Wydanie bieżące

15 listopada 22 (142) / 2009

Łukasz Iwasiński, Sławomir Janicki,

MÓZG PRACUJE

A A A
Sławek Janicki znany jest przede wszystkim jako improwizujący kontrabasista oraz współtwórca klubu Mózg, który do historii przeszedł jako kuźnia bydgoskiego yassu. Dziś żyje między Polską a Australią, a w ramach tworzonego w legendarnym klubie festiwalu buduje forum dla międzykulturowych artystycznych dialogów. 5. edycja Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej i Sztuk Wizualnych Mózg odbędzie się w Bydgoszczy w dniach 25-28 listopada 2009.

Łukasz Iwasiński: Co aktualnie w życiu robisz? Żyjesz między Polską a Australią; jesteś aktywnym muzykiem, organizatorem życia kulturalnego i chyba w coraz większym stopniu filmowcem. Jakie dziedziny, aktywności najbardziej cię zajmują? Które są dla ciebie priorytetem?

Sławek Janicki: Tak, to prawda, coraz więcej czasu spędzam w Australii. Ostatnie 3 lata przez 9 - 10 miesięcy jestem w Australii, a na resztę przyjeżdżam do Polski. Kiedy jestem w Polsce staram się również zagrać kilka koncertów w Europie. Mózg Festival stał się na tyle dużym projektem, że pracuję nad nim praktycznie cały rok. A gdy czas festiwalu nadchodzi, wracam do Bydgoszczy, aby podopinać wszystko z nim związane i go przeprowadzić. Podczas festiwalu również nagrywam materiały wideo z koncertów, robię rozmowy z artystami, później zabieram to wszystko ze sobą do Australii, a tam w zaciszu montuję z nich dokumenty czy po prostu czyste zapisy koncertów. Po jakimś czasie, jeśli sprzyja szczęście, materiały pojawiają się w TVP Kultura. Próbuję, ale na razie bez większych sukcesów, umieścić moje produkcje w australijskiej ABC, ale sądzę, że to kwestia czasu. Te prace zajmują już sporo czasu, a poza tym działam w Australii, założyłem tam organizację Association for Contemporary Music & Performance, poprzez którą szykuję się do podobnych działań jakie uskuteczniam od 15 lat w Polsce. Gram też koncerty, współpracuję z performerami występując w różnych częściach Australii. Poza tym wszystkim cały czas doglądam z oddali codziennej działalności Mózgu i wierz mi, że jest co robić.

Ł.I.: Jak zaczęła się twoja przygoda z Australią? Czym ujęła Cię tamtejsza kultura? Szukasz tam ucieczki od cywilizacji?

S.J.: Przygoda zaczęła się niewinnie, w 2001 roku pojechałem odwiedzić koleżankę, którą poznałem kilka miesięcy wcześniej w Polsce. Koleżanka mieszkała w samym środku pustyni w wiosce aborygeńskiej. Obecnie mamy z koleżanką dwie córki, a w międzyczasie spędziłem wiele czasu z Aborygenami, od których z pewnością nauczyłem się innego patrzenia na świat. Chodzi mi o to, że pozbyłem się tej niezdrowej dumy Europejczyka, wynikającej z nieuzasadnionego przeświadczenia, że kultura europejska jest czymś bardziej wartościowym niż kultury innych części świata. Dobrze jest pojąć, że tak nie jest, to otwiera możliwości do zrozumienia innych ludzi w o wiele głębszy sposób, to pomaga również zrozumieć siebie. Od roku nie mieszkam już na pustyni, ale nie wróciłem też do miasta. Mieszkam 80 km od Sydney, wśród palm i szumu oceanu. Jeżdżę do miasta i nie sprawia mi to specjalnej przykrości, ale nie zostaję tam dłużej niż jest to konieczne. Nie sadzę jednak, że nazwać to można ucieczką od cywilizacji, staram się mieć jak najmniej do czynienia z ujemnymi efektami cywilizacji, jak bród, smród spalin i nadmierna ilość osób na m2 powierzchni. Naprawdę milej spędza się czas słuchając śpiewu ptaków niż warkotu silników. Ale to są oczywiście subiektywne odczucia, każdy potrzebuje czegoś innego w danym momencie życia.

Ł.I.: Wróćmy do spraw krajowych. Jaka jest aktualna kondycja Mózgu? O ile wiem, w pierwszej połowie bieżącej dekady klub miał się nie najlepiej, głównie ze względów finansowych. Jednak od kilku lat zarówno klub, jak i powołana przez ciebie Stowarzyszenie Mózg dobrze prosperuje.

S.J.: Tak, to są dobre lata, ale daleki jestem od popadania w jakiś zachwyt. Trzeba ciężko pracować, żeby pewien poziom utrzymać, zarówno jeśli chodzi o klub, jak i o stowarzyszenie. Niemniej uważam, że mamy generalnie bardzo dobre i ciekawe lata w Polsce, czas, w którym można bardzo wiele zrobić, jeśli tylko się ma pomysły, staramy się więc ten okres wykorzystywać.

Ł.I.: Opowiedz o Stowarzyszeniu Artystycznym Mózg. Jakie ono stawia sobie cele?

S.J.: Pozwól, że tu posłużę się swoim własnym, napisanym kilka lat temu tekstem, który zawiera myśl przewodnią naszych działań: nadrzędnym celem życia każdej jednostki ludzkiej jest dążenie do zrozumienia – zrozumienia ludzi, z którymi obcujemy na co dzień, zrozumienia ludzi, których spotykamy przypadkiem, zrozumienia występujących wokół nas zjawisk, a co za tym idzie, zrozumienia samego siebie, jako części wszechświata. Skupienie i praca z tą świadomością daje znacznie większą szansę na właściwie, czyli harmonijnie ułożone z naturą, istnienie. Przyjmując, że każdy człowiek jest częścią CAŁOŚCI, trudno wyobrazić sobie pełne istnienie jednostki bez rozumienia owej CAŁOŚCI.

Jest oczywiście wiele dróg realizacji idei poznania, każdy znaleźć powinien właściwą sobie. Poprzez realizację koncertów, wystaw, warsztatów, spotkań filozoficznych, pokazów filmowych czy performance osób reprezentujących różne kultury, różne sposoby podejścia do życia, mających za sobą różny bagaż doświadczeń, dokonuje się autentyczny rozwój ludzi biorących udział w tych zdarzeniach.

Ł.I.: Pod koniec listopada odbędzie się 5 Mózg Festival. Tegoroczna edycja będzie się różnić od poprzednich – po raz pierwszy oprócz muzyki obejmie inne obszary sztuki. Jaka jest idea festiwalu?

S.J.: Pełna nazwa festiwalu to: Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej i Sztuk Wizualnych. Tegoroczne przedsięwzięcie jest kontynuacją 4 edycji festiwalu Muzyka z Mózgu. Nazwa została zmieniona, aby zaznaczyć, że nie jest to festiwal stricte muzyczny, a po prostu festiwal sztuki współczesnej. Podczas festiwalu prezentowana jest sztuka wizualna, pod którym to pojęciem umieszczamy: performance, malarstwo, instalacje, prezentacje wideo, koncerty muzyki współczesnej. Mówiąc o muzyce współczesnej mam na myśli formy muzyczne, które wywodzą się zarówno z muzyki klasycznej takie jak: dodekafonia, punktualizm, mikrotonowość, sonoryzm, minimalizm, w następnym okresie – muzyka graficzna, muzyka konkretna, muzyka elektroniczna, którą nazywano później eksperymentalną, jak również muzykę mającą odniesienie do takich gatunków jak: jazz, muzyka etniczna czy muzyka rockowa. Interesują nas więc muzyczne formy otwarte, zawierające w sobie elementy eksperymentu, improwizacji (jako najwyższej formy kompozycji). Interesują nas działania artystów wizualnych eksperymentujących z formą, przekraczających dotychczasowe granice ekspresji artystycznej. Interesuje nas tradycja oraz poznawanie sztuki wywodzącej się z różnych, często bardzo odmiennych kulturowo, zakątków świata. Mając w pamięci słowa profesora Bogusława Schaeffera, jednego z największych współczesnych kompozytorów polskich, iż tradycję należy szanować, ale pamiętać trzeba, iż tradycję tworzymy także tu i teraz, jako cel stawiamy sobie dobierać artystów w taki sposób, aby prezentować sztukę autorską i nowatorską, z poszanowaniem najważniejszych osiągnięć czasu, który minął.

Ł.I.: Program tegorocznego festiwalu jest wyśmienity: obok liderów światowej sceny improwizowanej, czy to nowojorskiej (jak Matthew Shipp), czy europejskiego free improv (jak Evan Parker, Aleksander von Schlippenbach, Paul Lovens), pojawią się muzycy z antypodów i rzecz jasna artyści związani z Mózgiem; będą działania teatralne (m.in. wspomniany Bogusław Schaeffer), performance, warsztaty, wystawy (w tym prezentacja dorobku Szkoły Bydgoskiej). Czy któreś z wydarzeń/ postaci są Ci szczególnie bliskie, ważne, warte polecenia?

S.J.: Nie lubię mówić o tym, co moim zdaniem jest najciekawsze, bo w ten sposób nie wymienieni artyści mogą czuć się mniej ważni, a tego nie chcę. Mogę natomiast zwrócić uwagę na najbardziej zasłużonych, czyli Bogusława Schaeffera i Evana Parkera. Schaeffer to jeden z największych światowych kompozytorów muzyki współczesnej; odkąd pamiętam, zanim jeszcze go poznałem, każdy kontakt z jego twórczością, niezależnie czy była to muzyka, książka, czy też sztuka teatralna, napawał mnie swego rodzaju świeżością i siłą do działania. Twórczość Evana Parkera poznałem jakieś 20 lat temu, kiedy Mazzoll przywiózł z Niemiec jakieś tajnie wykonane, nagranie wideo. Mam tego VHS-a do dzisiaj. Z pewnością muzyka Parkera wywarła duży wpływ na moją twórczość. Z pewnością twórczość obu panów miała wpływ na wybory dokonywane przez nas przy zapraszaniu artystów występujących w Mózgu przez ostatnie 15 lat, a to z kolei mogło mieć wpływ na odbiorców, czyli publiczność mózgową. Dlatego duży sentyment, duży szacunek i radość, że pojawią się u nas ponownie.

Ł.I.: Jakie masz wrażenia z poprzednich edycji festiwalu? Co szczególnie utkwiło Ci w pamięci?

S.J.: Każdy festiwal to kilkudniowe święto sztuki. Jest pracowicie i uroczyście. Jest podniosła atmosfera, dużo spotkań i dużo wzruszeń. Jest czas na skupienie, na wzruszenie, ale i na zabawę po zakończeniu pracy. Takie są moje wrażenia.

Ł.I.: Poruszasz się na gruncie muzyki improwizowanej, pojmujesz ją jako wehikuł samorozwoju, akcentujesz pierwiastek duchowy swojej twórczości. Czy muzykę w pełni wyzwoloną uważasz za najbardziej twórczą formę wypowiedzi? Co jest ważne dla Ciebie w muzyce (a może szerzej – w sztuce)? Kiedy jest kreatywna? Wydaje mi się, że istotniejsza dla Ciebie jest postawa artysty wobec rzeczywistości, to czemu jego działania służą, niż sam estetyczny efekt...

S.J.: Muzyka improwizowana to również muzyka komponowana, różnica w stosunku do kompozycji zapisanych na papierze polega na tym, że akt komponowania odbywa się podczas koncertu. Improwizacja jest więc najtrudniejszą formą komponowania, gdyż odbywa się na oczach publiczności. Nie chcę dokonywać oceny tego, czy jest to najbardziej twórcza forma wypowiedzi –to zależy od indywidualnych predyspozycji muzyka, ale dla mnie jest to jedyna forma wypowiedzi, która mnie interesuje jako wykonawcę. Jako odbiorca słucham różnych form muzycznych, oczywiście także kompozycji, ale jeśli chodzi o muzykę współczesną, to zdecydowanie preferuję formy improwizowane, przynajmniej częściowo, a to dlatego, że taka muzyka żyje, jest i dzieje się w danym momencie, nie jest odegraniem czegoś, co zostało stworzone w innym miejscu i w innych okolicznościach. Uważam, że prawdziwy artysta nie może działać w oderwaniu od życia codziennego. Chodzi o czystość wypowiedzi i jej autentyczność. Inspirują mnie więc postacie, które tworzą swoją muzykę – sztukę, bo mają taką potrzebę i cokolwiek by się działo, czy przynosi im to sławę, czy grają dla bardzo wąskiego grona, to i tak ich muzyka będzie taka właśnie, jak sobie wymyślili.

Ł.I.: Jak oceniasz znaczenie i wpływ na krajową muzykę (kulturę w ogóle?) pierwszej fali artystów skupionych wokół Mózgu i bydgoskiego yassu. Wydaje się, że ich roli w procesie emancypacji środowiska krajowej muzyki improwizowanej od ogranych jazzowych schematów i boleśnie skostniałych instytucji nie da się przecenić!

S.J.: Sądzę, że wpływ był ogromny, ale tę ocenę czy analizę pozostawić wolę dziennikarzom oraz młodym dociekliwym ludziom, którzy się tym zajmują. A są tacy.

Ł.I.: Dziękuję za rozmowę.