Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (144) / 2009

Łukasz Iwasiński,

SPUŚCIZNA HELMETA NA PŁÓTNACH

A A A
Helmet, jeden z najwybitniejszych zespołów funkcjonujących na pograniczu post-hardcore`u i metalu, w tym roku świętuje 20-lecie działalności. Z tej okazji lider formacji, Page Hamilton powołał do życia projekt „Close to Home”, na który składa się 200 płócien łączących odręcznie pisane teksty grupy oraz grafiki i obrazy prezentujące jej historię (szczegóły tu: http://www.legacyofhelmet.com/ .) Premiera tych osobliwych kolaży planowana jest na 30 listopada. Nasuwa się pytanie, ile w tym niepotrzebnej megalomanii, ile próby pokrycia muzycznej niemocy? – wszak ostatnie płyty zespołu są jedynie bladym echem jego wczesnych, przełomowych dzieł. Właśnie ze względu na nie warto przypomnieć dorobek Helmeta.

Helmet w bezprecedensowy sposób połączył metalowy ciężar, energię hardcore`a i noise'owy jazgot z wykraczającymi poza schematy rocka strukturalnymi i fakturalnymi rozwiązaniami. Oryginalność grupy była efektem nietypowych jak na rockandrolowców biografii i gustów jej członków, zwłaszcza Page'a Hamiltona – założyciela i mózgu formacji. Hamilton, młody pasjonat jazzu, przeprowadził się w 1985 roku z rodzimego Medford w Oregonie do Nowego Jorku z zamiarem kształcenia się i rozwijania swych muzycznych umiejętności. Zakwaterował się na 52 ulicy, która niegdyś była mekką bebopu – tam właśnie działali jego bohaterowie: Charlie Parker, Miles Davis czy John Coltrane. Podjął studia na kierunku jazzowym w Manhattan School of Music. Jednocześnie pasjonował się nową falą oraz amerykańską post-hardcore'ową i noise'ową sceną. Trafił do orkiestry Glenna Branki, która zasłynęła zaadaptowaniem idei minimal music na potrzeby zgrzytliwych gitarowych symfonii (przewinęli się przez nią m.in. muzycy Sonic Youth), potem grał z Band of Susans.

Tworząc w 1989 roku Helmeta zwerbował znajomego basistę Henry’ego Bogdana, pochodzącego z Australii gitarzystę Petera Mengede oraz perkusistę Johna Staniera (klasycznie wykształconego muzyka z dyplomem University of Miami, weterana florydzkiej sceny hardcore’owej, dziś święcącego triumfy z Battles). Zespół debiutował w klubie CBGB’s. Pod koniec 1989 roku związał się z wytwórnią Amphetamine Reptile. Dla niej to nagrał kilka utworów na składankach i singla „Born Annoying/Rumble”. Wczesne dokonania grupy łączyły zmasowany, gęsty, drapieżny noise z echami nowofalowych klimatów. Pierwsza pełnoprawna płyta Helmeta, „Strap It On” została zrealizowana w 1990 roku przy pomocy Whartona Tiersa, mającego na koncie współpracę m.in. ze wspomnianym Glennem Branką, Sonic Youth, a potem Dinosour Jr. Album zdefiniował styl zespołu, oparty na potężnych, ciętych riffach, mocnym, synkopowanym rytmie i dysharmonicznych szaleństwach. Hamilton zderzył pasję godną Steve'a Albiniego i jego Big Black z awangardą gitarowego hałasu Wielkiego Jabłka. Po wydaniu „Strap It On” grupa, wraz z kilkoma innymi formacjami z Amphetamine Reptile, odbyła pierwszą trasę po Europie, a także Stanach, przebijając się do świadomości coraz szerszej rzeszy fanów. Wschodzącą gwiazdę undergroundu przechwyciła wytwórnia Interscope. Szczęśliwie kupiony za ponad milion dolarów zespół nie dał sobie stępić pazurów. Wydany w 1992 roku album „Meantime” uchodzi za szczytowe osiągnięcie Helmeta. Panowie, nie zatracając dosadności debiutu, zmajstrowali materiał bardziej wyrafinowany. Świetnie skonstruowane, bazujące na karkołomnych podziałach (genialna gra Staniera!), zwarte i pełne napięcia kawałki powalały. Zachowując minimalistyczną formułę, kwartet wykrzesał dźwięki o nokautującej ekspresji. Jak mówił sam Hamilton, najważniejszym atutem zespołu jest odpowiednie stopniowanie napięcia. Album sprzedał się dobrze (ponad milion egzemplarzy), jednak ta wolna od jakiegokolwiek mizdrzenia się do słuchaczy muzyka, nie miała szans na podbicie prawdziwie masowej (porównywalnej z czołowymi gwiazdami grunge'u) publiczności. Grupie, pomimo koniunktury na gitarowy underground, krążących w MTV teledysków do utworów z „Meantime”, czy zaproszenia do udziału w kultowej w niektórych kręgach ścieżce do filmu „Judgement Night”, nie udało się więc zawojować mainstreamu. Przed nagraniem następnego krążka, „Betty” (1994) szeregi Helmeta opuścił Peter Mengede (zastąpił go Rob Echeverria), a muzyka uległa pewnej ewolucji - nadal zasadzała się na charakterystycznych rwanych riffach i rytmach, ale pojawił się w niej luźniejszy groove (Stanier przyznawał się do hiphopowych inspiracji) i trochę zaskakująca dawka humoru. Płyta rozwijała nieco koncepcje wypracowane na poprzedniczkach, jednak nie zebrała równie entuzjastycznych jak one recenzji.

Druga połowa lat 90. to (przynajmniej w wymiarze artystycznym) zjazd po równi pochyłej. W 1997 roku, po kolejnej wymianie gitarzysty, powstał niezły, ale nie wyróżniający się niczym szczególnym na tle setek zespołów krzyżujących post-hardcore'owe i metalowe wpływy album „Aftertaste”. Wkrótce później zespół się rozwiązał. Powrócił w 2004 roku, w nowym składzie (z pierwotnego ostał się tylko Hamilton) z równie przeciętną płytą, pt. „Size Matters”. Na ostatnim krążku - „Monochrome” sprzed 3 lat czuć pewne próby ożywienia estetyki z pierwszej połowy lat 90. (współproducentem materiału został nie kto inny jak Wharton Tiers). Niestety, album nie wytrzymuje (ani kompozycyjnie ani brzmieniowo) porównań z dawnymi osiągnięciami. W tych usiłowaniach wskrzeszenia ducha przeszłości razi brak naturalności i wiarygodności. Dziś wydaje się, że większość dawnych kibiców Helmeta odwróciła się od formacji. Z kolei dla młodzieży wychowanej na nu metalu (którego – niewykluczone – bez dziedzictwa Hamiltona w takim kształcie w ogóle by nie było) nazwa zespołu brzmieć może zupełnie anonimowo.

Miejmy nadzieję, ze projekt Hamiltona przyczyni się do przypomnienia wczesnych dokonań grupy – wszak należały one do szczytowych osiągnięć ciężkiego rocka lat 90. Dziś, z kilkunastoletniej perspektywy, widać to nader wyraźnie.