Wydanie bieżące

1 listopada 21 (141) / 2009

Łukasz Iwasiński,

POSTMODERNISTYCZNY CHASYD

A A A
Matisyahu „Light”. Sony Music, 2009.
W zglobalizowanym świecie alians szeroko rozumianego folku czy etno ze współczesnymi stylami nie jest niczym nadzwyczajnym. Nie- koniecznie musi być beztreściowym patchworkiem dewaluującym sensy, które muzyka korzeni pierwotnie niosła; wręcz przeciwnie – może być twórczością pozwalającą na zachowanie ciągłości kulturowego dziedzictwa w nowych warunkach.

Muzyka żydowska jest tego doskonałym przykładem. Jak podatna jest ona na wszelkie fuzje, nie zatracając przy tym swej istoty, dowiódł już w latach 80. nowojorski ruch neo-klezmerski. Dziś rolę krzewiciela tej tradycji, podanej jednak na miarę współczesności, przypisuje się Matisyahu, który kilka lat temu zabłysnął efektowną fuzją muzyki chasydzkiej i reggae. Czy za jego twórczością rzeczywiście stoją jakieś głębsze znaczenia, czy też mamy tu do czynienia jedynie z postmodernistyczną estetyzacją?

Matthew Miller (tak naprawdę nazywa się artysta) urodził się w 1979 roku i wychował w rodzinie dość liberalnych, ale kultywujących tradycję i przestrzegających religijnych nakazów, amerykańskich Żydów. Nic dziwnego, że budziło to bunt dorastającego chłopaka. Jako nastolatek Matthew żywo chłonął kulturę hiphopową, ale najbardziej wciągnęło go reggae. Przełom nastąpił, gdy w wieku 16 lat wyjechał do Izraela. Odrodził się jako Chasyd i przybrał imię Matisyahu. Nie wyrzekł się jednak miłości do reggae i hip-hopu. Swą twórczością chciał zbudować pomost między dogmatycznym judaizmem a rastafarianizmem. Ta opowieść pachnie taniochą, na miarę kabalistycznego nawrócenia Madonny, niemniej nasz bohater wiele robił, by uwiarygodnić swe deklaracje – od ortodoksyjnego wizerunku, przez podporządkowanie swej scenicznej aktywności religijnej doktrynie, po tyleż prostolinijny, co żarliwy, często moralizatorski przekaz. Propozycja Millera spotkała się z nad wyraz dobrym przyjęciem. Już po pierwszej płycie „Shake Off the Dust... Arise” z 2004 roku zrobiło się o nim głośno, a kolejne - koncertowa „Live at Stubb's” oraz wyprodukowana przez Billa Laswella „Youth” uczyniły z niego gwiazdę alternatywy. Nic dziwnego, że historia Matisyahu okazała się nośna medialnie. Dwudziestoparoletni ortodoksyjny Chasyd rozkochany w jamajszczyźnie, w dodatku świetnie czujący mechanizmy popkultury - to zakrawa na herezję i brzmi sensacyjnie nawet w naszych postmodernistycznych czasach.

Na „Light”, najnowszym albumie artysty, nieco mniej jest bezpośrednich odwołań do reggae, więcej różnorodności, rozmachu i popowego sznytu. Muzyki (mieszającej dancehall, dub, funk, hip-hop i rocka) słucha się bez bólu – momentami ociera się ona o estetykę twórców z kręgu Anticonu, jednakże Matisyahu unika typowej dla nich, bystrej ironii, za to zdarza mu się popaść w dydaktyzm. Co gorsza - nie mogę pozbyć się wrażenia, że uduchowione frazesy i morały Matisyahu w coraz mniejszym stopniu stanowią – nawet jeśli nieco naiwne i pretensjonalne, ale przynajmniej szczere – przesłanie, a coraz bardziej sprowadzają się do pozbawionej głębszej treści słownej dekoracji.