Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (144) / 2009

Przemysław Pieniążek,

„YATTÂMAN”, CZYLI KICZ (NIE)KONTROLOWANY

A A A
Kiedy poprosimy grupę statystycznych Polaków stojących u progu trzeciej dekady życia o wymienienie ulubionego serialu animowanego, nierozerwalnie kojarzącego się z okresem wczesnej podstawówki, znaczny procent respondentów z pewnością wskaże jedną z anime emitowanych za pośrednictwem pierwszej w Polsce komercyjnej stacji telewizyjnej Polonia 1. Bez wątpienia w ścisłej czołówce znalazłby się „Yattâman” – produkowany w latach 1977-79 przez studio Tatsunoko Production slapstickowy serial fantastyczny autorstwa Hiroshiego Sasagawy i Seitaro Hary. Stuośmioodcinkowy spin-off cyklu „Time Bokan” (w skład którego wchodził także m.in. „Yattodetaman”, emitowany w naszym kraju pod tytułem „W Królestwie Kalendarza”) regularnie przyciągał przed ekrany telewizorów wierną publikę, dzielnie znoszącą włoski dubbing wzbogacony o interpretację polskiego lektora. Na śmiałków zdecydowanych na pokonywanie lingwistycznych przeszkód czekała zwariowana podróż do świata surrealistycznych gagów, błazeńskich potyczek, kuriozalnych wynalazków oraz niezapomnianych przyśpiewek i kiczowatych układów taneczno-ruchowych; podróż, warto dodać, odbywana w towarzystwie pokręconych niczym loki Shirley Temple postaci tworzących antagonizujące ze sobą drużyny.

Fabularnym trzonem cyklu „Yattâman” były poszukiwania legendarnego Czaszkowego Kamienia (Dokuro) – magicznego artefaktu zdolnego zlokalizować największe na świecie złoża złota. Niestety, wiele wieków temu bezcenny przedmiot połamał się na kawałki rozrzucone po całym globie. Nic więc dziwnego, że podający się za „boga złodziei” Dokurobei chciał za wszelką cenę skompletować brakujące fragmenty. W tym celu nieustannie wysyłał na szeroko zakrojone poszukiwania malownicze trio zwane Bandą Drombo (Doronbō). Na czele złodziejskiej szajki stała ponętna Doronjo, próżna i inteligentna oszustka, która pod maską (dosłownie) pełnej wyrachowania sekutnicy skrywała oblicze tęskniącej za wielką miłością dwudziestoczteroletniej blondynki. Formalnym mózgiem grupy, odpowiadającym za projektowanie oraz konstruowanie kolejnych robotów bojowych (z obowiązkowo wszczepionym guzikiem autodestrukcji – ot, tak na wszelki wypadek), był Boyakki, pałający nieodwzajemnioną miłością do panny Doronjo. Natomiast zwalisty Tonzra – prywatnie tragarz, robotnik, manekin testowy oraz amator damskiej bielizny – pełnił w grupie niewdzięczną rolę „mięśni do wynajęcia”.

Przed każdą wyprawą Banda Drombo zakładała kolejny przestępczy biznes w celu pozyskania funduszy na budowę nowej machiny. Poszukiwania Czaszkowego Kamienia nie należały jednak do najłatwiejszych: wszelkie wskazówki Dokurobeia dotyczące potencjalnej lokalizacji zaginionych fragmentów artefaktu (przekazywane za pośrednictwem kiczowatych emisariuszy, takich chociażby jak hamburger z zestawem głośnomówiącym czy złowrogi motyl) były zazwyczaj nieprecyzyjne lub najzwyczajniej w świecie błędne, co nie przeszkadzało pozostającemu w ukryciu mocodawcy z lubością karać swoich podwładnych za niewykonanie zadania. Drombocytom nie ułatwiał także życia duet samozwańczych obrońców pokoju zwany Yattâman, który tworzyli Gan Takada, syn słynnego projektanta zabawek oraz jego przyjaciółka Ai Kaminari, córka sprzedawcy urządzeń elektrycznych. Razem konstruowali i modyfikowali animorficzne roboty terenowe (np. Yatta-Psa, Yatta-Pelikana, Yatta-Rybę czy Yatta-Pandę), będące zarówno niezastąpionymi środkami lokomocji, jak i skutecznym orężem w walce z machinami Boyakkiego. Zanim jednak dochodziło do obowiązkowego w każdym odcinku pojedynku maszyn, widz mógł podziwiać popisy ekwilibrystyczne Gana oraz jego wprawę w posługiwaniu się kendamą, zabawką przypominającą młotek z połączoną z nim za pomocą wspomaganego elektrycznie sznurka piłką, jak również sprawność Ai w walce przy użyciu teleskopowo składanego kija przesyłającego ładunek obezwładniający.

Chociaż poszukiwania Czaszkowego Kamienia prędzej czy później musiały dobiec końca, bohaterowie kultowego serialu nie przeszli w stan zasłużonego spoczynku. W styczniu 2008 roku, po blisko 31 latach od rozpoczęcia oryginalnej serii, odbyła się premiera nowej wersji niezwykle popularnej anime, dostosowanej do gustów oraz przyzwyczajeń dzisiejszej widowni. Za ciosem poszedł również przemysł filmowy. Rok później – dokładnie 7 marca 2009 roku – szturm na kina rozpoczęła fabularna wersja przygód Yattâmanów, okupując przez kilka kolejnych tygodni czołowe pozycje na japońskich listach przebojów. Mijający rok okazał się zresztą wyjątkowo łaskawy dla fanów anime rozproszonych po całym świecie, przynosząc kinowe odsłony takich szlagierów jak „Dragon Ball” („Dragon Ball: Ewolucja” Jamesa Wonga) czy „Blood: The Last Vampire” w reżyserii Chrisa Nahona.

W przypadku fabularyzowanych przygód poszukiwaczy kamienia Dokuro dziwić może kandydatura reżysera, któremu postanowiono powierzyć to karkołomne skądinąd zadanie. Został nim bowiem Takashi Miike, autor „Gry wstępnej” (1999), „Nieodebranego połączenia” (2003) czy „Sukiyaki Western Django” (2007). Należy jednak pamiętać, że znany ze swojego zamiłowania do prezentowania transgresyjnego wymiaru przemocy i śmierci autor ma w swoim przebogatym dorobku także taką pozycję jak „The Big Spook War” (2005), familijny film fantasy o chłopcu, który w bitwie stulecia gromadzi moc wszystkich stworzeń Yôkai (bardzo szerokie pojęcie obejmujące całą gamę stworów, których boją się Japończycy, począwszy od duchów, demonów, upiornych zwierząt, diabłów, po istoty pojawiające się pod postacią zjawisk, roślin lub zwierząt, a nawet przedmiotów codziennego użytku) do walki z piekielną armią sił zła, która zamierza zniszczyć świat. Adaptacja „Yattâmana” jest kolejną propozycją reżysera skierowaną do widzów w niemalże każdej kategorii wiekowej. Miike postawił bowiem na dość wierny przekład specyficznego kodu anime Sasagawy / Hary na język filmu fabularnego.

W sekwencji początkowej widzimy ogrom zniszczeń, jakich dokonało trio Drombo na ulicach Tokio. Po obowiązkowym pojedynku z użyciem maszyn bojowych i zgoła przypadkowej eksplozji wieńczącej niepełne zwycięstwo bandy Dokurobeia, na zgliszczach miasta Gan Takada (Sho Sakurai) oraz Ai Kaminari (Saki Fukuda) znajdują dziewczynę trzymającą w rękach kawałek niebieskiej skały, który okazuje się jednym z czterech fragmentów Czaszkowego Kamienia. Tajemniczą posiadaczką odłamka artefaktu jest Shoko Kaieda (Anri Okamoto), córka słynnego archeologa (Sadao Abe), który w trakcie swoich poszukiwań został zniewolony przez złowrogą istotę o olbrzymiej czaszce zamiast głowy. Duet Yattâman wyrusza na poszukiwanie brakujących fragmentów mitycznego przedmiotu, na każdym kroku utrudniając życie podwładnym Dokurobeia w osobie panny Doronjo (Kyôko Fukada), Boyakkiego (Katsuhisa Namase) oraz Tonzry (Kendo Kobayashi).

Widz, który nigdy nie miał styczności z oryginalną anime, z dużym prawdopodobieństwem wybiegnie z kina z okrzykiem przerażenia. „Yattâman” Takashiego Miike jest bowiem destylatem kiczu, którego dawka może doprowadzić nieprzygotowanego widza do aktów odbiorczej repulsji. Skrajne przerysowanie postaci idzie w parze z kuriozalnymi wstawkami tanecznymi, przyśpiewkami oraz zawołaniami, jak również surrealistycznymi walkami robotów. W pamięci pozostaje szczególnie pojedynek Yatta-Kinga z antropomorficzną machiną o kobiecych kształtach, strzelającą strumieniami lasera oraz wystrzeliwującą (cytując Boyakkiego) „cyckorakiety”.

Dynamiczne ujęcia, szaleńcze tempo montażu oraz niezłe efekty specjalne podkreślające animowaną genezę świata przedstawionego znajdują swoje dopełnienie w zróżnicowanej oprawie muzycznej, w której popowe melodie przełamywane są dynamicznym japońskim punk rockiem, a taneczne szlagiery ustępują miejsca subtelnym partiom fortepianu, podkreślającym melodramatyczną lub melancholijną aurę. Znajdziemy tu też bezpośredni zwrot do widzów oraz instancję narratora objaśniającego „zawiłości” fabuły. Ciekawym zabiegiem jest wykorzystanie wstawek animowanych nawiązujących do stylistyki „Tygrysiej Maski”, brutalnej anime autorstwa Takeshi Tamiya, będącej opowieścią o zamaskowanym zapaśniku.

Na ile całe to przedsięwzięcie jest ukłonem w stronę wiekowego skądinąd serialu, a na ile żartobliwą zabawą z gatunkowymi kodami – każdy widz będzie musiał sam określić. Bez wątpienia „Yattâman” jest propozycją skierowaną przede wszystkim do fanów kultowego anime, dla których dzieło japońskiego skandalisty będzie z pewnością nie lada gratką. Pozostali widzowie mogą za to przyjrzeć się niemalże wzorcowo przeprowadzonej transplantacji wyraźnie skodyfikowanego serca anime do ciała fabularnej superprodukcji. Ale nie każdego musi to przekonać. Zwolennikom bardziej „wysublimowanego” sposobu obcowania z kulturą Kraju Kwitnącej Wiśni polecam wieczorną projekcję dzieł Mamoru Oshii lub lekturę dowolnej powieści Haruki Murakamiego w asyście kupnego sushi oraz importowanej sake.
„Yattâman” („Yatterman”). Reż.: Takashi Miike. Scen.: Masashi Sogo. Obsada: Sho Sakurai, Saki Fukuda, Kyôko Fukada, Katsuhisa Namase, Kendo Kobayashi, Sadao Abe, Anri Okamoto. Gatunek: komedia / film akcji. Produkcja: Japonia 2009, 119 min.