Wydanie bieżące

15 października 20 (140) / 2009

Wiktoria Klera,

KTO WIDZI POETĘ

A A A
Jak wygląda Marcin Świetlicki, czytelnicy dowiedzieli się już z okładki debiutanckich „Zimnych krajów”. Od tego momentu, niemal zawsze na wydanym tomie wierszy, pojawia się zdjęcie autora. Wizerunek artysty jest zatem powszechnie znany. Jeżeli ktoś nie miał okazji zetknąć się z działalnością sceniczną Świetlickiego, to prawdopodobnie może przypomnieć go sobie z okresu, w którym prowadził telewizyjny program „Pegaz”. Stosunkowo często do zapisów koncertów Świetlików wraca TVP Kultura. Wywiady i recenzje, opatrzone zdjęciami, ukazują się w ogólnopolskich dziennikach oraz tygodnikach za każdym razem, kiedy Świetlicki podejmuje jakieś nowe działanie twórcze. Warto zaznaczyć, iż Świetlicki prezentowany jako przedstawiciel sceny rockowej, nie jest do końca tożsamy ze Świetlickim – poetą i prozaikiem. Dwoistość jego wizerunku zaobserwować można, przyglądając się zdjęciom zamieszczanym w prasie, na okładkach płyt oraz książkach.

Susan Sontag w książce „O fotografii” napisała: „Fotografowanie jest równoznaczne z przywłaszczaniem sobie zdejmowanego przedmiotu. Oznacza to wchodzenie w pewien stosunek, który kojarzy nam się z poznaniem, czyli zawładnięciem. [...] Choć w pewnym sensie aparat fotograficzny „chwyta” rzeczywistość, nie dopuszczając się całkowicie dowolnej interpretacji, ogólnie rzecz biorąc fotografie – podobnie jak malowidła i rysunki – są także interpretacjami świata” (s. 8, 11). Pytanie postawione na wstępie moich rozważań, powinno zatem brzmieć: „Jak fotografowie chcą widzieć Marcina Świetlickiego – pisarza?”, a nie: „Jak Marcin Świetlicki – pisarz, chce wyglądać na zdjęciach?”.

Przyglądając się zdjęciom zamieszczanym na okładkach książek Marcina Świetlickiego, można by dojść do wniosku, że fotografowie mają dość spójną wizję „kultowego pisarza”. Bogusław Kierc w książce poświęconej Rafałowi Wojaczkowi pisał o fotografiach: „Pytanie o wygląd bohatera dotyczy zapewne jakiejś syntezy jego powierzchowności skojarzonej z wyobrażeniem sugerowanym przez, powiedzmy, temperament utworów. Niekiedy taki wizerunek zgadza się z tym utrwalonym na fotografiach. Niekoniecznie zastanawiamy się wtedy nad oczywistym faktem bycia w czasie; nad tym, że zdjęcie zostało zrobione w konkretnych okolicznościach konkretnego dnia, choć zdaje się wmawiać jakieś zawsze i wszędzie. Jak oblicza świętych na obrazkach” (B. Kierc, „Rafał Wojaczek. Prawdziwe życie bohatera”, Warszawa 2007, s. 73). Zacytowany fragment zmierza do puenty: „Fotografie, które stają się obiegowym portretem autora (te najczęściej publikowane), są zazwyczaj skutkiem umowy zawartej (często bezwiednie) między fotografem a jego modelem. Ściślej, między wyobrażeniami obu o jednym z nich. Tym fotografowanym”. Kierc opisuje nieco inną sytuację. W czasach Wojaczka fotografowanie nie było tak proste jak dzisiaj. Trudno też uzyskać informacje dotyczące wpływu fotografowanego na wygląd zdjęcia. Kierca interesuje przede wszystkim to, jak chciał być widziany bohater, choć zauważa na wstępie, że był to zawsze „bohater upozowany”. Zdjęcia Świetlickiego, trafiające na okładki książek, są jednymi z wielu zrobionych podczas konkretnej sesji zdjęciowej. Tylko w tym aspekcie można przyznać poecie „moc” oddziaływania na odbiorcę. Wizerunki opublikowane musiały zostać zaakceptowane zarówno przez fotografowanego, jak i wydawcę. Wpływ fotografowanego przejawiałby się zatem głównie poprzez wybór zdjęcia na okładkę książki. Autor „Muzyki środka” zapytany o to, czy ma jakikolwiek wpływ na to, jak chcą go fotografować, odpowiada, że niewielki. Często podkreśla również, iż nie do końca podobają mu się pomysły fotografów. W ten sposób Świetlicki wspominał zdjęcie zrobione do „Przekroju” (2006, nr 44), które ukazało się obok tekstu Justyny Sobolewskiej o „Muzyce środka”. Widnieje na nim poeta rozciągający powieki lewego oka, na oku skupia się ostrość, a reszta zdjęcia jest nieostra.

Obrazy fotograficzne wyglądają na wyrwane z rzeczywistości fragmenty świata, jednak decydując o tym, jak powinno wyglądać zdjęcie, wybierając choćby oświetlenie, fotografowie narzucają kryteria widzenia swoich bohaterów. Szczególnie widoczne jest to w sytuacji robienia zdjęć osobom znanym. Polemizować można z tezą Rolanda Barthes’a o „niewidoczności zdjęcia”: „Niezależnie od tego, co ukazuje zdjęcie, i jak to czyni, jest ono zawsze niewidoczne: to nie zdjęcie widzimy” (R. Barthes, „Światło obrazu. Uwagi o fotografii”, przeł. J. Trznadel, Kraków 1996, s. 13). Barthes podkreśla, że widzimy przedmiot odniesienia. Skłaniam się raczej ku przekonaniu, że obrazy nie przedstawiają przedmiotów, lecz wpływają na nie, a fotografowanie jest oddziaływaniem (A. Rouillé, „Fotografia. Między dokumentem a sztuką współczesną”, przeł. O. Hedemann, Kraków 2007, s. 192).

Myślę, że warto przypomnieć w tym miejscu fragment wiersza z tomu „Schizma”:

„Cały pokój jest obwieszony Marcinami.
Przynajmniej raz w tygodniu wieszam jednego Marcina.
Mgła wisielcowa jest prawie tak gęsta,
jak chmura papierosowego dymu.

Ten – bo nie chciał. Tamten – bo nie umiał.
Tamten – bo go zmęczyło. Tamten – bo nie wierzył.
Obracają się w rytmie kłótni za ścianami
i nic nie znaczą. Najważniejszy – nowy

Marcin wisi pod lampą, wciąż podnoszę głowę
i robię straszne miny w jego stronę, wierząc,
że skoro tak drży – to wstyd mu tego, że tak
czeka i że nie umie czekać, że czeka jak dziecko
M. Świetlicki, *** (Cały pokój jest obwieszony Marcinami)

Już w 1997 roku, Marian Stala pisał: „[...] dzisiaj zasadniczym problemem (i zagrożeniem) jest dla Świetlickiego jego własna twarz, odbita w świadomości innych ludzi” (M. Stala, „Druga strona. Notatki o poezji współczesnej”, Kraków 1997, s. 200). W cytowanym wyżej wierszu widać właśnie taką walkę z kimś, kto nosi imię bohatera, ale nie jest „ja”. Podmiot wiersza opowiada o zwielokrotnionym bohaterze oglądanym z boku. Możliwe, iż bohater robi „straszne miny” do rozwieszonych zdjęć z jego wizerunkiem, z odwzorowaniem wykonanym przez kogoś innego. Walczy z cudzą wizją siebie, wersją nieaktualną. Oczywiście „zdjęcia” są tutaj elementem umownym. „Wieszanie” to eliminowanie. Czy ukrywanie się za ciemnymi okularami, unikanie pozowania do zdjęć na spotkaniach autorskich, nie jest ucieczką od pewnie (a czasami groźnie – szczególnie na jednym z wydań „Zimnych krajów”) spoglądającej na nas sfotografowanej twarzy z obwolut książek?

Materiałem do kolejnych rozważań będzie sześć zdjęć z tomów poezji oraz trzy wizerunki autora pochodzące z okładek kryminałów. Cechą charakterystyczną (oraz najszybciej dostrzegalną) zdjęć zamieszczanych na okładkach tomów Świetlickiego jest ich kolorystyka; są one czarno-białe. Biorę pod uwagę tylko te fotografie, na których widnieje poeta. Warto dodać, że niektóre wydania są przeplatane rozmaitymi obrazami fotograficznymi – przede wszystkim tomy wydane przez wrocławskie Biuro Literackie. Na szczególną uwagę zasługuje tom „49 wierszy o wódce i papierosach”, ilustrowany zdjęciami kobiety ubranej tylko w jedwabną koszulkę, pijącej wódkę i palącej papierosy, na końcu którego pojawia się zdjęcie autora wierszy z kieliszkiem. Wyjątek „kolorystyczny” stanowi okładka „Muzyki środka”, gdzie na przedzie widnieje zdjęcie korytarza ze starych cegieł, zakończonego otworem na drzwi. Barwa cegieł jest jednak stonowana. Strona zamykająca wspomniany zbiór wierszy przedstawia to samo zdjęcie w odcieniach szarości. Czarno-białe przedstawienia sprawiają wrażenie starszych, a także dodatkowo „odrealniają” sfotografowaną postać, mitologizując ją. Tworzenie prywatnego mitu to bardzo ważne zagadnienie we wszelkich działaniach artystycznych autora „Nieczynnego”. Jak wielki wpływ wywiera poeta na odbiorców, zaobserwować można na internetowym forum dyskusyjnym Świetlików. Powtarzane przez czytelników i fanów zespołu anegdoty (z pewnością często zupełnie pozbawione związku z rzeczywistością), zyskują wymiar legendarny.

Susan Sontag twierdzi, że „nigdy niczego nie zrozumiemy dzięki fotografii”. Zgoda, prawdopodobnie właśnie tak jest. Jednakże dzięki fotografowaniu postaci funkcjonującej w przestrzeni publicznej, znanej z działalności artystycznej, możemy zadawać nowe pytania jej twórczości, jeżeli zdjęcie potraktujemy jako rodzaj interpretacji. W tym przypadku – interpretację pisarskiej twórczości Świetlickiego. Według takiego porządku analizy na zdjęciach oglądamy „Marcina Świetlickiego”, a nie rzeczywistego autora. Byłby on, być może, bardziej oddalony od samego Świetlickiego, niż jego liryczny bohater oglądany z boku. Poeta wychylający się do rozmazanej postaci przed nim widnieje na pierwszej stronie okładki „Pieśni profana”. Za nim znajduje się lustro, w którym obraz rozmazuje się. W oddali znajduje się źródło światła, które tworzy nad głową autora lekką poświatę. Fotografowany nie patrzy na wprost, chowa twarz w zgięcie łokcia, przez co jaśniejsze barwy umiejscawiają się po prawej stronie. To samo zdjęcie w mniejszym formacie umieszczone zostało na tylnej części okładki.

Na zdjęciu ze „Schizmy” widać twarz Świetlickiego, na którą przez żaluzje pada światło. Lewa strona jest zaciemniona, a na białe tło pada cień głowy. Nakładają się tutaj dwie płaszczyzny. Jedną tworzą ciemne paski z okrągłym kształtem głowy, drugą sam wizerunek, także przecięty liniami, lecz pod innym kątem. Podobnie jak na opisywanym wyżej zdjęciu, jaśniejsza jest prawa strona obrazu fotograficznego, zatem wyraźnie widać lewą część twarzy krakowskiego poety. Ta „połowiczność” najlepiej widoczna jest na wspomnianym już przedstawieniu z „49 wierszy o wódce i papierosach” – tu po prostu z tomu spogląda pół twarzy (po raz kolejny lewa strona), w lewej ręce fotografowany trzyma kieliszek. Tylna część okładki „Trzeciej połowy” przedstawia zdjęcie Świetlickiego nadmuchującego balon. Rekwizyt przesłania dolną część twarzy, na przedzie zaś widać przytrzymującą go dłoń.

Ciekawszy zabieg zastosowany został w „Muzyce środka”. W tomie ukazały się dwa zdjęcia, oba wydrukowane na skrzydłach okładki. Pierwsze przypomina obrazy fotograficzne zamieszczane w poprzednich książkach poetyckich. Świetlicki chowa twarz w rękawie, przez co widzimy lewą część jego oblicza, wyłaniającą się z czarnego tła. Drugie jednak nie przypomina wcześniejszych. Odkryta, niemal dostępna twarz autora widniejąca na zdjęciu zamykającym „Muzykę środka” może sugerować, że autor obnaża swój warsztat, pokazując prawdziwe oblicze swojej twórczości. Warsztat siebie „trochę autysia” i mistrza. Jest to jednak wcielenie przypominające maskę. Kolejną, dodajmy. Jak wizualne zabiegi będą wyglądały w kolejnym zbiorze wierszy? Sprawa wyjaśni się wkrótce („Niskie pobudki” mają ukazać się jeszcze w tym roku).

Zdjęcie na pierwszym kryminale Świetlickiego („Dwanaście”) nawiązuje do wcześniejszych wizerunków poety. Jest to niewielki portret ukazujący człowieka przepełnionego emocjami. Na okładce „Trzynaście”, autor pojawia się w ciemnych okularach. Najciekawszy obraz widnieje na ostatniej części trylogii, zatytułowanej „Jedenaście”. Tu pisarzowi towarzyszy bokserka, o której Świetlicki chętnie opowiada w wywiadach. Bokserka jest równocześnie bohaterką literacką, nieodłączną towarzyszką mistrza z „krakowskich kryminałów”. Na zdjęciu widać sylwetkę ludzką i psią. Obie są odwrócone tyłem do oglądającego, przodem do okna, przy którym stoją.

„Maskowanie” jest terminem dobrze oddającym zabiegi, jakich dokonuje fotografia na fotografowanym. Co ciekawe, na żadnym tomie wierszy nie znajdziemy zdjęcia Marcina Świetlickiego w ciemnych okularach. Poeta zawsze ma odsłonięte oczy. Jako wokalista Świetlików autor właściwie się z okularami nie rozstaje. To znacząca różnica, z której można wywnioskować, iż jako poeta Świetlicki, według fotografów, „widzi i opisuje”, a jako muzyk – „słucha i śpiewa”. W jego tekstach znajdują się nawiązania do obu postaw. Przykłady można mnożyć. Lecz czego przejawem jest odkrywanie wzroku poety przed czytającymi? Jego odwagi? Być może fotografowie pamiętają, że: „Po zdjęciu czarnych okularów / ten świat przerażający jest tym bardziej. / Prawdziwy jest. Właściwe barwy / wpełzają we właściwe miejsca” (M. Świetlicki, „Pod wulkanem”)?