Wydanie bieżące

15 października 20 (140) / 2009

Tadeusz Kosiek,

SUPERSILENT: 9

A A A
Rune gramofon, 2009.
Nowa płyta norweskiej formacji przypomina, że Supersilent jest jedną z najbardziej interesujących i zaskakujących współczesnych grup około jazzowych. Być może określenie „jazzowych” nie do końca odpowiada prawdzie, ponieważ muzykę tria (a wcześniej kwartetu) bardzo trudno jest zaszufladkować, jednak obecny w niej pierwiastek improwizacji lokuje ją na obrzeżach tego właśnie nurtu.

Supersilent powstał w 1997 roku. Wtedy to free jazzowe combo Veslefrekk (Arve Henriksen – trąbka i śpiew, Ståle Storløkken – instrumenty klawiszowe i Jarle Vespestad – perkusja) połączyło swe siły z producentem Helge Stenem (znanym szerzej jako Deathprod). Jeszcze w tym samym roku Supersilent wydał debiutancki trzypłytowy album. „1-3”, bo taki nosił on tytuł, stał się prawdziwą sensacją, zyskując entuzjastyczne oceny słuchaczy i krytyków. Świeża i bezkompromisowa muzyka zespołu – promowana przez wytwórnię jako „totally improvised deathjazzambientavantrock” – za nic zdawała się mieć stylistyczne ograniczenia. Wydawało się, że muzycy wcale nie przejmują się ogólnie uznanymi kanonami piękna, zaś słowo cisza w ich słowniku w ogóle nie występuje. Uznaliśmy, że Supersilent to połączenie freejazzowego huraganu z nojzową zawieruchą, ot takie współczesne wydanie oktetu/ sekstetu Brötzmanna ożenionego z MEV i doprawionego podwójną porcją Merzbowa.

Cóż, z czasem okazało się to nieprawdą. Kolejne płyty kwartetu przyniosły odmienną muzykę i począwszy od „4” Supersilent dryfował po oceanie dużo bardziej stonowanych dźwięków zebranych zazwyczaj w melancholijno-oniryczne snuje. Oczywiście od czasu do czasu pozornie uśpiona bestia noise’u podnosiła głowę i głośno warcząc szczerzyła kły, jednak czyniła to już tylko sporadycznie. Ambient, industrial, post-Davisowskie fusion, minimalizm, elektroakustyka, rock progresywny, „fourth world etno”, post-rock to gatunki, których echa odzywają się na tym i kolejnych albumach zespołu. Muzyka złagodniała, ale tylko pozornie. Nie atakuje prostym hałasem, lecz wyrafinowanym bogactwem brzmienia.

Kiedy wydawało się, że Supersilent niczym już nie zaskoczy pojawiła się nowa płyta, prezentująca inne oblicze zespołu. Po ubiegłorocznym odejściu perkusisty Jarle Vespestada grupa przekształciła się w trio. Zmiana w składzie poszła w parze z modyfikacją instrumentarium – na nowej płycie Henriksen, Sten i Storløkken zagrali wyłącznie na organach Hammonda. Po raz kolejny lekko zmieniono stylistykę, jazzu i rocka nie słychać, a stonowana muzyka kojarzyć się może z pochodzącymi z lat z lat 60. i 70. ubiegłego wieku kompozycjami na organy Bengta Hambraeusa, wczesną niemiecką „Kosmische Musik”, organowymi medytacjami Terry’ego Rileya (również z lat 60. i 70.) oraz improwizacjami Mike’a Ratledge’a z tego samego okresu. Jak widać, nad nową płytą Supersilent unoszą się duchy przeszłości, jednak brzmienie jest zdecydowanie współczesne.

I to właśnie brzmienie nadaje klasycznej muzyce elektroakustycznego sznytu, i sprawia, że propozycja tria jest czymś więcej niż tylko nostalgicznym powrotem do przeszłości. Jeśli jeszcze dodać do tego, że każdego z utworów po prostu bardzo dobrze się słucha, okazać się może, że „9” to kolejny klasyk w dyskografii zespołu dobrze wróżący jego przyszłości.