Wydanie bieżące

1 listopada 21 (141) / 2009

Przemysław Pieniążek,

ŚMIERTELNA WYLICZANKA SAMA RAIMIEGO

A A A
Punkt zerowy

Urodzony 23 października 1959 roku w Royal Oak w stanie Michigan Samuel Marshall Raimi bez wątpienia należy do grona najbardziej innowacyjnych współczesnych reżyserów. Jego fascynacja filmem dawała o sobie znać już we wczesnym dzieciństwie – jako ośmiolatek podejmował bowiem pierwsze próby realizatorskie, kręcąc amatorską kamerą krótkometrażowe horrorki. Na szczęście jego reżyserska pasja nie wygasła wraz z okresem dojrzewania. Po zakończeniu studiów na Wydziale Literatury Angielskiej na Michigan State University razem z grupą przyjaciół (producentem Robem Tapertem, publicystą Irvinem Shapiro oraz aktorem Brucem Campbellem) w 1979 roku założył firmę produkcyjną Reneissanse Pictures. W trakcie kolejnych trzech dekad Raimi udowodnił, że jest twórcą wszechstronnym. Obok działalności scenopisarskiej oraz producenckiej, Raimi sporadycznie pojawia się także po drugiej stronie kamery („Szpiedzy tacy ja my” Johna Landisa, „Maniakalny glina” Williama Lustiga czy serial „Lśnienie” Micka Garrisa), przeważnie na zasadzie koleżeńskiej przysługi.

W swoich produkcjach Raimi często nawiązuje do realizowanych na przełomie dziesięcioleci (od połowy lat dwudziestych do końca lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia) dzieł komicznego tria The Three Stooges, które zyskało sławę dzięki krótkometrażowym filmom odnoszącym do tradycji wodewilu, nasyconym jednak sporą dawką przemocy. Cechą charakterystyczną „marki Raimi” jest także umiejętność budowania suspensu, przez co amerykański twórca często bywa porównywany do samego Alfreda Hitchcocka. Niejednokrotnie udowadniał, że potrafi się odnaleźć w niemalże każdej konwencji filmowej: „Człowiek mroku” (1990) to psychodeliczna mieszanka kina akcji, fantastyki i horroru, mająca swoje źródło w klasycznej opowieści „Upiór w operze” autorstwa Gastona Leroux; zrealizowany w 1995 roku obraz „Szybcy i martwi” oferował postmodernistyczną żonglerkę westernowymi rekwizytami, natomiast kryminał „Prosty plan” (1998) był czytelnym odwołaniem do tradycji dramatu szekspirowskiego. Wywodzący się ze środowiska twórców niezależnych Raimi dowiódł, iż całkiem nieźle potrafi okiełznać wielomilionowe produkcje, do jakich niewątpliwie należy zaliczyć cykl „Spider-Man” (2002-2007). Jednak przepustką do wielkiej kariery okazały się w jego przypadku nisko- i średniobudżetowe pastisze, będące zaproszeniem do ponowoczesnej gry ze skojarzeniami i cytatami, a jednocześnie groteskowego i nieodparcie śmiesznego danse macabre.

Jeden: Koszmar wśród drzew

Grupa przyjaciół przyjeżdża na weekend do domku letniskowego położonego w środku gęstego lasu. Kiedy jeden z uczestników wyprawy (Bruce Campbell) przez przypadek bezcześci stary indiański cmentarz, klątwa rozzłoszczonego demona sprawia, iż młodzian przeobraża się w krwiożercze zombie. Wycieczkowicze muszą zatem stoczyć dramatyczną walkę o przetrwanie…

W 1978 roku Sam Raimi zrealizował trzydziestodwuminutowy film zatytułowany „W środku lasu”, będący de facto artystycznym portfolio młodego twórcy, szukającego sponsora dla kolejnych projektów. Kosztująca 1600 dolarów produkcja do dziś nie doczekała się oficjalnego wydania (nie uregulowano kwestii praw autorskich dotyczących muzyki wykorzystanej w filmie), mając za sobą tylko jeden pokaz przed nocnym seansem filmu „The Rocky Horror Picture Show” Jima Sharmana (1975). Cały dochód z „premiery” (20 dolarów) Raimi przekazał na rzecz amerykańskiego towarzystwa walki z rakiem. Groteskowa i krwawa opowieść o tragicznych skutkach opętania zyskała sporą popularność w tzw. „niezależnym obiegu”, jednocześnie trwale kolonizując podświadomość zapalonego filmowca. Kilka lat później Raimi powtórnie odpowiedział na zew demonów dobiegający z chaty stojącej pośród mrocznego lasu.

Dwa: Dom na pustkowiu

W 1981 roku Raimi (dysponując nieco większym budżetem) zrealizował „The Evil Dead” – groteskowy i skąpany w deszczu posoki remake pechowej krótkometrażówki, pod pewnymi względami będący jej twórczym rozwinięciem. Do opuszczonego górskiego domku, ulokowanego pośrodku upiornego lasu, znów przybywa grupa studentów. Na miejscu odnajdują Necronomicon, starożytny manuskrypt, którego bluźniercza treść została zapisana krwią na kartach z ludzkiej skóry. Obok legendarnej Księgi Umarłych nie mniej osobliwym znaleziskiem okazuje się magnetofon szpulowy oraz taśma, na której – jak się wkrótce okaże – nagrana została tajemnicza inwokacja zdolna przywołać demony czeluści piekieł. Kiedy złowrogie siły atakują kolejnych rezydentów chaty, przemieniając ich w rozkładające się maszkarony, jedynym śmiałkiem zdolnym dotrwać do zbawiennego świtu wydaje się Ashley J. „Ash” Williams (Bruce Campbell).

„Umarli straszą”, „Diabelski nieboszczyk” czy „Martwe zło” – jak widać, kolejne tytuły polskich edycji kultowego dzieła Sama Raimiego są dowodami niewyczerpanej pomysłowości naszych rodzimych dystrybutorów. Chociaż film, w odróżnieniu od kolejnych odsłon przygód Asha, jest trzymającym w napięciu horrorem, nie sposób nie dostrzec w nim wyraźnej gry z widzem, polegającej na mnożeniu filmowo-literackich aluzji. Obok czytelnego hołdu złożonego twórczości Samotnika z Providence, Howarda Phillipsa Lovecrafta (bluźnierczy Necronomicon jest tego wyraźnym, lecz nie jedynym, przykładem), Raimi zapoczątkował także wymianę uprzejmości ze swoim kolegą po fachu, Wesem Cravenem. Kiedy bohaterowie schodzą do piwnicy opuszczonego domu, widz bez problemu dostrzeże wiszący na ścianie plakat filmu „Wzgórza mają oczy”, który Craven zrealizował w 1978 roku. W „Koszmarze z ulicy Wiązów” (1984) w jednej ze scen na ekranie telewizora pojawia się fragment filmu „Martwe zło”. Natomiast w kolejnej odsłonie przygód Asha na ścianie chatki można dostrzec charakterystyczną rękawicę Freddy’ego Kruegera. Elementem gry zaproponowanej przez Raimiego wydaje się także groteskowa estetyzacja śmierci.

Opętani przez złe moce przyjaciele Asha nie padają pod siłą kolejnych uderzeń i miażdżących ciosów, zmuszając bohatera do zastosowania radykalnych rozwiązań. Hektolitry krwi oraz innych wydzielin stają się znaczącym elementem zabawy z konwencją – szokującej, ale równocześnie wciągającej. Spory sukces finansowy filmu zapewnił Raimiemu materialną niezależność, sprawiając, że reżyser postanowił nakręcić tę samą historię od początku. Ostateczna wersja miała być bowiem spełnieniem jego wciąż niezrealizowanych zamierzeń. Do kolejnego spotkania Raimiego z piekielnymi siłami doszło dopiero sześć lat później.

Trzy: O człowieku i pile

Pierwszy kontakt z filmem „Martwe zło 2: Umarli przed świtem” (1987) może wywołać u widza uczucie pewnej dezorientacji. Film nie jest bowiem ani kontynuacją (jak mógłby sugerować tytuł), ani też klasyczną przeróbką, aczkolwiek zawiązanie akcji jest niezwykle podobne do tego znanego z wcześniejszego epizodu. Ash przyjeżdża ze swoją dziewczyną Lindą (Denise Bixler) do dobrze nam znanej górskiej chaty położonej w absolutnej głuszy. Plany romantycznego weekendu we dwoje spełzają na niczym za sprawą taśmy z osławioną inkantacją, która otwiera bramy piekieł. Opętana przez demony Linda ginie z ręki ukochanego, jednak jej fizyczna śmierć (po raz kolejny) bynajmniej nie rozwiązuje sprawy. Tajemne siły rozpoczynają diabelskie harce, próbując opętać zdesperowanego mężczyznę. A gdy to się nie udaje, biorą na celownik… jego dłoń. W odróżnieniu od poprzedniej części, „Martwe zło 2” odchodzi od formuły pastiszu na rzecz – nadal dość krwistej – parodii. Dobrze ilustruje to scena, w której Ash przygniata stosem książek swoją odciętą (przy użyciu piły spalinowej) dłoń. Jedną z nich jest „Pożegnanie z bronią” Ernesta Hemingwaya, w oryginale: „A Farewell to Arms”. Cały dowcip polega na tym, iż angielski rzeczownik arm oznacza także „rękę”. Zmiana zachodzi także w sposobie prezentowania scen przemocy oraz gwałtownych zgonów, komponowanych z dużym przymrużeniem oka. Opętania nabierają cech groteskowego slapsticku, zaś sama śmierć – oswojona i strywializowana – przestaje być straszna. Patrząc na dzieło Raimiego z perspektywy lat, łatwo dostrzec archaiczny dziś poziom efektów specjalnych oraz kilka błędów technicznych. Mimo to film nadal ogląda się z niemałym zainteresowaniem, ba, nawet rozbawieniem. I kiedy wydawałoby się, że udręczony Ash wreszcie przejdzie w stan spoczynku, w finale filmu magiczny wir zasysa go w swoje niezbadane trzewia, przenosząc heroicznego protagonistę prosto do średniowiecza.

Cztery: Powrót do przeszłości

Kiedy skołowany Ash staje na przedpolu zamku Candar, zgodnie z przepowiednią zostaje uznany przez średniowiecznych autochtonów za długo oczekiwanego wybrańca zesłanego przez niebiosa. Williams jest średnio zainteresowany altruistycznym bohaterstwem. Aby móc wrócić do swoich czasów, musi odnaleźć niesławną Księgę Umarłych. Niestety, w najbardziej newralgicznym momencie zapomina zaklęcia (kultowe „Klaatu Barada Nikto”, będące cytatem z filmu „Dzień, w którym stanęła Ziemia” Roberta Wise’a z 1951 roku), wskrzeszając tym samym armię wyjątkowo złośliwych nieboszczyków.

Tym razem już chyba nikt nie miał wątpliwości, iż Sam Raimi zrealizował sequel własnego dzieła. Jednak nakręcona w 1993 roku „Armia ciemności” (w Polsce dostępna także pod tytułem „Martwe zło 3”) była już odległym wspomnieniem po wcześniejszych epizodach, wprowadzając klimat czarnej komedii z elementami kina grozy i mrocznej fantasy. Kiczowate szkielety poruszające się dzięki animacji poklatkowej oraz spora dawka humoru sprawiają, że propozycja ta jest skierowana także dla młodszych widzów – tym samym przejaskrawiona rzeź ustępuje miejsca teatrzykowi abra-makabry. Pomimo niewątpliwego złagodzenia formy, Raimi nie zaprzestał jednak zabawy z widzem. W zakończeniu „Martwego zła 2” Ash spada z nieba w sam środek bitwy, zestrzeliwując latającego demona, dzięki czemu zostaje powitany jako bohater. Tymczasem na początku „Armii ciemności” Williams nie dość, że do niczego nie strzela, to jeszcze zostaje wzięty za szpiega i niezwłocznie skrępowany! Elementy osobliwej gry powracają także w zakończeniu, które funkcjonuje w dwóch wariantach. W wersji klasycznej Ash, niewłaściwie aplikując sobie miksturę umożliwiającą podróż w czasie, budzi się pośród zgliszczy Londynu. Natomiast w wersji reżyserskiej bohater budzi się we właściwym czasie, a nawet wraca do swojego supermarketu, jednak wtedy okazuje się, że nie wszystko poszło zgodnie z planem…

Skalę popularności serii Sama Raimiego dobrze ilustrują powstające na całym świecie dzieła, świadomie odwołujące się do nieśmiertelnych przygód twardziela z piłą (lub metalową protezą) zamiast dłoni. Japońskie „Evil Dead Trap” Toshiharu Ikedy (1988), szwedzki „Evil Ed” Andersa Jacobssona (1997) czy parodystyczne „Idle Hands” Rodmana Flendera (1999) są tego najlepszymi dowodami. Jednak reżyser wciąż nie może się uwolnić od głosów, które każą mu powracać do opuszczonego domu pośrodku lasu. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że na przyszły rok przewidziana jest realizacja filmu… „Martwe zło”? Zwiastunem powrotu sił nieczystych jest z całą pewnością najnowsza propozycja tego nietuzinkowego twórcy.

Pięć: Guzik przeznaczenia

O tym, że Raimi tęskni za kinem grozy, świadczył zrealizowany w 2000 roku „Dotyk przeznaczenia”, będący całkiem udanym paranormalnym dreszczowcem z doborową obsadą. Jednak to „Wrota do piekieł” stanowią powrót do „starej szkoły” Sama Raimiego i jej estetyki, na którą składają się dynamiczne ujęcia, szybki montaż, groteskowy humor, makabra, sugestywne efekty specjalne i umiejętnie budowany suspens. Akcja filmu rozpoczyna się równo czterdzieści lat temu w Pasadenie, gdzie do medium Shaun San Deny (Adriana Barraza) przerażeni rodzice przyprowadzają chłopca, którego dręczą niepokojące wizje zapowiadające jego rychłą śmierć. Jak się okazuje, dziecko ukradło cygański naszyjnik, ściągając na swoją głowę straszliwą klątwę, na której efekty nie trzeba będzie długo czekać. Kiedy piekielny ogień pochłania nieszczęśnika, Shaun przysięga wyrównać rachunki z nieczystymi siłami.

Okazja ku temu nadarzy się wiele lat później. W niemałych opałach znajduje się bowiem Christine Brown (Alison Lohman), dziewczyna pracująca w dziale kredytów jednego z banków, która została przeklęta przez starą Cygankę Sylvię Ganush (Lorna Raver). Zdesperowana Christine razem ze swoim ukochanym Justinem (Clay Dalton) szuka sposobu na obłaskawienie Lamii, piekielnej kreatury, która z rozkoszą porwie w otchłań duszę właściciela przeklętego przedmiotu. Czy panna Brown zdecyduje się pozbyć feralnego guzika, co będzie równoznaczne z potępieniem tego, kto wejdzie w jego posiadanie?

Chociaż we „Wrotach do piekieł” nie zobaczymy Bruce’a Campbella ani nie usłyszymy znajomego warkotu piły, to i tak najnowszy teatrzyk okropności Sama Raimiego powinien usatysfakcjonować amatorów mocnych wrażeń (ale nie tych z kręgu torture porn). Źródłem grozy w tej baśni dla dorosłych jest w równym stopniu widmo martwej staruszki, co zwykła chustka niepokojąco dryfująca w ciemnej przestrzeni podziemnego parkingu. Bez wątpienia Raimi jest w swojej szczytowej formie. Uważajmy. Sezon opętań dopiero się rozpoczyna.
„W środku lasu” („Within the Woods”). Scen. i reż.: Sam Raimi. Obsada: Bruce Campbell, Mary Valenti, Scott Spiegel, Ellen Sandweiss. Gatunek: horror krótkometrażowy. Produkcja: USA 1978, 32 min. „Martwe zło” („The Evil Dead”). Scen. i reż.: Sam Raimi. Obsada: Bruce Campbell, Betsy Baker, Ellen Sandweiss, Richard DeManicor, Ted Raimi. Gatunek: horror. Produkcja: USA 1981, 85 min. „Martwe zło 2: Martwi przed świtem” („Evil Dead 2: Dead by Dawn”). Reż.: Sam Raimi. Scen.: Sam Raimi, Scott Spiegel. Obsada: Bruce Campbell, Sarah Berry, Dan Hicks, Ted Raimi, Lou Hancock. Gatunek: horror komediowy. Produkcja: USA 1987, 81 min. „Armia ciemności” („Army of Darkness: Evil Dead 3”). Reż.: Sam Raimi. Scen.: Sam Raimi, Ivan Raimi. Obsada: Bruce Campbell, Embeth Davidtz, Marcus Gilbert, Bridget Fonda, William Lustig, Bill Moseley. Gatunek: horror komediowy. Produkcja: USA 1993, 81 min. „Wrota do piekieł” („Drag Me to Hell”). Reż.: Sam Raimi. Scen.: Sam Raimi, Ivan Raimi. Obsada: Alison Lohman, Justin Long, Lorna Raver, Adriana Barraza, Reggie Lee. Gatunek: horror. Produkcja: USA 2009, 99 min.