Wydanie bieżące

1 listopada 21 (141) / 2009

Mikołaj Marcela,

PĘDZĘ, WIĘC JESZCZE NIE UMARŁEM. ŚMIERĆ W KULTURZE SYMULACJI

A A A
Adrenalina odgrywa decydującą rolę w mechanizmie stresu,
czyli błyskawicznej reakcji organizmu człowieka i zwierząt
kręgowych na zagrożenie, objawiającej się przyspieszonym
biciem serca, wzrostem ciśnienia krwi, rozszerzeniem oskrzeli,
rozszerzeniem źrenic itd. Podana dożylnie działa szybko,
ale krótko i jest w tej postaci stosowana przy reanimacji.


Czy o temacie takim jak śmierć można mówić szybko i zarazem refleksyjnie? W powszechnym przekonaniu, zwłaszcza w filmie, szybkość, która znamionuje przede wszystkim płytkie i odtwórcze kino akcji, kłóci się z możliwością głębokiego namysłu, który domaga się raczej czasu, a więc spowolnienia. Tego rodzaju przeświadczenie jasno artykułuje Mariola Marczak w tekście wieńczącym antologię „Szybko i szybciej”: „wolne tempo związane jest raczej z tzw. «wielkimi tematami». «Wolno, wolniej» wiąże się bowiem z postawą refleksyjno-kontemplacyjną twórców kreujących utwory ekranowe oraz skłania do takiej samej postawy obcującego z nimi widza. (…) Uważna i wnikliwa obserwacja nawet błahej na pozór, ale wiarygodnej historii, połączona z zamyśleniem nad nią, prowadzi, moim zdaniem, do obrzeży tajemnicy, kieruje ku strefie świętości”. Jednak takie wyjaśnienie wydaje się zbyt proste, zwłaszcza w perspektywie całego szeregu pytań, dotyczących mianowicie tego, czy w tak niewiarygodnym świecie możliwa jest jeszcze wiarygodna historia i przede wszystkim czy istnieje w ogóle jakakolwiek tajemnica i strefa świętości. Bo jeśli nie, to być może właściwym tempem do podjęcia namysłu nad „wielkimi tematami”, takimi jak śmierć, jest szaleńczy bieg, szybkość, od której przyspiesza bicie serca, wzrasta ciśnienie krwi, a źrenice mimowolnie rozszerzają się?

Run Chev, run!

„Adrenalina” w reżyserii Marka Neveldine’a i Briana Taylora to z pewnością samograj kina akcji. Tych, którzy nie widzieli (a zakładam, że jest ich większość), wypada poinformować, że akcja filmu zaczyna się od przebudzenia głównego bohatera, Cheva Cheliosa (granego przez Jasona Stathama), który z nagranego DVD dowiaduje się, że został zatruty „skomplikowanym, syntetycznym chińskim gównem”. Trucizna, nazywana także „pekińskim koktajlem”, działa w niezwykle wyrafinowany sposób, o czym informuje nas jeden z bohaterów: „Jeśli mam rację, to dali ci pekiński koktajl. Bardzo wredne gówno. Działa, kiedy brakuje ci adrenaliny. Blokuje receptory. Jedyną rzeczą, jaką można zrobić, żeby nie spowolnić pracy organizmu, to utrzymać stały dopływ adrenaliny. Co znaczy, że jeśli się zatrzymasz, to umrzesz”.

Nie trzeba mówić, jakie możliwości filmowe otwiera tego rodzaju perspektywa. Akcja toczy się tu naprawdę błyskawicznie – dosłownie zniewala nas, angażując całą naszą uwagę i nie pozostawiając czasu do namysłu. Ale w tym nieustającym „dzianiu się” jest coś frapującego, jak zresztą w całej tej, na pozór, niezbyt wysublimowanej fabule. Paradoksalnie atakujący widza eksces obrazu, zdarzeń i porażającego nieprawdopodobieństwa zmusza do wzmożonej refleksji nad osobliwą prawdą, wyłaniającą się z tej pochłaniającej nas szybkości.

Zdaję sobie sprawę, że pomysł „przeczytania” „Adrenaliny” jako pewnego tekstu, mówiącego o fundamentalnym doświadczeniu śmierci w naszej cywilizacji – doświadczeniu charakterystycznym dla późnego kapitalizmu i nierozerwalnie związanej z nim kultury symulacji – jest przedsięwzięciem co najmniej szalonym, niemniej spróbujmy. Najciekawszym aspektem filmu Neveldine’a i Taylora jest unaocznienie niezwykle istotnego dla współczesności połączenia śmierci z obłędnie szybkim ruchem dla niego samego. Dorota Siwicka w tekście „Szybkość – wyobrażenia i wartości” pisze, że „szybkość staje się wartością, gdy towarzyszy ona wyobrażeniu człowieka-zdobywcy”, któremu „nie starcza to, co jest, i [który – przyp. M.M.] swój cel umieszcza poza chwilą teraźniejszą”. Jednak tego typu wyobrażenia i idee cechowały bieg nowoczesności, w której cel nadawał szybkości kierunek. Wszystko wydaje się zmieniać wraz z ponowoczesnością, kiedy zanika perspektywa przyszłości, a w oczy zagląda wieszczony przez Fukuyamę „koniec historii”. Jak zatem jest dzisiaj i po co w ogóle jeszcze biegniemy przed siebie?

Skomplikowane, syntetyczne chińskie gówno

Zawiązanie mało skomplikowanej fabuły „Adrenaliny” umożliwia wspominana już „chińska” trucizna, która zaaplikowana zostaje do rdzenia kręgowego głównego bohatera. Wydaje się, że wizja ta, zwłaszcza w perspektywie naszego kontekstu kulturowego, musi przywieźć na myśl strach Witkacego przed „żółtym niebezpieczeństwem”, którego dosłownym ucieleśnieniem w „Nienasyceniu” był usypiający wolę i umysł narkotyk Davamesk B2. Pigułki zawierające tenże specyfik miały pomóc Chińczykom w propagowaniu nowej wiary, dzięki której zamierzali podbić narody europejskie. Oczywiście groteskowe wyobrażenia Witkacego wyrastają z długiej tradycji lęku Zachodu przed żółtą rasą i do pewnego stopnia są z niej drwiną. Jak zauważa jednak Pietro Marchesani, wydaje się, że można mówić o głębszym znaczeniu mitu „żółtego niebezpieczeństwa” w „Nienasyceniu”. Czytając Witkacego w odniesieniu do Dimitrija Mereżkowskiego, Marchesani twierdzi, że w przypadku autora „Nienasycenia” zasadniczy lęk przed Chińczykami wynika z tego, że jako naród realizują oni „najdoskonalszy z możliwych pozytywizmów («od taoizmu do socjalizmu niedaleka droga», pisze Witkacy w «Nienasyceniu»), w którym dokona się: «zupełne uspokojenie się – i to na żółto, po chińsku». (…) Dwie rasy już się rozpoznały – powiedziałby Mereżkowskij – i już czas, by powstała jedna rasa żółto-biała, owa nowa rasa przewidywana przez chińskiego wodza Wanga. Do takiej rasy, ostatecznie odpersonalizowanej, będzie należał przyszły świat, w którym nie będzie miejsca dla kultury i indywidualności”. Analizując dzisiaj lęki Witkacego, wiemy, że były one jak najbardziej uzasadnione. Pomylił się on w zasadzie tylko co do jednego: komunistyczne Chiny nie zainfekowały świata Zachodu powszechną komuną, lecz zarażają go najczystszą formą kapitalizmu.

Slavoj Žižek w tekście „W obronie przegranych spraw” sporo miejsca poświęca osobie Mao Zedonga i dokonanej przez niego „syntezy” kapitalizmu i komunizmu, a dokładniej „zsyntezowania” maoistowskiego komunizmu przez kapitalizm. Dla Žižka „Chiny są dzisiaj idealnym państwem kapitalistycznym: panuje tam wolność dla kapitału, a państwo wykonuje brudną robotę i kontroluje robotników. Chiny jako powstające supermocarstwo XXI wieku wydają się zatem ucieleśnieniem nowego rodzaju kapitalizmu: nie bacząc na konsekwencje ekologiczne, prawa pracowników, wszystko podporządkowuje się tu bezwzględnemu parciu na rozwój i stanie się nowym supermocarstwem”. Istotą rządów Mao w Chinach było dla autora „Wzniosłego obiektu ideologii” odrzucenie standardowego pojęcia „syntezy dialektycznej” jako „pogodzenia” sprzeczności, a zamiast tego przyjęcie pierwszeństwa walki nad każdą syntezą. Rezultatem takiej perspektywy był samoniszczący i nieustanny karnawał – brak jakiejkolwiek stabilizacji rewolucji, co z kolej uniemożliwiało nawet myślenie o restauracji starego porządku.

Dlatego właśnie Chiny ucieleśniają nowy rodzaj kapitalizmu: „wraz z pełnym rozwojem kapitalizmu, zwłaszcza dzisiejszego późnego kapitalizmu, to właśnie dominujące normalne życie zostaje w pewien sposób skarnawalizowane, poddane ciągłej rewolucji, z jej przewrotami, kryzysami i wynalazkami. Brian Massumi jasno wyraził ów impas, oparty na tym, że dzisiejszy kapitalizm już przezwyciężył logikę totalizującej normalności i przyjął logikę nieprzewidywalnego ekscesu”. Massumi, o którym pisze Žižek, zauważa, że ową logikę nieprzewidywalnego ekscesu charakteryzuje przede wszystkim zasada: „im coś jest bardziej zmienne, nawet nieprzewidywalne, tym lepiej”. Normalność i regularność tracą na znaczeniu, zostają poluzowane. Teraz chodzi już o produkcję rozmaitości, wraz z coraz szybszym nasycaniem rynków: „Produkuj rozmaitość, a stworzysz rynki niszowe. Najdziwniejsze nawet skłonności emocjonalne są w porządku – tak długo, jak płacisz”. Według Žižka permanentne rewolucjonizowanie Mao i wewnętrzną dynamikę kapitalizmu łączy głęboka strukturalna homologia. Nieustanne rozpływanie się wszystkich form życia, które cechowało Chiny okresu Mao, jest także cechą kapitalistycznej reprodukcji: „To panowanie dzisiejszego globalnego kapitalizmu przypomina rządy prawdziwego [karnawalicznego – przyp. M.M.] króla głupców”.

W jakimś stopniu Davamesk B2 przypomina działanie „skomplikowanego, syntetycznego chińskiego gówna” z „Adrenaliny”. W obu przypadkach zagrożeniem byłoby nadmierne uspokojenie czy wręcz uśpienie umysłu. Ale niespodziewanie, a wręcz paradoksalnie, i jak najbardziej wbrew obawom Mereżkowskiego i Witkacego, największe niebezpieczeństwo nie tkwi w realizacji „najdoskonalszego z możliwych pozytywizmów”. Wprost przeciwnie: odtrutka na Davamesk B2 nadchodzi z samych Chin w postaci „późnego”, „skarnawalizowanego” kapitalizmu opartego na logice nieprzewidywalnego ekscesu.

Biegnij wciąż, zabawa trwa – świat się kręci, a my z nim!

Oryginalny tytuł „Adrenaliny” to „Crank”, co moglibyśmy przetłumaczyć jako „dziwak”, „cudak”, „żartowniś”, „wariat”, „narwaniec” czy „pomyleniec”, ale crank to także „fałszywy”, „zmyślony”, „oszukańczy” lub „nieprawdziwy”. W polskim tytule akcentuje się przede wszystkim wymiar szybkości czy ekstremalnych emocji, który niewątpliwie dominuje w obrazie Neveldine’a i Taylora, choć wydaje się, że równie istotne są pola semantyczne, sugerowane przez wieloznaczność angielskiego crank, a które w jakimś stopniu odsyłałyby do tego, o czym była mowa powyżej. Świat w „Adrenalinie”, widziany oczami Cheva Cheliosa, to niewątpliwie świat karnawału – dziwny, wariacki, a z pewnością pomylony i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nic tu nie znaczy tego, co powinno – bójka z dealerem i gangiem nie jest bójką, seks w miejscu publicznym nie jest seksem, a ucieczka przed policją nie jest ucieczką. Wszystko to tylko sztucznie wywoływane symulacje, które nie mają żadnego sensu, a ich jedyną funkcją jest dostarczenie impulsu somatycznego czy zmysłowego, który wyzwoli pobudzającą do życia adrenalinę. Sens działań staje się nieistotny, bo, jak moglibyśmy powiedzieć w tym przypadku, nie o sens tutaj biega. Chodzi więc już tylko o cyrkulację, podtrzymanie ruchu – poza tym wszystko staje się bezcelowe. Czy ta sytuacja czegoś nie przypomina?

Jean Baudrillard w „Symulakrach i symulacji” pisze: „Hiperrzeczywistość i symulacja powstrzymują działanie wszelkiej zasady i wszelkiej celowości, zwracając ów proces prewencji przeciwko władzy, która sama przez długi czas tak doskonale go wykorzystywała. Gdyż to ostatecznie kapitał jako pierwszy, rozwijając się wraz z upływem czasu, zaczął żywić się rozkładem struktury wszelkiej referencji, wszelkiej ludzkiej celowości, skruszył wszelką idealną różnicę pomiędzy prawdą a fałszem, dobrem a złem, po to, by ustanowić i utwierdzić radykalne prawo ekwiwalencji i wymiany, spiżowe prawo swej władzy. To on jako pierwszy wprowadził zasadę powstrzymywania, abstrahowania, oddzielania, deterytorializowania itp., a skoro kapitał wspierał rzeczywistość, zasadę rzeczywistości, to również on jako pierwszy ją zniszczył, dokonując eksterminacji wszelkiej wartości użytkowej, wszelkiej rzeczywistej ekwiwalencji, produkcji i bogactwa, poprzez wywoływanie nieodpartego wrażenia nierzeczywistości stawek i wszechwładzy manipulacji. Dziś jednak ta sama logika umacnia się przeciwko niemu. A kiedy pragnie on zwalczyć ów katastrofalny ruch po spirali, krzesząc ostatnią iskrę realności, która mogłaby rozpalić ostatni płomień władzy, udaje mu się jedynie mnożyć znaki i przyspieszać tempo symulacyjnej gry”. Wieczny ruch, ciągłe podkręcanie [crank – przyp. M.M.] tempa ma zatem zakryć czy ukryć fakt, że nic już nie ma, że wszystko jest tylko symulacją.

Podstawowy problem naszej kultury został zawarty w trzech słowach, które pomimo małego, nie rzucającego się w oczy druku, dominują na okładce polskiego wydania „Symulakrów i symulacji”: „rzeczywistość nie istnieje”. W innym ze swoich tekstów Baudrillard pisze, że „rzeczywistość nie niknie na rzecz wyobraźni, lecz na rzecz tego, co bardziej rzeczywiste od rzeczywistości: hiperrzeczywistości”, a ta jest rzeczywistością podniesioną do n-tej potęgi, „więcej X niż X”, wyostrzeniem i intensyfikacją rzeczy, jak pisze Michał Paweł Markowski w dodatku do „Ameryki”, by na końcu swojej definicji tego terminu stwierdzić, że to „rzeczywistość w stanie ekstazy”. Ekstaza zaś, podążając za kolejnymi hasłami Baudrillardowskimi, to „maniakalna obsesja rzeczywistości w epoce braku rzeczywistości”.

Pisząc o zaniku idei szybkości i przyśpieszenia na rzecz czystej i bezcelowej szybkości w epoce ponowoczesnej, Dorota Siwicka odnosi się do dość istotnej w tej perspektywie kwestii nieśmiertelności, pisząc: „Baudrillard twierdzi, że ludzkość osiągnęła pewien jej rodzaj, mianowicie – nieśmiertelność poziomą. Historia bowiem skręciła swój tor, nie kieruje się już do celu, wycofała się z igrzysk i zajęła przetwarzaniem tylko tego, co już kiedyś było. Nie może się zatem skończyć, i w ten sposób człowiek – nie biegnąc, nie podążając, nie żyjąc – stał się nieśmiertelny, nawet tego nie zauważając”. To nieśmiertelność już po śmierci, której paradoksalne trwanie objawia się w obłąkańczym, bezsensownym ruchu zmierzającym do nieskończoności. I zapewne nie bez przyczyny u progu epoki ponowoczesnej, bo w 1968 roku, na ekrany kin triumfalnie powraca postać zombie w „Nocy żywych trupów”, która od tej pory staje się jedną z najważniejszych figur popkultury. Zresztą sam Chev Chelios ma w sobie coś z żywego trupa. Niczym zombie porusza się bez wyraźnie określonego celu, bo tylko to chroni go od martwego bezruchu. Parafrazując Kartezjusza, można by powiedzieć: „Pędzę, więc jeszcze (nie wszystek) umarłem”.

W zakończeniu „Oszalałego wahadła” Tadeusz Komendant pisze: „Kto wie jednak – obym się mylił – czy nie istnieje pewna graniczna prędkość przepływu obrazów, powyżej której podmiot nie jest w stanie ich scalić, w efekcie zatem zanika”. Nasuwa się pytanie, czy nie należy postawić tej kwestii odwrotnie: czy przez to, że zanikł podmiot i w ogóle cała rzeczywistość, nie musimy pędzić z graniczną prędkością, bo tylko to już pozostało? Jak sugerowałby angielski tytuł „Adrenaliny”, można historię w niej przedstawioną odczytać jako nierealną i nieprawdziwą. W tym miejscu wypada przypomnieć jeden z ulubionych, a co za tym idzie, często cytowanych tekstów Žižka, który zapożyczył on od pewnego słoweńskiego autora: „Wszystkie postacie w tej opowieści są fikcyjne i nierealne – ale to samo dotyczy większości ludzi, których znam w realnym życiu, a zatem ta notka nie mówi zbyt wiele…”. Być może, skoro – jak chciałby Lacan – „prawda ma strukturę fikcji”, to dzięki tej świadomej nierealności „Adrenaliny” możemy dostrzec dosłownie i naocznie to, co ucieka nam w „fałszywej” rzeczywistości: że nie umrzemy tak długo, jak długo potrafimy pędzić przed siebie bez celu, dla samego pędzenia. Wolne tempo, postulowane przez Marczak, które pozwala na zamyślenie, a przez to na dotarcie do strefy świętości, już nie istnieje, tak jak zresztą świętość, która przecież dzięki kapitalizmowi uległa sprofanowaniu w niekończącym się karnawale. Prawdopodobnie zatem, wbrew powszechnym przypuszczeniom, o śmierci można już mówić tylko zawrotnie szybko, bez czasu na zastanowienie – natychmiast!
„Adrenalina” („Crank”). Scen. i reż.: Mark Neveldine, Brian Taylor. Obsada: Jason Statham, Amy Smart, Jose Pablo Cantillo, Efren Ramirez, Dwight Yoakam. Gatunek: film akcji. Produkcja: USA / Wielka Brytania 2006, 87 min.