Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (143) / 2009

Anna Katarzyna Dycha,

HATIFNATS, ALLELUJA!

A A A
Hatifnats “Before It Is Too Late”. EMI Music Poland, 2009.
Objawienie – można powiedzieć o Hatifnats. Ale objawieniem byli już na radiowych składankach „Offensywa 2” i „Offsesje 1”, na których pojawiły się ich utwory „Mathematix” i „Soil”. Wysoki, charakterystyczny głos Michała Pydo, muzyka przestrzenna, pięknie smutna. Taki jest też ich debiut. Spójny, zanurzony w „zimnej fali”, uderzający epicką mocą.

Warszawskie trio dało się już poznać z dobrej strony. Dobre demo, elektryzujące koncerty. Bezwstydnie młodzi i piekielnie zdolni. W zeszłym roku zawojowali letnie festiwale: Open’er, Union Rock Festival, Jarocin, a w tym powrócili na mysłowicki Off (debiutowali tam w 2007 roku). Na ich pierwszy krążek długo wyczekiwano. Do jego wydania byli gotowi już dwa lata temu. To materiał, który można było usłyszeć podczas występów grupy na żywo. Dlatego żadnym zaskoczeniem nie jest fakt, że jest to wydawnictwo wybitne.

Dźwięki i słowa wyśpiewywane przez obdarzonego niezwykłego barwą głosu Michała płyną jak opowieść unosząca się nad ziemią. Smutek i melancholia w jego głosie chwytają za serce, a przez plecy przebiegają dreszcze. Aż trudno uwierzyć w taki głos. Gdy pan Pydo udziela wywiadów, wszystko brzmi normalnie. Gdy zaczyna śpiewać, słuchacz wpada w osłupienie. Po prostu magia, głos jak nie z tego świata. Dodatkowy atut to naturalność i skala. Żadnego silenia się i łatwość wyciągania wysokich dźwięków. Widziałam i słyszałam ich na kameralnym, radiowym koncercie. Skromni, nieśmiali, wrażliwi, niepozorni, a potrafią przenieść w inny wymiar. Nie ma tu też mizdrzenia się na zdjęciach (w skromnej wkładce znalazła się jedna nieduża fotografia, za to pojawiły się wszystkie teksty), młodzieżowej pozy, schlebiania gustom. Jest podążanie swoją drogą.

Jak wcześniej wspominałam, na płycie usłyszymy dobrze znane z radiowych anten czy wspomnianych składanek utwory: „Horses From Shellville”, „Soil”, „Mathematix”, „Waking in the dark”. Jednak nie brzmią one tak samo jak wcześniej. Nagrano je na nowo, na nowo zaaranżowano, dzięki czemu wiele zyskały. Brzmią pełniej, dojrzalej. Słychać to przede wszystkim w wolniej zagranym „Mathematix”, które nabrało też ogromnej przestrzeni, a finał zaskakuje akustycznym fragmentem. Reszta to rzeczy grane na koncertach. Wszystko utrzymane w jednakowej stylistyce. Tworzą spójną całość. Utwory wręcz przechodzą jeden w drugi, płyną. Czasem trudno się zorientować, że jeden się skończył, a drugi rozpoczął. Mnie przykuwa do głośnika „Hypoxia”, a w zasadzie jej piękny piosenkowy, melodyjny fragment, który się tu przewija. Można krzyknąć za muzykami „Hallelujah”!

To muzyka nienowoczesna, zanurzona w estetyce lat 70., w depresyjnej „cold wave”, przesycona niezwykłym klimatem, spowita melancholią i tajemnicą. Można ją przeżywać jak dokonania Joy Division. Wiele utworów przekracza granicę pięciu minut, mają rozbudowane końcówki. Nie ma tu jednak patosu. Gitary brzmią zadziornie, sekcja rytmiczna ostro pracuje. Czasem jest łagodniej dzięki wprowadzeniu gitary akustycznej. O ile inspiracje sięgają twórczości sprzed 30 lat, produkcja jest zawodowo nowoczesna. Mariusz Szypura stanął na wysokości zadania. Fantastyczna robota, która pokazała Hatifnats znanych przecież wcześniej jeszcze z innej, ciekawej strony.