg, uprowadzając Allison. Łotr pozostaje bezkarny, chełpiąc się dodatkowo całkowitym oczyszczeniem z zarzutów. Nikt nie ma wątpliwości, że udający praworządnego obywatela Bragg jest wilkiem w owczej skórze. Gdy prawo zawodzi, pozostaje jedynie honor. Kiedy Cole coraz więcej uwagi poświęca zapuszczaniu korzeni, Hitch (będący alternatywnym obiektem westchnień Allison French) wkracza na ścieżkę, z której nie będzie już powrotu…

Szybcy i martwi tańczą z wilkami

Dysputa na temat żywotności rdzennie amerykańskiego gatunku filmowego, jakim jest western, nie doczeka się chyba jednoznacznej konkluzji. Pomimo programowego skonwencjonalizowania oraz przejścia szeregu rewizjonistycznych operacji (kino Sama Peckinpaha czy Arthura Penna), western ciągle „pozostaje w butach” – choć być może jego ostrogi lekko już przytępiały. W ciągu niespełna dwóch dekad powstało wiele obrazów, z lepszym lub gorszym skutkiem odwołujących się do wieloletniej tradycji gatunku. Oscarowy przebój „Tańczący z wilkami” (1990) na długie lata ugruntował gwiazdorską pozycję Kevina Costnera, podczas gdy „Bez przebaczenia” (1992) przyniósł dojrzałe i krytyczne spojrzenie Clinta Eastwooda na fundamenty gatunku, opartego de facto na sankcjonowaniu i gloryfikacji przemocy. Twórcy filmowi chętnie sięgali po legendy Dzikiego Zachodu, czego doskonałymi dowodami są dzieła takie jak „Wyatt Earp” Lawrence’a Kasdana (1994), „Dziki Bill” Waltera Hilla (1995) czy „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” Andrew Dominika (2007).

Obok sztandarowych dziś produkcji pokroju „Młodych strzelb II” Geoffa Murphy’ego (1990) czy „Tombstone” George’a Pana Cosmatosa (1993) zupełnie przyzwoicie wypadła opowieść o wojowniczych prostytutkach zatytułowana „Wystrzałowe dziewczyny” Jonathana Kaplana i Tamry Davis (1994) oraz pastisz „Szybcy i martwi” Sama Raimiego (1995). Konwencja westernu pozwalała ponadto snuć rozważania na temat ludzkiej duszy i przeznaczenia („Truposz” Jima Jarmuscha z 1995 roku), jak również przedstawiać najmniej chlubne karty z historii Ameryki, w tym prześladowanie jej czarnoskórych obywateli („Posse – opowieść o Jesse Lee” Mario van Peeblesa). Nie zabrakło także westernów „humorystycznych”, wśród których na pierwszy plan wysuwają się takie przeboje jak „Maverick” Richarda Donnera (1994), „Bardzo Dziki Zachód” Barry’ego Sonnenfelda (1999), „Lucky Luke” Philippe’a Haima (2005) oraz „SEXiPIStOLS” Joachima Roenninga oraz Espena Sandberga (2006). Kiedy doliczymy do tego jeszcze bardzo ciepło przyjęte „Bezprawie” Kevina Costnera (2003), komiksowe „Blueberry” Jana Kounena (2004) czy remake „3:10 do Yumy” Jamesa Mangolda (2007), otrzymamy niezaprzeczalny dowód na to, że opowieści ze świata, gdzie kule szybują szybciej niż myśli, nadal mogą liczyć na wierną publikę.

Bez przedawnienia

„Appaloosa” jest drugim (obok biograficznego „Pollocka” z 2000 roku) obrazem wyreżyserowanym przez amerykańskiego aktora Eda Harrisa. Specyfika gatunku z całą pewnością nie jest mu obca, gdyż w 1996 roku zagrał główną rolę w „Purpurowym jeźdźcu” Charlesa Haida, gdzie wystąpił u boku swojej małżonki, Amy Madigan. W warstwie ikoniczno-fabularnej wszystko się zgadza: mamy w „Appaloosie” niestrudzonych stróżów prawa, niepoprawnego łotra stojącego na czele zgrai niedomytych najemnych zbirów, oddaną partnerkę, czułą prostytutkę, kilka strzelanin, a do tego otwarte przestrzenie niezmierzonej prerii, kolej żelazną, saloon i przemykających chyłkiem w tle Indian. Harris zaprosił do współpracy Viggo Mortensena (to ich drugie spotkanie po „Historii przemocy” Davida Cronenberga z 2005 roku), który swego czasu również „romansował” z westernem, występując we wspomnianych już „Młodych strzelbach II”. Dopełnieniem emocjonalnego trójkąta jest postać grana przez Renée Zellweger, jak zwykle uśmiechniętą i urzekającą. Co ciekawe, rola Allison French początkowo zarezerwowana była dla Diane Lane, jednak aktorka ostatecznie wycofała się z produkcji. Cieszy także udział Brytyjczyka Jeremy’ego Ironsa, niezmiennie czarującego i bez reszty przykuwającego uwagę. Dzieła dopełniają stonowane ujęcia Deana Semlera, autora zdjęć do „Tańczącego z wilkami” Costnera oraz „Apocalypto” Mela Gibsona (2006).

„Appaloosa” Eda Harrisa (nie mylić z „Appaloosą” Sidneya J. Furie z 1966 roku, gdzie występował Marlon Brando) to niezwykle kameralna adaptacja powieści Roberta B. Parkera. Akcja w dużej mierze ogranicza się do rozmów bohaterów siedzących na werandzie, w saloonie lub przemieszczających się z jednego miejsca w drugie. Stąd miłośnicy nieustającego „dziania się” w filmie mogą poczuć się nieco rozczarowani. Pozostali być może docenią jedną z ciekawszych opowieści o amerykańskim archetypie bohatera – odważnym, silnym i zdecydowanie wychodzącym naprzeciw swojemu przeznaczeniu indywidualiście. Przeznaczeniu, warto dodać, którym okazuje się – a jakże! – finałowy pojedynek, po którym tylko jeden może odejść w stronę zachodzącego słońca.
„Appaloosa”. Reż.: Ed Harris. Scen.: Ed Harris, Robert Knott. Obsada: Ed Harris, Viggo Mortensen, Renée Zellweger, Jeremy Irons, Timothy Spall, Lance Henriksen. Gatunek: western. Produkcja: USA 2008, 111 min.