ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (143) / 2009

Krystian Wojcieszuk,

DIAL 'M' FOR MULTIVERSE

A A A
(…) Dłoń o dłoń! Gdy tak mnie znęci czar momentu, Że „Przystań w biegu” powiem doń, Narzucić możesz mi swe pęto, Dam chętnie wtedy nura w toń! J.W. Goethe: „Faust. Tragedii część pierwsza”. Przeł. A. Sandauer. „Tak zwany przypadek postawił kolejny pomnik swojemu okrucieństwu.” Nadinspektor Schilf
Przyznam, że najświeższą powieść Juli Zeh próbowałem pochłonąć w jeden weekend. Nie udało się. Mimo iż „Ciemna materia” nie stawia żadnego oporu w lekturze, górę wziąć tutaj musiało przeczucie przyjemności z gonienia narracyjnego króliczka. Ale uwaga – w przypadku autorki „Instynktu gry” łatwo też o czytelnika nazbyt powierzchownego. Dzieje się tu bowiem bardzo wiele, na różnych poziomach… wtajemniczenia. W konsekwencji nie sposób twierdzić, żeby tylko o le plaisir du texte w „Ciemnej materii” chodziło. Gra idzie o dużo większą stawkę. Oceńcie zresztą sami.

Powieść Zeh nie ma właściwie głównego bohatera. Protagoniści zdają się być różnymi instancjami w rzekomo wspólnym świecie przedstawionym. Zresztą, nie sposób chyba zrobić więcej niż autorka, aby jeszcze bardziej zrelatywizować i zsubiektywizować ten szkolny termin. Dość powiedzieć, że główny spór naukowy i światopoglądowy, wokół którego „nadbudowana” jest fabuła „Ciemnej materii” dotyczy istnienia tak zwanego Wieloświata (ang. multiverse), a spierają się o niego dwaj przyjaciele naukowcy; bezczelny i bezdusznie racjonalny Oskar oraz stateczny ojciec rodziny – Sebastian. Ten ostatni, traktowany (nie bez „pomocy” Oskara) przez środowisko naukowe jak niegroźny wariat, trafia pewnego dnia – w związku z pobudzającą masową wyobraźnie serią zabójstw – jako „medialny ekspert” na łamy poczytnego magazynu „Der Spiegel”. Tygodnik czytany jest przez kpiarza Oskara, który sunie właśnie szybkim pociągiem, by odwiedzić swojego starego przyjaciela w rodzinnym gniazdku, które uwił sobie we Fryburgu.

Tak wygląda ekspozycja, a dramatis personae (prócz Sebastiana i Oskara) to: Maike oraz Liam (żona i syn Sebastiana), a także niejaki Debbeling, przyjaciel Maike, budzący (kto wie, czy nie uzasadniony?) niepokój w jej mężu. Tło powieści jest jednak dużo szersze. Gdy Maike przygotowuje smaczny posiłek, a Liam pomaga tacie wycinać tajemnicze krzywe, poznajemy dzieje nieco perwersyjnej przyjaźni adeptów fizyki kwantowej. Gdy Sebastian był w młodości nieśmiałym myślicielem, Oskar: „Odkąd (…) postanowił studiować na uniwersytecie we Fryburgu, pokazywał się publicznie już tylko w surducie z długimi połami, w prążkowanych spodniach i srebrnym fularze”. Sebastian nie miał wyjścia – również musiał przyjąć tę pozę à la Jacek Dehnel.

Los chciał, że nie był w tym pozerstwie (ani w konwencjonalnej fizyce) tak dobry jak jego kompan. Oskar stał się więc światowej sławy naukowcem, megalomanem twierdzącym, że: „Poznanie (…) jest kwestią stosownej odległości i dlatego stoi otworem przed Bogiem i fizykami kwantowymi, gdy tymczasem zwykli ludzie trwają ślepo w pewnym dystansie do tych spraw”. Postać ta może być chyba postrzegana jako krzywdząca parodia takich autorów jak Steven Weinberg czy ewolucjonista Richard Dawkins (zwłaszcza, że to całe postsekularne gadanie o Bogu nie stoi oczywiście w żadnej sprzeczności z wyraźnie deklarowanym ateizmem Oskara).

Sebastianowi z kolei bliżej do sceptycyzmu poznawczego Stanisława Lema, wyrażanego na przykład, gdy autor „Solaris” pisał słowa następujące: „(…) jesteśmy ograniczeni w rozbiegu myślowym, niczym koń biegnący wkoło na lonży” („Bomba megabitowa”, 1999). Juli Zeh buduje w oparciu o tę opozycję charakterów przyjemne dla czytelników napięcie. Gdy niby to klasyczny, trzecioosobowy narrator informuje nas, że kilkanaście stron dalej Sebastian zabije człowieka, mamy wrażenie, że czytamy nową wersję biblijnej opowieści o Kainie i Ablu, w której Boga zastąpiła Nauka.

Nic z tych rzeczy.

Mam wrażenie, że jakiekolwiek dalsze streszczanie fabuły powieści będzie – jak to się dzisiaj wśród internautów zwykło mówić – spoilerem. Powiedzieć tylko wypada, że do rzeczonego morderstwa naturalnie dojdzie, a dużą rolę w fabule najnowszej powieści autorki „Orłów i aniołów” odgrywać będzie wspomniana teoria światów równoległych. W „Ciemnej materii” Zeh nie idzie jednakowoż w najmniejszym stopniu w ślady autora „Człowieka z Wysokiego Zamku”. W przeciwieństwie do Philipa K. Dicka eksperyment myślowy nie staje się prostacko powieściową rzeczywistością. Bliżej Juli Zeh do Salmana Rushdiego, który multiversum wykorzystywał dużo subtelniej, na przykład w niezapomnianej „Ziemi po jej stopami”, gdzie konwencja powieściowego realizmu jest tylko okazjonalnie, dyskretnie i „sejsmicznie” zarazem, podważana, np. przez informacje o nieudanym zamachu na prezydenta Kennedy’ego. W „Ciemnej materii” również niemal do końca będziemy zmuszeni do lawirowania na granicy rzekomego obłędu Sebastiana i „okrucieństwa przypadku” rządzącego człowieczym losem. Tyle można o powieści Zeh powiedzieć, nie wspominając nawet o fakcie, że jest to pastisz kryminału, a tytułowy (w niemieckim oryginale) nadinspektor Schilf to właściwie postać konstytuująca całą powieść.

Pojawia się niczym Porfiry Pietrowicz, gdy zbrodnia została dawno popełniona, morderca przeżywa duchowe katusze i tylko On, nowoczesny duszpasterz, jest w stanie ulżyć jego cierpieniu. Schilf to po niemiecku trzcina. Ale „trzcina myśląca”, chciałoby się dodać, czytając charakterystykę nadinspektora ze Stuttgartu. Jego zmysły są wyostrzone, bo cierpi na śmiertelną chorobę, którą traktuje z humorem: „Imię i nazwisko: glioblastoma multiforme. Wiek: co najmniej kilka miesięcy, może nawet kilka lat. Wzrost: trzy i pół centymetra. Miejsce urodzenia: płat czołowy, nieco w lewo od środka”. Nawet jak na strażnika jakiejś ponowoczesnej „prawdy”, ma on dosyć oryginalne spojrzenie na świat: „(…) dobre kłamstwo to prawda plus jeden”. Wobec współczesnej cywilizacji jest jeszcze bardziej sceptyczny od Lema i Sebastiana: „Schilfowi wydaje się niewiarygodne, że ludzie wspólnymi siłami mogą tyle stworzyć na tej ziemi”, a młodzieńczy sentymentalizm wyrzucił na śmietnik niegdysiejszych złudzeń: „(…) jak większość ludzi, dawno zamienił zdolność do płaczu na pragnienie zemsty”. Mimo wszystkich tych cech, Juli Zeh uczyniła z Schilfa postać intrygującą czytelnika. Pisarka nałożyła nawet na niego, niosące ze sobą ciężar samoświadomości, brzemię prowadzenia narracji.

Bo o tym koniecznie należy wspomnieć: w „Ciemnej materii” Juli Zeh zdekonstruowała nowoczesną bezosobową narrację po mistrzowsku. Jest tu wszystko: pseudoobiektywny dystans, mowa pozornie zależna aż do momentu, gdy nadinspektor Schilf sam staje się dysponentem reguł opowieści. Detektyw gra bowiem bez przerwy w elektroniczne szachy, które: „Podarowała mu (…) jego nowa przyjaciółka. Uznała, że (…) gdyby ktoś pewnego dnia zamierzał napisać o nim książkę, mógłby występować w niej jako inspektor grający w szachy, podobnie jak istniał Sherlock Holmes, detektyw grający na skrzypcach”. Nawet bez pomocy przyjaciółki Schilf snuł jednak od początku trzecioosobową (tak, tak) opowieść o swoim życiu, którą tzw. implied author zaledwie przytacza, od czasu do czasu komentując.

Będzie też powieść Juli Zeh gratką dla wielbicieli Alfreda Hitchcocka (a wymieniając nazwisko reżysera „Dial ‘M’ for Murder” mam też na myśli interpretującego go Slavoja Žižka). Schilf z upodobaniem ogląda „Vertigo”, a „Ciemnej materii” w ogóle by nie było, gdyby nie „Ptaki”. Już samo zakończenie „Prologu” powieści daje przedsmak tego, co Zeh zrobiła z boską (a więc „z lotu ptaka” prowadzoną) perspektywą narracyjną: „Nie wszystko słyszeliśmy, ale wiele widzieliśmy na własne oczy, ponieważ świadkiem wydarzeń zawsze był jeden z nas” – powiadają, niczym chór w „greckiej tragedii” (określenie to pojawi się zresztą explicite w powieści), niezwykle inteligentne i spostrzegawcze gołębie. Niemniej „Prolog” wieńczy błyskotliwa uwaga: „Pomysły człowieka są partyturą, a jego życie to muzyka współczesna”. Jak o niemal każdej ambitnej realizacji konwencji kryminału, tak i o „Ciemnej materii” możemy niewątpliwie powiedzieć, że jest szczególną przypowieścią o roli przypadku w życiu człowieka, o bezwładzie, któremu usilnie staramy się narzucić możliwą do oswojenia strukturę.

Psychoanaliza (niezależnie od przymiotnika, który ją akurat dookreśla) uczy, że powyższy proces nie jest możliwy bez innego – wyparcia. Tym, co skrupulatnie wymazywane jest ze świadomości czytelników i bohaterów przez kilkaset stron powieści, jest wspólny udział Sebastiana i Oskara w programie telewizyjnym „Na antypodach” oraz awantura, do której podczas realizacji tej rozmowy doszło. Niemniej, nie uszła ona uwadze Schilfa: „Młodzieńczy uśmiech Sebastiana obok wyrazistej twarzy mężczyzny, któremu Schilf, gdyby był reżyserem adaptacji filmowej »Fausta« natychmiast powierzyłby rolę Mefista”. Nieoczekiwanym patronem powieści Zeh okaże się również George Orwell i wymyślony przez niego w „Roku 1984” termin „dwójmyślenie”. Niczego więcej nie zamierzam dodawać, poza tym, że jest to wszystko – wybaczcie regionalny kolokwializm – pierońsko ciekawe.

„Ciemna materia” Juli Zeh wymaga z pewnością od czytelników choćby minimalnej elastyczności w myśleniu. Ale jest to też powieść tak przystępna, jak to tylko w przypadku dobrej literatury możliwe. Niemcy najwyraźniej wiedzą, co należy robić, żeby powieściopisarstwo nie upodobniło się do fizyki kwantowej…
Juli Zeh: „Ciemna materia”. Przeł. Sława Lisiecka. Wydawnictwo W.A.B.. Warszawa 2009 [seria: Don Kichot i Sancho Pansa].