Wydanie bieżące

1 listopada 21 (141) / 2009

Wiesław Kowalski,

WOKÓŁ BYDGOSKICH PRAPREMIER

A A A
Powołany do życia osiem lat temu przez Adama Orzechowskiego, obecnego dyrektora Teatru Wybrzeże w Gdańsku, Festiwal Prapremier w Bydgoszczy, podąża w bardzo interesującym kierunku i to wcale nie dzięki jego konkursowej części, ale za sprawą Aneksu, którego pomysłodawcą jest dziedziczący od trzech lat jesienną imprezę Paweł Łysak. Tegoroczny suplement pozostanie na długo w pamięci widzów dzięki inscenizacji prapremierowego tekstu Artura Pałygi „V [F] ICD-10. TRANSFORMACJE”, przygotowanego przez zespół bydgoskiego teatru w ramach europejskiego projektu „After the fall”. Po raz pierwszy w sposób tak dotkliwy i dojmujący, ale i nie pozbawiony elementów komediowo-groteskowych, możemy spojrzeć na naszą rzeczywistość po roku 1989. Próba zdiagnozowania następstw transformacji ustrojowej po historycznym spotkaniu przy Okrągłym Stole, pokazana z perspektywy osób niepełnosprawnych, zarówno psychicznie, jak i fizycznie, zyskała dzięki konsekwentnym zabiegom formalno-estetycznym i reżysersko-dramaturgicznym pojemniejszy kontekst, nie tylko czysto rozrachunkowo-wspomnieniowy. Na wszystko patrzymy bowiem z pozycji osób wykluczonych, które nie miały prawa głosu, widzianych, jak zaznaczył Paweł Sztarbowski, pracujący przy tej realizacji jako dramaturg, „trochę przez krzywe zwierciadło”. I tak Lesiu, jako niewidzący i niesłyszący, w znakomitej interpretacji Michała Jarmickiego, w rozpoczynającym przedstawienie monologu, określa otaczającą go rzeczywistość głównie za pomocą węchu. Pozostała szóstka aktorów – Karolina Adamczyk, Marta Ścisłowicz, Małgorzata Trofimiuk, Mirosław Guzowski, Michał Czachor i Artur Krajewski – z nie mniejszą ofiarnością konstruuje coraz bardziej ekspansywnie sceniczne życiorysy bohaterów, po to, by w finale puścić się gwałtownie w wir chocholego tańca, prowadzącego do handlowej galerii jako przybytku konsumpcji, który został im po 20 latach koszmarnie przeżytego snu ofiarowany.

Wracając do konkursu… Czy VIII Festiwal Prapremier w Bydgoszczy pokazał, w jakim kierunku idzie polski teatr? Chyba nie do końca. Podczas nieobecności spektakli Lupy („Persona.Tryptyk/Marylin”), Warlikowskiego („(A)pollonia”), Passiniego („Wszystkie rodzaje śmierci”), Kruszczyńskiego („Walizka”), Dobrowlańskiej („Mykwa”), Kempy („Rozmowy poufne”), Libery („ID”), Siegoczyńskiego („2084”), Gorzkowskiego („Ukryj mnie w gałęziach drzew”) czy Grzegorzewskiej („Ifigienia”) dyrektor artystyczny Paweł Łysak zaserwował nam prezentację aż dwóch przedstawień Teatru Polskiego w Bydgoszczy („Turyści” Pałygi i „Łaknąć” Kane), a zatem sceny, której od kilku lat szefuje, oraz zaskakująco słabą „Piekarnię” Brechta, w reżyserii Wojtka Klemma, niczym szczególnym nie wyróżniających się „Rowerzystów” Volkera Schmidta, w reżyserii Anny Augustynowicz oraz będące w festiwalowym repertuarze przysłowiowym kwiatkiem do kożucha one man show Walczaka/Rutkowskiego „To nie jest kraj dla wielkich ludzi”. Dyrektor artystyczny tłumaczył, że tegoroczny wybór był wyjątkowo trudny, a sprowadzenie spektakli Grzegorza Jarzyny z TR Warszawa i Jana Klaty z Teatru Starego w Krakowie tak znacznie nadszarpnęło festiwalowy budżet, że z pewnych przedstawień trzeba było zrezygnować. Siłą rzeczy zatem o pełnym obrazie teatralnych prapremier na polskich scenach raczej mówić nie sposób. A przypadek „Piekarni”, łopatologicznie interpretującej złe strony kapitalizmu, skłania do refleksji, że oto teatr reprezentanta lewicowych reżyserów, których co niektórzy określają mianem – może nie do końca słusznie – Towarzystwa Wzajemnej Adoracji, jest rzeczywiście egzemplifikacją artystycznej mielizny, wyświechtanej estetyki i robaczywej formy, do tego bezpłodnej intelektualnie. Wojtkowi Klemmowi, z którym solidaryzowali się podczas jego potyczek z władzami Jeleniej Góry również artyści związani z bydgoskim teatrem, przysłużono się nie najlepiej. Albowiem rehabilitacja tego wykształconego w Niemczech artysty, po jego pobycie w Bydgoszczy z „Kroniką zapowiedzianej śmierci” z Teatru Wybrzeże na jednym z poprzednich festiwali, zupełnie się nie udała. Żal było patrzeć szczególnie na Małgorzatę Hajewską-Krzysztofik, która na swój sposób próbowała, nie uciekając od psychologii, ale i aktorskiego dystansu, uwiarygodnić postać wdowy Queck w hałaśliwym natłoku monotonii i gimnastyczno-choreograficznych układów chóru bezrobotnych robotników. Jednak irytująca konwencja spektaklu nie daje szansy na to, by prowokować, wzruszać, wywoływać oburzenie czy ból z powodu niesprawiedliwości systemu polityczno-ekonomicznego. Piszę o tym dlatego, bo być może należałoby się zastanowić czy w przypadku bydgoskiej imprezy idea festiwalu autorskiego jest w pełni uzasadniona. Paweł Łysak z jednej strony przyznaje, że nie jest w stanie zobaczyć wszystkich spektakli spełniających konkursowe kryteria, ogląda zatem tylko część przedstawień, „kierując się własnym rozeznaniem i intuicją, (…) znajomością branży, ale również recenzjami i opiniami osób”, którym ufa. Można więc domniemać, że wiele do powiedzenia ma gust i światopogląd Łukasza Chotkowskiego i Pawła Sztarbowskiego, z którymi w ostatnim czasie reżyser głośnej „Sprawy Dantona” pracuje najczęściej. A upodobania młodych dramaturgów idą wyraźnie w kierunku teatru postdramatycznego, który nie dla wszystkich stanowi pożywkę dla dobrze rozumianej awangardy. Z drugiej strony Łysak, deklarując się jako autor i kreator festiwalu, w wywiadzie dla Ilony Laskowskiej, mówi: „Oglądając spektakle staram się dostrzec to, co nowe na scenie, niepowtarzalne w formie i w treści, rozpoznać dominujące motywy, które będą określały tematykę festiwalu. O wyborze przeze mnie spektaklu nie zawsze decyduje jego rozgłos czy znakomite recenzje, a subiektywne poczucie, że przedstawienie jest ważne, nie jest powielaniem tego, co już było i zostało opowiedziane, ale sygnalizuje nowy trend, uderza w nową jakość. Ważne jest, żeby pokazać, o czym się mówiło w tym sezonie, co było gorące, sexy, co definiowało współczesność”. Wybór dziesięciu tegorocznych spektakli, niezależnie od przyjętych kryteriów, musiał być, nolens volens, owocem kompromisów. W tej sytuacji może nie do końca uzasadnione jest stawianie zarzutów, co do zaproszenia jednych spektakli, a odrzucenia innych. Bo to nic innego jak wtargnięcie na grunt waśni nie do rozstrzygnięcia, bo z gustem w roli głównej. Zresztą na dobrą sprawę tylko cztery z zaproszonych przedstawień wyszły z festiwalowej konfrontacji obronną ręką. To „Trylogia”, w reżyserii Jana Klaty, „Ostatni taki ojciec” Artura Pałygi, w reżyserii Łukasza Witt-Michałowskiego, „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej i „Super nowa. Rekonstrukcja” Marcina Wierzchowskiego, z Teatru Łaźnia Nowa z Krakowa. Wszystkie z tych spektakli zostały bardzo szeroko omówione na łamach prasy, a w Bydgoszczy tylko potwierdziły swoją klasę i w każdym przypadku oryginalność zastosowanej formy. Dlatego chciałbym jedynie zwrócić uwagę na nazwisko Marcina Wierzchowskiego, który w tym samym czasie pokazał swój najnowszy autorski projekt w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. „Przedostatnie kuszenie Billa Drummonda” dowodzi, że oto mamy do czynienia z artystą, który bardzo konsekwentnie pracuje nad własnym teatralnym językiem, nad formą scenicznego wyrazu, która każe z niecierpliwością czekać na kolejne prace reżysera „Medei”.

Te kilka pofestiwalowych uwag bardziej ogólnej natury chciałbym zakończyć pytaniem o przyszłość bydgoskiego festiwalu. Czy nie byłoby lepiej powołać jednak grupę selekcjonerów, która decydowałaby o wyborze spektakli, a tym samy zdjęłaby z Pawła Łysaka całkowitą odpowiedzialność za festiwalowy program?
VIII Festiwal Prapremier, Bydgoszcz, 2-11 października 2009.