Wydanie bieżące

1 listopada 21 (141) / 2009

Magdalena Kłosińska,

NIEPOKOJĄCY „ZNAK”

A A A
Październikowy numer „Znaku” wpisuje się w ogólną dysputę diagnozującą intelektualną katastrofę w dziedzinie humanistyki. W najważniejszym tekście wchodzącym w jego skład, autorstwa Johna M. Ellisa, ta zimna diagnoza koncentruje się na upadku literaturoznawstwa oraz podważa kanoniczne wystąpienia i teorie sztandarowych twórców z zakresu szeroko rozumianej teorii literatury (Dilthey, Foucault, Greenblatt). Badaczy, którzy diagnozują koniec humanistyki można podzielić na tych, którzy uważają, że jest to swego rodzaju ułomność i pęknięcie „z góry” wpisane w kondycję uprawiania tej dziedziny, oraz takich, którzy podkreślają rolę miejsca, w jakim humanistyka znalazła się tu i teraz. Dziś, jak powiada Ellis, znaleźliśmy się w sytuacji, w której literatura stanęła twarzą w twarz z polityką, a nowe szkoły teoretyczne i metodologie badań literackich zaczęły poszukać swojego miejsca w obrębie teorii politycznych. Dlaczego? Czyżby literatura przestała wierzyć w sens swojego istnienia? Jak powiada Ellis, kanon klasycznych dzieł literackich i filozoficznych tradycji Zachodu nie jest zbiorem idei, w które należy ślepo wierzyć, lecz wyjątkową kolekcją fascynujących zmagań z różnorodnymi problemami. Mimo to, w kondycję dzisiejszego literaturoznawstwa wpisany jest konflikt i ostra konkurencja między ideami a wizjami pisarzy, czy nawet naukowców. Co dla Ellisa szczególnie niepokojące, dominuje chłodny stosunek do wielkich twórców i pisarzy, między innymi Yeatsa czy Eliota, pod adresem których formułuje się pogardliwy zarzut biernego „zachłystywania się” prawdami odwiecznymi. Aktualne myślenie o humanistyce bezkrytycznie sprowadza się do kategorii dogmatu, a nie tak jak powinno być – dylematu. Stąd dla Ellisa tym bardziej niepokojące jest traktowanie literatury jako programu społecznego i doszukiwanie się w niej wyłącznie poglądów politycznych. Wiadomo, że jest to nieuniknione, ale można też przyjąć postawę inną, która nie będzie skoncentrowana na ideologicznym etykietowaniu. Do takiego rozwiązania nawołuje Frank Kermode, autor równie stanowczej rozprawy „Akademia contra humanistyka” – owszem, może zdarzyć się, że studenci będą żywić dezaprobatę dla poglądów politycznych czy religijnych danego twórcy, powinni jednak pamiętać, że wspaniała poezja niemal zawsze wyrażać musi poglądy polityczne, religijne czy społeczne, a tych czytelnicy podzielać nie muszą, aby móc docenić poezję. Można powiedzieć, że w tym kontekście nie ma w literaturze miejsca na demokratyczną dyskusję, gdyż staje się ona przestrzenią świadomej etyki odczuwania sprzeciwu czy obrzydzenia podczas lektury danego twórcy czy dzieła. Zgodnie z ujęciem, jakie prezentuje Kermode to, czy studenci są równie pobożnymi anglikanami jak George Herbert, czy też potępiają fascynację faszyzmem Yeatsa, powinno stać się kwestią drugorzędną.

Ellisa najbardziej niepokoi jednak to, że istniejące, a wręcz narastające, trendy w świecie akademickim nie wydają się bynajmniej sezonową modą, która szybko przeminie. Dominują i jego zdaniem dominować będą przez katastrofalnie długi czas, stanowiąc zagrożenie dla humanistyki – stąd też odczuwana przez niego obawa, że oto akademia przestanie w końcu traktować idee poważnie. Według niego wiara w idee zawsze stanowiła o koncepcji uniwersytetu, obecnie zaś paradygmat ten jest zaniedbany, a nawet zlekceważony. W swojej rozprawie „Literature Lost: Social Agendas and the Corruption of the Humanities” Ellis podkreśla błąd logiczny popełniany przez reprezentantów niepokojących go „trendów”, polegający na oparciu się na niepodważalnej przesłance: wszystko ma wymiar polityczny, a polityka jest zawsze wymiarem najistotniejszym. Uważa on, że wynikiem takiego myślenia jest niesprawiedliwy stosunek, jakim darzą humanistykę ludzie o utylitarystycznych przekonaniach. Sadzą oni, że jest to dziedzina wiedzy, która nie ma przełożenia na karierę czy źródło utrzymania. Łatwo więc odbierają humanistyce jej znaczenie, stając po stronie nauk ścisłych i bardziej praktycznych kierunków typu prawo, politologia czy ekonomia. Ellis stara się odeprzeć ich ataki, przytaczając nieraz już głoszony, ciężkiej wagi argument, że nauki humanistyczne pozwalają nam spojrzeć na samych siebie z dystansu, sprawiają, że jesteśmy bardziej oświeconymi obywatelami i w sposób bardziej pogłębiony myślimy o istotnych kwestiach. Literatura stanowi o wartości wysokiej kultury, co oznacza, że jest pełna zgubnych idei i wpływów; jak przypomina Ellis, nawet w dramatach Szekspira pojawiają się postawy reakcjonistyczne, szowinistyczny imperializm, rasizm czy homofobia. Istota tkwi w tym, by humaniści nie dali się sprowokować myśleniem, że skoro kultura wysoka ucieleśnia te postawy, to również odgrywa znaczącą rolę w umacnianiu opinii publicznej, co jest równoznaczne z poglądem, że stanowi ona narzędzie, za pomocą którego osoby uprzywilejowane społecznie czy rasowo utrzymują się przy władzy. Jak przyznaje Ellis, byliśmy w błędzie, twierdząc, że studiowanie dzieł kultury Zachodu miało otwierać nam umysły i uczyć krytycznego myślenia. W konsekwencji mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją, w której byli profesorowie i obrońcy wielkich dzieł zachodniej myśli i literatury teraz nimi gardzą, pozostawiając je obronie tym, którzy nie są wykładowcami literatury. To gorzkie spostrzeżenie prowadzi Ellisa do okrutnego wniosku – profesorowie literatury są dziś ekspertami od wszystkiego. Autorytatywnie wypowiadają się w swoich publikacjach na tematy z dziedziny socjologii, psychologii, uzurpując sobie prawo nawet do kategorycznych sądów z zakresu ekonomii. Nic dziwnego zatem, że tak daleko posunęły się zmiany w sposobie nauczania i myślenia o literaturze.

Jak twierdzi Ellis, zmiany te są siłą wypadkową nieuchronnie składającą się na przemianę idei uniwersytetu. Im dalej czytelnik zanurzy się w lekturę rozprawy Ellisa, tym chętniej stwierdzi, że poruszane przez niego kwestie mają wymiar uniwersalny. Nawet jeśli Profesor University of California wypowiada się o krytycznym stanie literatury i humanistyki angloamerykańskiej, to w rzeczywistości jego głos jest postulatem skierowanym również w stronę uczelni europejskich. Jak wiadomo u początków idei uniwersytetu chodziło o nauczanie będące szerzeniem postawy wobec życia, zaś najbardziej pożądaną ideą była idea kształcenia orientacji. Postulat ten był zgodny z oświeceniową ambicją – im więcej posiądziemy, tym lepsi będziemy. Jednak, jak stara się udowodnić Ellis, ta pożądana idea dała niepożądany efekt. Obecne traktowanie humanistyki sprawiło, że idea kształcenia przestała być wiedzą zorientowaną, stała się zaś praktyką zaniechania owej orientacji. W efekcie możemy dziś mówić o stanie wiedzy jako zdezorientowanej, czyli nauki nie nachylonej już nad samą sobą. Jest to ujęcie zgodne z myśleniem Johna Henry’ego Newmana, według którego nauka zorientowana to nauka obarczona ironią, którą stać na bycie samokrytyczną oraz na postrzeganie własnych działań naukowych z zewnątrz. Newman pojmuje wiedzę antypragmatycznie. Podkreślał wielokrotnie, że w uniwersyteckiej metodzie kształcenia powinno dominować nastawienie filozoficzne, operujące ideami ogólnymi w przeciwieństwie do nastawienia technicznego z podziałem na kategorię tego, co szczegółowe i zewnętrzne. Studiowanie humanistyki w jego pojęciu to kształcenie zdolności wyobcowania, tego co swojskie. O ile w epoce Newmana taka idea uniwersytetu zwyciężała, o tyle współcześnie upojenie się nauką na gruncie administracyjnie rozumianego uniwersytetu jest niemożliwe. Tym bardziej jak potwierdza Ellis, współcześnie wiedza w paradygmacie humanistyki funkcjonuje jako konstrukt społeczny, zaś w każdej, nawet najbardziej niewinnej wypowiedzi musi kryć się jakaś ciemna ideologia. Jak powiadał Newman, oświecenie sprawiło, że dochowaliśmy się polityki bez ludzkiej twarzy. Stąd nawoływał on do wzrostu wiedzy z każdej dziedziny. Zdaniem Ellisa, współcześnie nastąpiło odwrócenie porządków. O ile kiedyś postulowano ograniczenie liczby socjologów, przy jednoczesnym wzroście myślenia socjologicznego w innych dziedzinach, tak dziś zgodnie z myśleniem Ellisa doszliśmy do punktu, w którym mamy przerost socjologów – gdyż socjologami stali się literaturoznawcy – oraz przerost ideologii wprost proporcjonalny do przerostu dziedzin.

Obok kondycji i diagnoz wysnuwanych przez Ellisa, w dalszej części najnowszego „Znaku” czytelnik może się zmierzyć z dyskusjami, jakie toczą się wokół jego tekstu. Udzielane głosy należą do wybitnych polskich przedstawicieli historyków i teoretyków literatury, między innymi Henryka Markiewicza czy Michała Głowińskiego. Zapytany o stan polskiej humanistyki, Głowiński odpowiada, że polska nauka o literaturze w najogólniejszym zarysie jest zorientowana historycystycznie. Tekst Ellisa traktuje on jako inspirację do podjęcia próby zastanowienia się czy polska humanistyka znalazła się w kryzysie. Na tle jego kojącej odpowiedzi wybija się artykuł Michała Pawła Markowskiego – „Inne światy, inne prawdy” – który stanowi radykalną, a jednocześnie pragmatyczną polemikę kwestionującą niewspółmierność nauk ścisłych i humanistycznych. Dla Markowskiego relacje między naukami ścisłymi i humanistyką można rozstrzygać na trzy sposoby. Można założyć, że są to nauki rządzące się odmiennymi regułami, po drugie – można utrzymywać, że tylko przyrodoznawstwo jest prawdziwą nauką, a humanistyka wyłącznie niepoważnym mamrotaniem i po trzecie – twierdzić, że nauka zdradza humanistyczne ideały, na skutek czego staje się sprzedajną dziewką na usługach kapitału, który ją cynicznie wykorzystuje. Sam Markowski stwierdza jednak otwarcie, że humanistyka nie jest nauką w ogóle i dlatego nie powinna wcale stawać do wyścigu z naukami przyrodniczymi i społecznymi. Dlatego też, jak powiada, nie mówimy już o sporze przyrodników z humanistami, lecz o konflikcie pomiędzy realistami i konstruktywistami. Antyhumanistą w jego mniemaniu jest ten, kto pragnąłby ludzkie poznanie pozbawić niepewności, prawa do błędu i tymczasowości, a zastąpić je oczywistością, pewnością i nieodwracalnością. W ostatecznej konkluzji Markowski stwierdza, że można być humanistą, nie wierząc w to, że humanistyka jest nauką. A odpowiednim do tego miejscem jest uniwersytet, rozumiany jako universitas – wspólnota.

Jak wiemy nie od dziś, prawda nie jest rozstrzygalna i zwykle sytuuje się pomiędzy. Stąd na frapujące pytanie o „bankructwo humanistyki” nie została udzielona jednoznaczna odpowiedź – niczym w wyroczni delfickiej, która, jak mawiał ponoć Heraklit, „ani nie mówi, ani nie ukrywa, tylko daje znak”. Znaki płynące z najnowszego „Znaku” są niepokojąco wielowykładalne; pozostawiają nam problemy do przemyślenia, nie zaś pociechę (czy jednak aby na pewno?) gotowych odpowiedzi.