ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (142) / 2009

Marta Lisok, Katarzyna Skrobiszewska,

Z NIECHĘCI DO WYCHODZENIA

A A A
Marta Lisok: Jeden z Twoich obrazów z 2002 roku ma tytuł „Ściemnianie". Można powiedzieć, że zarysowuje obszar, po którym lubisz się poruszać: związany z procesami długotrwałej obserwacji, wpatrywania się. Pracujesz seriami, przy których można by umieścić wskazówkę: Patrzcie! Wszędzie coś chce być widziane!”. Jak rozumiesz postulat Susan Sontag: „Potrzebujemy erotyzmu w kontakcie ze sztuką"?

Katarzyna Skrobiszewska: Sztuka powinna być fascynująca, a my powinniśmy być miłośnikami sztuki, a nie tylko znawcami.

M.L.: Jedna z Twoich wystaw miała tytuł „Nic trwałego". W swojej sztuce portretujesz i zbierasz w całość ulotne zestawy-sytuacje. Unieruchamiasz sytuacje, które Cię fascynują? Dokumentujesz bardziej niż przetwarzasz?

K.S.: Raczej nie mam zamiłowania do interpretacji. Dążę do jak najwierniejszego oddania sytuacji, które przykuły moją uwagę.

M.L.: Skąd pomysł na tytuł „Prawie nie wychodzę", czy można mówić o związanej z tym Twojej strategii? Poszukiwanie w sztuce pewnego rodzaju azylu?

K.S.: Nie wiem, czy nazwałabym to strategią, ale rzeczywiście widzę u siebie taką tendencję. Tytuł „Prawie nie wychodzę” jest nawiązaniem – opozycją dla jednego z obrazów z tego cyklu, na którym widać wychodzącą z pomieszczenia postać. Obraz był zatytułowany „Ego musi odejść” . Poza tym głównym motywem moich obrazów, z małymi wyjątkami, są wnętrza jednego i tego samego domu, i drzwi, które raczej prowadzą do środka, niż wyprowadzają na zewnątrz.

M.L.: Jakimi etapami przebiegała praca nad Twoją ostatnią instalacją „Světlo a stín”?

K.S.: Zaczęło się od tego, że przy remoncie pracowni znalazłam książki pozostawione tam przez poprzedniego lokatora tego mieszkania. Przejrzałam je i najpierw chyba zwróciła moją uwagę data wydania słownika polsko-niemieckiego, rok 1939, a potem dokładniej przyglądnęłam się reszcie książek. Miałam wrażenie, że ten zbiór jest dosyć szczególny, zwłaszcza, że był przypadkowy, to były książki zostawione przez kogoś, niechciane. Myślałam o tym, że chciałabym je kiedyś gdzieś pokazać. Tak przeleżały parę lat do momentu, kiedy dostałam zaproszenie do udziału w „Przypadkowych przyjemnościach 3”. Podczas czytania, spotkało mnie kilka kolejnych zaskoczeń. Otworzyło mi się wtedy bardzo dużo wątków, zastanawiałam się który z nich eksponować... Interesujący był związek treści książki z czasem i miejscem jej wydania, np. książka do nauki języka rosyjskiego na kursach dla dorosłych, wydana w 1955 roku, wydrukowana przy ul. Generalissimusa Stalina 1, „Wojna i pokój” wydana w Moskwie w 1983 roku, a znaleziona w Krakowie. Powstało pytanie, jak przekazać moje odkrycia.

M.L.: Na jakie przyjemności może natrafić odbiorca Twojej pracy?

K.S.: Przyjemność lektury, archaiczny język, brzmienie języka czeskiego, przyjemności bibliofila: dotyk, zapach starego, pożółkłego papieru, zakurzone, brudne okładki, oprawę graficzną wyjątkowej urody... Myślę, że przyjemne jest znajdowanie w książkach śladów zostawionych przez nieznanego czytelnika, przynajmniej dla mnie było. Odbiorcę może bawić też odkrywanie reguły rządzącej tym zbiorem, zasady uporządkowania, którą ja ustaliłam. Niektóre książki traktują też po prostu o przyjemnych sprawach.

M.L.: Jak sobie wyobrażasz swojego idealnego odbiorcę? W jaki sposób Twoja praca mogłaby być odczytywana?

K.S.: Powinien to być odbiorca wnikliwy, posiadający nieograniczoną ilość czasu, żeby zagłębić się w lekturze, władający językiem polskim, rosyjskim, czeskim, zaznajomiony z historią wojen napoleońskich... A tak serio, to nie mam wyobrażenia na temat idealnego odbiorcy, choć na pewno cieszyłaby mnie osoba, która chciałaby trochę czasu spędzić z tymi książkami, z moją pracą. Ktoś, kto dałby się wciągnąć w moją zabawę. Moja praca powstała z chęci podzielenia się znalezionym „skarbem”, mam nadzieję, że sprawia takie wrażenie. Może być odczytywana jako opowieść o przyjemności samej w sobie, o jej różnorodnych źródłach, dziwnych powodach, pozorach, względności.

M.L.: Na jakim poziomie można porównywać prace z cyklem „Prawie nie wychodzę”?

K.S.: Źródłem inspiracji dla obu prac jest to samo miejsce, dom, w którym mieszkam i pracuję. Cykl obrazów to głównie portrety wnętrz tego domu, ale jest to, choć zastana i tylko w niewielkim stopniu zmieniona przeze mnie, moja przestrzeń prywatna. Mogłabym powiedzieć, że „Prawie nie wychodzę” traktuje bardziej o mnie, natomiast "Světlo a stín. Wojna i mir” zwraca się w stronę innych ludzi.

M.L.: Czy możesz wskazać kilka swoich inspiracji?

K.S.: Jeśli chodzi o inspirację do „Světlo a stín", to mogę wskazać „Writings” Agnes Martin, moją lekturę tego lata, między innymi takie zdanie „Inspiration it's a command, when you have a choise, than it is not an inspiration. Inspiracja w kwestii zaufania do siebie. Tak poza tym, jako jedna z wielu, przyszedł mi teraz na myśl czarny obraz Ada Reinharda zobaczony „na żywo”, z zaskoczenia w momencie kiedy Reinharda jeszcze nie znałam.

M.L.: Co sądzisz o jego haśle, że obrazy powinno się trzymać w ukryciu i nie patrzeć na nie ciągle?

K.S.: Podoba mi się to hasło, jestem za. Oglądanie obrazu powinno być zajęciem wyjątkowym. Ja nie lubię wieszać swoich obrazów na ścianach, ale nie wiem, co by było, gdybym miała u siebie obraz Reinhardta czy Caravaggia powiedzmy...

M.L.: Na kilku Twoich obrazach przedmioty zatopione są w ciemności. Ledwo rysują się ich kształty. Lubisz moment zawieszenia, w którym oczy przyzwyczają się do ciemności?

K.S.: Tak, bardzo lubię ten moment. Bardzo mnie kiedyś zajmowało jego malarskie przedstawienie, ale teraz ten temat uznaję za wyczerpany. Chociaż nie, ostatnio zastanawiałam się, jak oddać na obrazie wrażenie znajdowania się w ciemności. Małe obrazy, jakie namalowałam, sobie z tym nie radzą („Malując mały obraz stawiamy się na zewnątrz własnego doświadczenia”, mówi Mark Rothko). Ostatnio widziałam taką instalację, tzn. relację o niej, która była właściwie przeniesieniem do galerii sytuacji, jaką chciałabym namalować: pokój pogrążony w ciemności z mnóstwem światełek pochodzących z różnych domowych urządzeń. Przypominam sobie też, że wielkie wrażenie wywarła na mnie praca Eliassona „Your black horizon” w Wenecji, zwłaszcza sam początek, wejście do całkowitej ciemności. Więc wygląda na to, że zajmuje mnie jeszcze ten temat i może jeszcze jakieś ciemne obrazy powstaną, tylko w innej skali.

M.L.: Dziękuję za rozmowę.