Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (145) / 2010

Martyna Markowska,

ŻYCIE JAKO ŚMIERTELNY WYSIŁEK PRZENOSZONY...

A A A
Pamiętamy taki film na pewno, z roku 2002. Film meksykański, którego tytuł próbowano przetłumaczyć z oryginału na polski w deseń „miłość to suka”. Na szczęście ostał się wiele mówiący tytuł hiszpański, czyli „Amores perros”, oryginalny tytuł filmu z narracją skonstruowaną tak, aby kilka głównych wątków mogło przeciąć się w jednym miejscu. Reżyser Alejandro González Iñárritu opowiedział po mistrzowsku historię na kilku poziomach z pętlą mocną jak na szyi wisielca. Nic zatem dziwnego, że ten właśnie film przypomniał mi się nagle podczas lektury „Toksymii” Małgorzaty Rejmer; i wcale nie piszę o tej analogii po to, żeby autorce powieści dokuczyć, wcale nie po to, żeby się chwalić, że filmy oglądam (akurat w tym wypadku i tak nie ma czym, bo „Amores perros” wszyscy widzieli jak jeden mąż). Iñárritu nie pierwszym był i nie ostatnim, który płótno fabuły porozcinał na (czy równe?) kawałki, a potem pozszywał je symetrycznie mocną nicią. Rejmer podjęła niełatwe fabularne wyzwanie, wywaliła na warszawski śmietnik cytaty współczesnych mędrców, wywaliła lansowanie się na stołecznych trotuarach, a także: zwroty obcojęzyczne w nadmiernej ilości, ostre sado (lekkie zostało) i udało jej się… napisać dobrą powieść! Powieść liczącą więcej niż 70 stron! Ho, ho! A już wszyscy myśleli, że: a) napisanie dobrej powieści nie traktującej o AIDS, aborcji, pedałach, dragach czy o pedofilii przez b) osobę urodzoną po roku 1981, graniczy z cudem.

Rejmer napisała bezpretensjonalnie dobrą powieść. Obyło się bez kontrowersyjnych kwestii społecznych oraz bez nachalnego rozrachunku z historią. Wątki spod znaku „miłość i śmierć” alias „sperma i krew” – w normie, z przewagą krwi nad spermą, i to w formie brutalnej, acz z tradycjami literackimi, czyli zgonu na torach tramwajowych. Na szczęście bowiem Rejmer to nie Iñárritu. Od podziemia walk rottweilerów bardziej interesuje ją groza żywota jamników w warszawskich blokowiskach oraz groza żywota właścicieli tychże jamników. Na szczęście dla nas, bo bliżej nam do realiów polskich niż do meksykańskiej „vida y muerte”. Sama powieść natomiast zaskakuje nie tylko konstrukcją fabularną.

Ada, Jan, Lucyna, Anna i pan Tadeusz, Longin – pięć postaci, które spotykają się w jednym miejscu, w okolicznościach tramwajowych właśnie. Każda z nich prowadzi samotną partyzantkę z życiem w polskiej stolicy. A życie to jest niełatwe, jak możemy się domyślać. Agresywni mężowie, niezaspokojone żony, niezrównoważone dzieci, ojcowie maniacy i sąsiadki dewotki – czy w takich warunkach możemy pracować? Czy w takich warunkach możemy odżywiać się, wydalać, rozmnażać, oddychać? Bywa ciężko, czasami nie do zniesienia. Do tego wszystkiego ciąży widmo przeszłości, a raczej historii, w postaci upierdliwego starucha, bohatera narodowego. Jak krzyczy raz napastowana przez niego Ada: „W dupę kopany polski powstaniec”, życząc mu tym samym wszystkiego najgorszego. Rejmer nie porusza narodowych mitów, nie wchodzi z nimi w dialog, nie demitologizuje historii nawet, a subtelnie wplata „wątek powstańczy” w konwencję thrillerów psychologicznych.

Historia narodowa staje się w „Toksymii” wrzodem na przysłowiowej dupie, tak samo narodowy romantyzm. Longin, idealistyczny polonista, zostaje ostatecznie tramwajarzem i marnie kończy karierę również w tym zawodzie. Wrażliwi młodzieńcy szukający romansów najlepiej nadają się do pracy w zakładach pogrzebowych, bo w końcu miłość do pary ze śmiercią to najlepsza artystyczna kombinacja, nawet w najtańszym wydaniu. Zresztą gdzie tam nam, ludzikom z bloków, do ideałów i wielkich czynów... Matkę Polkę zastąpił współczesny tatuś polaczek, a nawet powinnam napisać w liczbie mnogiej – tatusiowie polaczkowie, z których jeden próbuje się bezskutecznie zabić, a drugi tresuje córkę tak, że tylko czeka ona na papiny pogrzeb. Tuff enuff, żeby zepsuć sobie humor do poduszki i zniechęcić się do zakładania rodziny.

Jak śpiewał wieszcz Kazik Staszewski, Polacy są agresywni, bo nie są wystarczająco wystawieni na światło słoneczne, to chyba prawda też według Rejmer. Akcja powieści toczy się bowiem na przestrzeni kliku dni pewnego wyjątkowo zimnego lata. W pewnym momencie czytamy, że „...niebo obraziło się na Polaków; chmury wyglądają jak brudny kożuch i mają kolor siniaków i pleśni, całe niebo rozdyma gniew boski”. I jak tu pod takim spleśniałym niebem funkcjonować po ludzku... Nie da się, nie chce się, bo i po co. Najgorsze jednak się rodzi, kiedy poszczególne indywidua zaczynają wdawać się między sobą w układy: sąsiedzkie, zawodowe czy rodzinne właśnie. Stąd też tytuł powieści – „Toksymia”, odsyłający do toksycznych, wyżerających do szpiku kości związków międzyludzkich.

Dużo możemy zwalić na pogodę, na historię bardziej lub mniej odległą, na Unię Europejską, w której „nie ma polskich kalek”, na brak słońca i tak dalej. Jednak Rejmer, bez babrania się w psychoanalityczne teorie, próbuje rysować szkic koślawego mentalnie społeczeństwa, w którym nie całe zło zależy od warunków zewnętrznych. Czy Unia winna temu, że leniwa Lucyna nie zmienia brudnych bandaży? Czy Jan Niedziela byłby chłopem z jajami, gdyby urodził się nie w Warszawie, a w Mexico City, dajmy na to? Ile zależy od nas samych w tym świecie szerokim? – pyta bez mędrkowania Rejmer swoich bohaterów i czytelników. Obrodziło nam dobrymi piszącymi dziewuchami i niech się kto uczepi, że piszę o nich dobre rzeczy. Piszę, bo zasługują. „Toksymia” jest najlepszym na to przykładem, dla kinomanów też.
Małgorzata Rejmer: „Toksymia”. Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża. Warszawa 2009.