Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (143) / 2009

Ryszard Knapek,

„W MORDĘ”, CZYLI O TAK ZWANYCH DYSKUSJACH AKADEMICKICH

A A A
Przeszedł do historii, jak się to zwykle mówi, I Międzynarodowy Festiwal im. Josepha Conrada, zabierając ze sobą przychylne recenzje i pozytywne komentarze uczestników, uroczyście otwierając oczekiwanie na następny. Pośród sporej liczby różnorodnych festiwalowych wydarzeń znalazło się jedno, o tyle już wyjątkowe, że przez dyrektora artystycznego festiwalu Michała Pawła Markowskiego nazwane szczególnym, najdonioślejszym ze względu na uczestników i temat (choć nie będąc uczestnikiem innych wydarzeń nie mam gwarancji, że nie zapowiadał tak każdego). Gdy szukam dobrego przymiotnika, żeby opisać tamto zdarzenie i przychodzi mi na myśl tylko jeden – „ekskluzywne”. Zacznijmy jednak od początku. Pod jednym dachem i jednym tytułem mieliśmy tak naprawdę do czynienia z dwoma równoległymi dyskusjami, które, rzec by można, również między sobą pozostawały w relacji dialogicznej.

Miejsce: Cheder Café (ponoć wspaniała kawa z kardamonem), krakowski Kazimierz
Tytuł debaty: „Ateny czy Jerozolima”
Uczestnicy: Agata Bielik-Robson, Cezary Wodziński + Krakowski Pijaczyna
Koordynowali: Tadeusz Sławek + (zapewne) Właściciel Kawiarni

1. Temat dyskusji nie mógł nie budzić zainteresowania: nasze dziedzictwo kulturowe greckiej filozofii i judaistycznej religii, to problem zawsze istotny, a dziś dodatkowo aktualny w świetle zyskujących rozgłos „myśli postsekularnych”, tu na dodatek komentowany przez bezdyskusyjnie najważniejszych polskich specjalistów w omawianej dziedzinie. Z tym większą więc przykrością muszę się od razu przyznać, że niewiele udało mi się z owej debaty wyrozumieć. Rzecz jasna, należy to zrzucić na karb mojego braku kwalifikacji, niemniej wydaje się, że podobne doświadczenie było udziałem co najmniej większości słuchaczy. Zadałem więc sobie pytanie – jak to się stało – i podjąłem się niewczesnej rekonstrukcji całego zdarzenia.

Moje niezrozumienie wyniknąć mogło z – pośpiesznego być może – rozczarowania, które dotknęło mnie już na samym początku. Otwierając dyskusję, Tadeusz Sławek zaproponował pewne ograniczenie, które było mi zupełnie nie w smak. Aby dobrze zrozumieć sytuację Aten i Jerozolimy – symbolicznych kolebek europejskiej myśli – musimy pamiętać jeszcze o trzecim mieście, o Rzymie, który oba te dziedzictwa dla nas przyswoił i poprzez który zmuszeni jesteśmy odczytywać tamte tradycje (tak Platona, jak i Biblię znamy właściwie z tłumaczeń i komentarzy łacińskich itd.). Rzym określając – ogranicza tym samym nasze rozumienie, powinniśmy więc, jak zaproponował Sławek, postarać się go na moment wymazać, do tego stopnia, do jakiego jest to w ogóle możliwe i na ten jeden moment powrócić do źródła. Podkreślam momentalność tego spojrzenia, ponieważ ostatecznie doprowadziło ono dyskusję, głównie chyba za sprawą Agaty Bielik-Robson, do rozważań nad ideą „Aten samych w sobie” i „Jerozolimy samej w sobie”. Tymczasem (protestowałem w duchu) jedyny powód dla którego warto interesować się tymi gruzami, to właśnie cesarski i papieski Rzym – to znaczy my, spadkobiercy tej cywilizacji i tego języka.

Postulat rzymskości, jako sposobu spotkania tych dwóch pierwotnych myśli to skądinąd koncepcja Cezarego Wodzińskiego. Precyzuje to we wstępie do „Aten i Jerozolimy” Lwa Szestowa (a więc postaci, która umożliwiła dyskusję i dostarczyła jej tytułu): „Idea Rzymu, jako miejsca spotkania, w którym rozbrzmiewa mowa różnojęzyczna, a mimo to porozumienie jest możliwe, w którym zbiegają się szlaki wiodące z Aten i Jerozolimy, i nie oznacza to bezwzględnej walki i ekspansji, lecz harmonijną koegzystencję”. Takie ujęcie stawia jednak Rzym na równi z pozostałymi dwoma miastami, jako kolejny etap, choć kumulujący poprzednie, umożliwiający wymianę myśli między nimi – nawet jeżeli zafałszowaną przez nowy język. A przecież nie tylko o to chodzi. Zasadniczym powodem, dla którego Szestow zapytał o Ateny i Jerozolimę, jest to, co za Husserlem (i znów Wodzińskim) nazywamy kryzysem kultury europejskiej. Ponieważ to, co zastane – nowoczesny świat – budzi w nas niechęć i bunt, ponieważ świat, jaki znamy, zabrnął w ślepy zaułek przefilozofowania – a to niesie ze sobą znacznie poważniejsze konsekwencje niż z początku można by się spodziewać – nie ma innego wyjścia jak powrót do źródeł i ponowne dokonanie wyborów, tym razem trafniejszych niż poprzednio. Kto zna Szestowa, ten wie, że wybierze on Jerozolimę.

Od razu powinno to wywołać zastanowienie – przecież dokładnie takie same motywy zdają się kierować Agatą Bielik-Robson w jej projekcie kryptoteologii. Tylko nieuważna lektura jej „Na pustyni” może prowadzić do konkluzji, że mamy tam do czynienia wyłącznie z (wysublimowanym intelektualnie) dyskursem krytycznym. Zresztą już od pierwszej książki („Na drugim brzegu nihilizmu”) widać, że w jej rozumowaniu diagnozie towarzyszy zawsze koncepcja pozytywna. Autorka powtarza za Franzem Rosenzweigiem postulat spojrzenia na Ateny od strony Jerozolimy, a tym samym za nadrzędną wobec kategorii bytu uznaje życie, nie jako kategorię nietzscheańską czy bergsonowską, ale jako (trudno tu uniknąć niechcianej ontologizacji) fakt, rzeczywiste zdarzenie, które ma się stać równocześnie przedmiotem filozoficznego namysłu i przedmiotem ludzkich starań. Wykształcona na myśli anglosaskiej Bielik-Robson pamięta przecież, że każda teoria powinna być pragmatyczna, że za myślą powinien iść czyn.

Jeśli zdarza się jej o tym zapomnieć, to dlatego, że za wystarczający „czyn” uznać można samo prowadzenie sporu. I tak okazało się, że właściwym tematem uczestników debaty stał się, dziwnie subtelny, spór o neoplatonizm. Sławek próbował ich od tego odciągać, ale temat wracał jak mantra. Co gorsza, wydaje mi się, że był to w rzeczywistości jedynie spór o słowa. Wodziński i Bielik-Robson mówią zupełnie różnymi językami (to stwierdzenie zupełnie oczywiste dla czytelników ich książek). Stąd też już na poziomie terminologicznym trudno było doprowadzić do porozumienia. Jak się wreszcie okazało, nazbyt częste i niedefiniowalne, nieortodoksyjne wzajemne przeklinanie się „Logosem” (to słowo zapamiętał każdy, za chwilę okaże się dlaczego) musiało doprowadzić do katastrofy…

2. Sytuacja, którą przeżyłem jako widz, wzięta została, jak mi się od początku wydawało, wprost z kart Gombrowicza (dlatego ostrzegam przed niespodziewanymi rozwiązaniami tego opisu). Tak zwana „intelektualna atmosfera” spotkania była autentyczna, to znaczy dobrze udzielała się publiczności, która stłoczona w niedużej kazimierzowskiej Cheder Café, spijała słowa – choć trudne do strawienia, to przecież przepyszne – z ust dyskutantów w ciszy i skupieniu. Być może nikt nawet nie zauważyłby wejścia pijanego mężczyzny, gdyby ten nie postanowił w pewnym momencie postawić się w opozycji do Logosu, wydając z siebie szereg głośnych, nieartykułowanych dźwięków. Chociaż właścicielowi (jak się domyślam) kawiarni szybko udało się dekonstrukcjonistę usunąć, to scena została już raz na zawsze przemieniona. Słowa wyśmiane i sparodiowane, nawet jeżeli wróciły po chwili do początkowego natężenia sensu, utraciły swój pierwotny autorytet. Trudno było (mi) teraz traktować je tak samo poważnie jak wcześniej. Tragedia zamieniła się w komedię i jedno, co mi pozostało, to śledzić dalej jej perypetię. Pijak próbował jeszcze kilka razy wracać – ciągle (dyskretnie już teraz) wyprowadzany. Wyartykułował wreszcie swoje myśli, które okazały się banalnie antysemickie. I chyba w krótką chwilę po tym nasz drugi bohater-właściciel wyszedł za nim na zewnątrz powtarzając słowa, które (niestety dla istoty dyskusji, szczęśliwie dla przedstawienia) najmocniej utkwiły mi w pamięci: „Logos – Logosem, ale komuś tu trzeba dać w mordę!”.

Pośrednim dowodem, którym chciałbym podeprzeć swoje sprawozdanie jest pofestiwalowa relacja Tygodnika Powszechnego – jedyna niestety, jaką udało mi się znaleźć w Internecie. Dotyczy ona całego Festiwalu i przygotowana jest bardzo sumiennie. Wyjątkiem jest tu właśnie relacja z tego spotkania. Sprowadza się ona do nieuporządkowanych notatek, głównie cytatów, nie tworzących ciągu myślowego ani spójnego obrazu, tak, jakby sprawozdawca nie był w stanie sobie takiego obrazu wytworzyć.

I jeszcze fotoreportaż ze spotkania, na który składa się – jedno zdjęcie. Zrobione z zewnątrz Cheder Café pokazuje ludzi odwróconych plecami do fotografa i wpatrujących się w jedno miejsce. Gra odbitych świateł zbliża całość niebezpiecznie do platońskiej metafory jaskini – Państwu pozostawiam interpretację.

Postscriptum. Za znaczący atut Festiwalu Conradowskiego uznać należy przygotowanie pewnych tekstów wprowadzających i przygotowujących uczestników – znajdują się one na internetowej stronie Festiwalu. Tam właśnie (w dziale „czytelnia”) znaleźć można bardzo ciekawy, być może nawet najciekawszy głos w całej tej dyskusji: tekst Zbigniewa Kadłubka „Ewangelia i gramatyka” z podtytułem „Czy Abraham, Hiob i Joel mogą zastąpić Sokratesa, Platona i Epikura?” – lekturę polecam każdemu, jako uzupełnienie, wyjaśnienie i uruchomienie nowych, czasem nieoczekiwanych wątków.