Wydanie bieżące

15 listopada 22 (142) / 2009

Grzegorz Kwiatkowski, Dawid Jung,

ŚMIERĆ, MÓJ PUBLICZNY WRÓG

A A A
Z Grzegorzem Kwiatkowskim rozmawia Dawid Jung
Dawid Jung: Maliszewski o Twoim bohaterze z debiutu pisze, że „mimo traumatycznych doświadczeń jeszcze wierzy w możliwość przeprawy na drugą stronę większego sensu, spójnego losu”. Powiedz, jeśli stać Cię na szczerość, jaka filozofia Cię ukształtowała?

Grzegorz Kwiatkowski: Ukształtowała mnie filozofia chrześcijańska, czyli współczująca i nadwrażliwa. Myślę, że traumatyczne doświadczenia mojego bohatera, o których wspomina Maliszewski, to właśnie pokłosie chrześcijańskiego współczującego wychowania, które każe mi współczuć wszystkiemu, co się rusza. Cieszę się, że wychowałem się w chrześcijaństwie, ale jeszcze bardziej cieszę się z tego, że mam to już za sobą, że mogę myśleć samodzielnie.

D.J.: Teraz już rozumiem dlaczego piszesz trochę z „postkolonialnej perspektywy”, upadku imperium, ratowania zgliszczy, skoro chrześcijaństwo traktujesz jak odchodzący mit, mit, który wszystko reorganizował, ustalał zasady. Świetnie ujął to Jarniewicz, twierdząc, że mit służył poetom jako płaszczyzna porozumienia i postawa dialogu z odbiorcą, oferując pewien zamknięty, gotowy już obraz świata. W wieku XIX zagrożeniem dla doktryn chrześcijaństwa była teoria ewolucjonizmu i rozwijający się scjentyzm. Co na początku XXI wieku tej filozofii współczującej i nadwrażliwej zagraża, skoro deklarowana przez Ciebie samodzielność może wiązać się tylko z poczuciem wolności, stanem, który zniewala najszybciej, w tym i sztukę?

G.K.: Wydaje mi się że chrześcijaństwu zagraża zbytnie otwarcie się na świat i na jego teraźniejsze problemy. Chrześcijaństwo powinno zejść do katakumb. Być ponownie elitarne, sekciarskie i tajemnicze. Jeśli chodzi o moją osobę i jej zniewolenie. Owszem. Nie jestem wolny. Jestem zdecydowanie uzależniony. Od ludzi. Ale to piękne niewolnictwo (śmiech)

D.J.: W jednym ze swoich wierszy piszesz: „Spinoza twierdził że nasza miłość do Boga/ jest częścią nieskończonej miłości Boga do samego siebie// czy zatem nasza niewiara w Boga jest częścią/ nieskończonej niewiary Boga w samego siebie?” Czy zatem słowa W.H. Audena, że nic się nie zdarza za sprawą poezji, są prawdą?

G.K.: Stwierdzenie Audena to przykład kategorycznego wieszczenia. A przecież Auden nie wiedział, czy za sprawą poezji coś się zdarza czy też nie. Nie wiedział, jak będzie wyglądała poezja za dwieście lat, a w dodatku był nieuważny – poeta Allen Ginsberg swoim „Skowytem” zrobił sporo zamieszania. Z mojego doświadczenia wynika, że poezja może wpływać na rzeczywistość i utrzymywać się w krwiobiegu przez wiele lat. Ale w sposób bardziej intymny, prywatny. Na przykład wspaniałe poezje Hölderlina i Rilkego.

D.J.: Kim są więc dziś poeci, jaką nadać im współczesną definicję w technokratycznym społeczeństwie? Kim mają być, ostatnimi prorokami bez możliwości spektakularnego odejścia, czy zwykłymi komiwojażerami dystrybuującymi własne książeczki robione w samizdacie, na zdezelowanych kserokopiarkach? A może jest coś pośrodku, forma akceptowalna dla wszystkich?

G.K.: Miło by było, gdyby poeci byli z jednej strony producentami piękna, a z drugiej strony urzędnikami rejestrującymi rzeczywistość na zasadzie sejsmografu. Najlepiej to jakoś połączyć. Nie wiem, jakie ma być ich miejsce w społeczeństwie. Jak wysokie albo jak niskie.

D.J.: Obecnie poszukuję w najmłodszej poezji polskiej ważnej odpowiedzi: jak moje pokolenie, pozbawione publicznego wroga, nawet iluzorycznego, określa się wobec historii, wobec jej apetytu na wiwisekcję. Czy historiozofia jeszcze jest przydatną nauką dla poetów?

G.K.: Nie mogę odpowiadać za innych. Mogę odpowiadać tylko za siebie. Z jednej strony rację może mieć Witkacy ze swoim katastrofizmem. Z drugiej strony wcale tej racji mieć nie musi – być może żyjemy w okresie przejściowym i za wiele lat okaże się, że dzięki nowym technologiom ludzkość osiągnie większą głębię, większy dobrobyt i większy spokój. To nierozstrzygalne kwestie. Jeśli chodzi o publicznego wroga, to takowego posiadam. Jest nim śmierć. Od kilku lat prowadzę z nią działania wojenne (śmiech). Nie jest to poza, ale coś, czego jestem w życiu najbardziej pewny. Swoją drogą: nowe technologie mogą w tej walce bardzo pomóc. Mam nadzieję, że za trzydzieści lat będę miał szansę na wymianę większości swoich organów. Obyśmy spotkali się za jakieś sto pięćdziesiąt lat na kawie w Sopocie.

D.J.: Chociaż mamy wspólnego wroga, nie byłbym takim optymistą, rozwój nowych technologii doprowadzić może do jeszcze większych podziałów w społeczeństwie, zawsze zostają kwestie finansowe. Spróbuj wyobrazić sobie taką sytuację – ludzkość otrzymuje szansę rozwoju, np. całodobowy dostęp do Internetu dzięki wszczepionemu biochipowi, sądzisz, że w epoce nowego porządku świata, wielkiej rewolucji informatycznej, będzie sprawiedliwość? Raczej podział na nowy gatunek homo sapiens internetus i „reszta”. Pierwsi mają dostęp do bieżących kursów walut, skoków giełdowych, kont bankowych, słowników językowych itp., drudzy... Internet jest jeszcze medium tanim i masowym, pytanie na jak długo? Poza tym, czy nowe media nie wymuszą postaw nieznanych dotychczas psychologii, a tradycyjne sposoby komunikacji nie ulegną deprecjacji? Mam tutaj na myśli cały czas rozwijającą się kulturę obrazkową, która wypiera kulturę słowa. Kiedyś ta pierwsza może zwyciężyć i co wtedy?

G.K.: I nic wtedy. I po prostu jedna zwycięży drugą. Może my jesteśmy naprawdę stadium przejściowym. Może za 3 tysiące lat zaliczą nas do gatunku na poły zwierzęcego. Może dopiero za 3 tysiące lat objawi się nam nowy człowiek. A może nie. Musisz mnie zrozumieć. Ja mam w sobie tęsknotę za starym światem. Jednym z moich największych artystycznych guru jest Werner Herzog, który na każdym kroku wieszczy katastrofę. Gdybym kierował się wyłącznie hedonizmem i adrenaliną, to w tej chwili również wieszczyłbym zagładę. Byłbym błędnym rycerzem i plułbym na wszystko co nowoczesne. Ale czasami przydaje się też trochę zdrowego rozsądku. Boimy się nowego. Najbezpieczniejsze są dla nas obrazki z dzieciństwa albo opowieści naszych dziadków i babć. Ciężko nam, których czyta na przykład kilka tysięcy osób w całym kraju, ciężko nam pogodzić się z dominacją techniki. Z dominacją obrazu i filmu. Czy nie myślisz, że gdyby Szekspir żył teraz, robiłby filmy dla Hollywood? Że byłby subtelniejszym Spielbergiem? Szekspir robił sztuki dla ludzi. Dużo zaświatów, dużo trupów i dużo dialogów z pikantnym seksistowskim zabarwieniem.

D.J.: Gregor, są pewne granice między sztuką a populizmem, chociaż mogę się mylić. Musisz i mnie zrozumieć, ja również mam w sobie tęsknotę za starym światem, tylko, że opowieści naszych babć i dziadków różniłyby się diametralnie, z różnych rodowodów czerpiemy zakorzenione bezpieczeństwo... Nie kierując się wyłącznie hedonizmem i adrenaliną zakończę wcześniejszy wątek – dostrzegam pewne zagrożenie w tych przejściowych czasach, odgrzebywanie starego wzorca znanego historii, próbę rekonwalescencji wizerunku nadczłowieka. Czym się te próby kończą w praktyce, doskonale wiemy, wystarczy obejrzeć muzeum w Oświęcimiu. Dlatego, jeśli pozwolisz, zapytam: w Twojej twórczości judaika mocno jest eksponowana, czy ma to jakieś głębsze znaczenie?

G.K.: Judaika eksponowana w mojej twórczości ma zawsze związek z Shoah i z obozami koncentracyjnymi. Czemu tak bardzo interesuje mnie historia zagłady? Może dlatego, że mój dziadek był więźniem obozu koncentracyjnego. A może dlatego, że w chwilach zwątpienia uważam Auschwitz za model otaczającej nas rzeczywistości.

D.J.: Masz 24 lata. Czym według Ciebie jest nihilizm w poezji?

G.K.: Nihilizm to stan niewiary i znużenia. Nihilizm to takie zakurzone lustro. Czemu zadajesz mi takie pytania? Sądzisz że nihilizm jest obecny w mojej poezji?

D.J.: Tak, jest obecny. Ale współcześnie nihilizm to reguła stosowana ad libitum, u Ciebie natomiast to rodzaj prowokacji, celowe (jakże chciałbym w to wierzyć) przeakcentowanie tonusu, sprawdzanie czytelniczej podzielności uwagi, taki drobny test na czujność i znajomość eternalizmu. Żyjemy przecież w skomercjalizowanych przestrzeniach, w których empatia jest oznaką słabości, nierentownym anachronizmem. Może świat naprawdę jest jak zakurzone lustro, a poezja to zwykła szmata, którą od czasu do czasu trzeba użyć, aby móc się przejrzeć? Powiedziałeś przed chwilą: „nie jestem wolny. jestem uzależniony. od ludzi. ale to piękne niewolnictwo”. Dla kogo tworzy pisarz zniewolony – dla ludzi, przeciwko nim czy dla samego siebie?

G.K.: Pisarz zniewolony przez ludzi oczywiście pisze dla ludzi. Na ogół dla grona najbliższych mu ludzi. Tak się dobrze składa, że to grono, dla którego piszę, jest mocno przekrojowe i że w tym gronie jest wiele osób powątpiewających w sens poezji. To bardzo mobilizujące.

D.J.: Pamiętasz w jakich okolicznościach powstał Twój pierwszy wiersz?

G.K.: Mój pierwszy wiersz powstał w czasach młodzieżowego pseudo pijaństwa, pseudo szaleństwa i tak dalej. Czytałem wtedy „Sezon w piekle”. Napisałem wiersz. Byłem pod jego dużym wrażeniem. Okazało się, że połowa wiersza jest cytatem z Rimbauda. Okazało się to po dwóch latach. Wcześniej byłem zbyt egzaltowany, aby podejrzewać plagiat.

D.J.: A co czytasz obecnie, z jakich źródeł czerpiesz inspirację?

G.K.: Kafka, Musil, Broch, Mann, Nietzsche, Hesse, Lowry, Kundera, Hrabal, Pavel, Witkacy. To prozaicy, do których ciągle wracam. Jeśli chodzi o poetów, to w kółko czytam Lowella, Mastersa, Ginsberga, Elliota, Hughesa, Bukowskiego, Holderlina, Rilkego. Ostatnio do moich cyklicznych autorów dołączył Larkin. Z poetów polskich: Miłosz, Herbert, Anna Świrszczyńska. Jeśli chodzi o inspiracje pozalekturowe: cmentarz Srebrzysko, obok którego mieszkam, zakład psychiatryczny Srebrzysko, obok którego mieszkam, dawny poligon wojskowy, obok którego mieszkam oraz moi przyjaciele. Trzeba też napomknąć o muzyce, czyli muzyce klasycznej: Bach, Mozart, Schubert, Szymanowski, a chwilami Wagner oraz muzyce, również klasycznej, ale korzystającej z innego instrumentarium: The Beatles, Bob Dylan, Velvet Underground, PJ Harvey, John Frusciante. Na koniec film: przede wszystkim Werner Herzog i jego aktorska trupa czyli Klaus Kinski i Bruno S., Krzysztof Kieślowski i jego estetyczna i delikatna metafizyka, filmowe traktaty Tarkowskiego, no i, dajmy na to, kryzysy małżeńskie Bergmana. Dużą inspiracją jest też alkohol. Nie ma co tego ukrywać. Mam nadzieję, że korzystam z tego daru w sposób zawodowy. Temat alkoholu nie pojawiał się nigdy w treści wierszy. Po prostu alkohol dobrze działa na twórczość. Alkohol działa stanowczo. Powiedziałbym, że zaprawia, hartuje.

D.J.: Czy na Srebrzysku znalazłeś Angelę Kauffmann (1994-1999), Jasia Szumilasa (1996-1999), kobietę obchodzącą swoje ostatnie urodziny w wynajętej kawalerce przy dawnej Adolf Hitler Strasse w dzielnicy Langfuhr? Czy wielokulturowy Gdańsk służy Ci do szerszych perspektyw, kontrastów, przecież w ars bene moriendi terminujesz nawet w mistyce masońskiej ironizując na temat np. ostródzkiej loży Wege zum Osten? Te wiersze, jak zauważył Józef Baran, są ostre, zaskakujące, wieloznaczne i wyrafinowane intelektualnie, na swój sposób urzekające drapieżnością. Wydaje mi się, popraw jeśli to fałszywy trop, że dla Ciebie Polska to wciąż Ziemia Polin („Mojżesz nie wszedł do Ziemi Świętej// przeprawa trwa”). Czy widoczny u Ciebie paradoks – z jednej strony uniformizacja kultury, z drugiej jej atomizacja – to efekt uboczny Twojego buntu, niezamierzone próby dekonstrukcjonizmu czy raczej przemyślany i konsekwentnie rozwijany program poetycki?

G.K.: Jaś Szumilas, owszem, leży gdzieś na Srebrzysku. Pani, która popełniła samobójstwo w kawalerce, również spoczywa na Srebrzysku. Pierwotnie tytułem wiersza było jej imię i nazwisko. Ale, o dziwo, zgłosiła się do mnie jej rodzina. Gdzieś ten wiersz znalazła. Nie życzyli sobie, aby tak o niej pisać. Moje pisanie o niej to były hipotezy. Nie wiem, czy rzeczywiście popełniła samobójstwo. Ich wyrok przyjąłem z pokorą. Wiersz bez nazwiska również daje radę. Chociaż dawałby bardziej z imieniem i nazwiskiem. To piękne imię i piękne nazwisko. No, ale niestety nie mogę go zdradzić. Za to Angela Kaufmann leży w mojej głowie. Co do strategii poetyckiej – wydaje mi się, że nie mam jakoś szczególnie przemyślanej i sprecyzowanej strategii poetyckiej. Jeśli miałbym to jakoś przybliżyć, wydaje mi się, że moja poezja jest podobna do mnie, do tego, jak się zachowuję, jak mówię. Wydaje mi się że lepiej na żywo opowiadam niż piszę. Myślę, że dla towarzystwa w którym się poruszam, to są rzeczy dosyć oczywiste. Trochę racji miał Orliński, kiedy pisał, że moja poezja jest połączeniem ironii i patosu. Zaczyna się od ironii, a kończy na śmiertelnej powadze. Takie też jest towarzystwo w którym przebywam. Jest mocno swawolne, wulgarne, często kiczowato pornograficzne, a potem jest piękne, podniosłe i szczere. Lubimy to. Jesteśmy z tym szczęśliwi, jeśli mogę mówić za moich kompanów. Ale chyba schodzę z tematu.

D.J.: Na przełomie września i października premiera twojej drugiej książki poetyckiej. Skąd Eine Kleine Todesmusik?

G.K.: Tytuł to efekt zmiksowania Schuberta z Mozartem. „Todesmusik” Schuberta oraz „Eine kleine nacht musik” Mozarta. To samo z zawartością książki. Ciężar niektórych tekstów może przypominać mroczne kwartety Schuberta, np. „Śmierć i dziewczyna”. Natomiast sposób, w jaki je opowiadam, powinien przypominać lekkość Mozarta. Powinien. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Zadecyduje czytelnik. Póki co miałem czterech czytelników, którzy dali książce zielone światło. Mam na myśli Henryka Berezę, Panią Annę Nasiłowską, Józefa Barana oraz Tadeusza Nyczka, którzy zdecydowali się na wsparcie tomu blurbami.

D.J.: Na koniec, jeśli jutro miałby umrzeć Grzegorz Kwiatkowski – jakim jednym zdaniem chciałby być zapamiętany?

G.K.: Nie jednym zdaniem. A dwoma książkami: „Przeprawą” i „Eine Kleine”. Szczególnie „Eine Kleine”.

D.J.: Dziękuję za rozmowę.