Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (145) / 2010

Magdalena Kempna-Pieniążek,

REWOLUCJONISTA AVATAR

A A A
Roger Ebert, jeden z najbardziej popularnych amerykańskich krytyków filmowych, stwierdził, że oglądając „Avatara” Jamesa Camerona, czuł się tak jak w 1977 roku, kiedy po raz pierwszy zobaczył „Gwiezdne wojny”. Stwierdzenie to zostało oczywiście szybko podchwycone przez dystrybutorów dzieła Camerona, którzy „przeoczyli” drugie zdanie tej samej wypowiedzi, w którym Ebert wspomniał o wątpliwościach, z jakimi wybierał się na film George’a Lucasa. Przeoczenie to jest poniekąd usprawiedliwione faktem, że – jak można wywnioskować z dalszej części recenzji – wszystkie wątpliwości rozwiały się Ebertowi zarówno podczas oglądania „Gwiezdnych wojen” przed ponad trzydziestoma laty, jak i podczas oglądania trójwymiarowej wersji „Avatara” przed dwoma tygodniami. Ciekawe, czy rozwiałyby mu się, gdyby krytyk obejrzał film Camerona w wersji 2D?

Kino w dobie przełomu

Do filmów takich jak „Avatar” czy – przed laty – „Gwiezdne wojny” nie można podejść bez wypracowanych na długo przed premierą oczekiwań czy uprzedzeń. Tyle już o tym filmie czytaliśmy i słyszeliśmy, tyle zwiastunów obejrzeliśmy, że jeszcze stojąc w długiej kolejce do kasy w kinie, moglibyśmy odpowiedzieć – z pewnym marginesem wątpliwości – na pytanie o to, czy najnowsze dzieło Camerona przyniesie, jak zapowiadano, kinematograficzną rewolucję, czy też nie. Pojawiły się wręcz głosy, że „Avatar” będzie tym dla współczesnego kina, czym dla kina lat dwudziestych był „Śpiewak jazzbandu” Alana Croslanda (1927) – kamieniem milowym, punktem zwrotnym, po którym w definicji filmowego języka trzeba będzie uwzględniać jeszcze jeden środek wyrazu. W latach dwudziestych kino przeżyło tak zwany przełom dźwiękowy. Teraz jesteśmy ponoć świadkami przełomu trójwymiarowego.

Cameron przez wiele lat pracował nad historią rozgrywającą się w XXII wieku na planecie o nazwie Pandora, którą ludzkość próbuje skolonizować w celu eksploatacji drogocennej substancji o nazwie unobtanium. Kolonizacyjne zakusy rodzą konflikt z plemieniem niebieskoskórych, trzymetrowych rdzennych mieszkańców Pandory, zwanych Na’vi. Kiedy główny bohater filmu, Jake Sully (znany między innymi z „Terminatora: Ocalenie” Sam Worthington), niepełnosprawny marine, przybywa na planetę, program o nazwie „Avatar”, w którym upatruje się szansy na dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu, jest już mocno zaawansowany. Jake dołącza do badawczej ekipy dr Grace Augustine (Sigourney Weaver), której członkowie przenoszą swoją świadomość do ciał wyhodowanych ze skrzyżowania ludzkich i pandorskich genów avatarów, posiadających wygląd i możliwości rdzennych Na’vi. Zbiegiem okoliczności to właśnie Jake’owi udaje się nawiązać najlepszy kontakt z niebieskoskórymi, a więź, która zostanie w ten sposób zadzierzgnięta, wkrótce przyniesie nieoczekiwane skutki.

Po nakręceniu swojego opus magnum, czyli „Titanika”, który wyrównał rekord w ilości zdobytych Oscarów ustanowiony przez „Ben Hura” (1959), Cameron zamilkł w kwestii fabuły na ponad dziesięć lat. Jak się okazało, był to czas bardzo intensywnych poszukiwań. Rzecz wiązała się z takim dopracowaniem technologii produkcji filmów 3D, aby była ona bardziej poręczna, efektywna i kompatybilna z tradycyjnym sprzętem filmowym. W rezultacie powstały dwa filmy dokumentalne: „Głosy z głębin 3D” (2003) oraz „Obcy z głębin” (2005) oraz kamery Cameron/Pace, za których pomocą trójwymiarowość w kinie została wyniesiona na wyższy, doskonalszy poziom. Kamera ta nie jest przy tym jedyną technologiczną nowinką, jaka pojawiła się na planie „Avatara”. Twórcy filmu udoskonalili także technikę wirtualnego kostiumu, za pomocą którego odegrane przez aktorów sceny, w tym najdrobniejsze ruchy i mimika artystów, mogą być przekazywane do pamięci komputera i przenoszone na dowolne cyfrowo opracowane modele.

Wszystko to uprawomocnia krytyków takich jak Ebert do stwierdzenia, że Cameron nie wyzyskuje techniki 3D tylko dlatego, że ma taką możliwość. Twórca najwyraźniej żywi ambicję wzbogacenia filmowego języka. Paradoksalnie owo wzbogacenie widoczne jest w „Avatarze” nie tyle w spektakularnych scenach plenerowych, w obliczonych na wciśnięcie widzów w fotele sekwencjach polowania na ikrany czy nawet w partiach batalistycznych, co we fragmentach rozgrywających się w zamkniętych pomieszczeniach, takich na przykład, jak jedna z początkowych sekwencji, przedstawiających przybycie Jake’a ma Pandorę. Skontrastowane z nieograniczonymi możliwościami i otwartością pandorskiej dżungli hangary, hale i laboratoria, w których przebywają ludzie, rodzą uczucia wręcz klaustrofobiczne.

To, że „Avatar” zapoczątkował przełom w kinematografii, nie podlega żadnej wątpliwości. Warto jednak dodać od razu: jest to jedynie (aż?) przełom technologiczny, który z pewnością będzie się rozprzestrzeniał z prędkością wprost proporcjonalną do ekonomicznej efektywności technicznych nowinek. O innym przełomie nie sposób tutaj mówić. „Avatar” Jamesa Camerona, choć z pewnością nie pozostawia aż tak wiele do życzenia, jak „Śpiewak jazzbandu”, którego w 1927 roku należało nazwać filmem lotów mniej niż średnich, dziełem bardzo dobrym nie jest, choć ogląda się go z dużą przyjemnością.

„Tańczący z wilkami” w kosmosie

W trakcie swojej owocującej wielkimi przebojami kariery James Cameron przyzwyczaił nas do tego, że jego filmy nie tylko przynoszą nowinki, takie jak morphing, popychające naprzód filmową technologię, ale i stanowią przyczynek do głębszej, kulturowej refleksji. „Terminator” (1984, 1991) do dzisiaj stanowi żelazny punkt w dyskusjach na temat relacji ciało-człowiek-maszyna. „Obcy – decydujące starcie” (1986) nadal intryguje wątkami charakterystycznymi dla nurtu neo-noir, przejętymi przez Camerona od Ridleya Scotta. „Titanic” (1997) z kolei wydaje się esencją Hollywoodu, z jego spektakularnością, konwencjami, gatunkowością i oddziaływaniem na emocje.

Co z „Avatarem”? Być może ze względu na swój szeroki target (film przeznaczony jest dla widzów od dwunastego roku życia), dzieło Camerona rozmywa się w szeregu klisz fabularnych i narracyjnych. Nie bez kozery Ty Burr stwierdził, że „Avatar” opowiada w zasadzie fabułę znaną z „Tańczącego z wilkami” Kevina Costnera (1990), w której to przedstawiciel zachodniej cywilizacji, skonfrontowany ze światopoglądem Innych, stopniowo porzuca swoją pierwotną kulturową tożsamość. Uczący się zwyczajów Na’vi pod okiem atrakcyjnej Neytiri (znana z roli Uhury w najnowszym „Star Treku” Zoë Saldana) Jake nie tylko docenia uroki zgodnego z naturą życia autochtonów, ale i sam zaczyna się czuć bardziej reprezentantem ich społeczności, niż członkiem opętanej żądzą zysku korporacji, która wysłała go na Pandorę.

Skojarzenia z „Tańczącym z wilkami” są tym bardziej uzasadnione, że zachowania Na’vi co rusz kojarzą się z kulturą rdzennych mieszkańców Ameryki, a konkretnie z ich stereotypowym obrazem, który mniej więcej od czasu filmu Costnera zagościł na ekranach kin. Struktura plemienna, ryty przejścia, zamiłowanie do jazdy konnej (tzn. jazdy na pandorskim odpowiedniku konia), metafory charakterystyczne dla kultury oralnej sprawiają, że nietrudno uznać niebieskoskórych bohaterów Camerona za kostium, pod którym skrywają się czerwonoskórzy członkowie amerykańskiej społeczności, z całą swoją tragiczną historią. Nawet ich język brzmi jak skrzyżowanie dialektów Lakota i Nawaho.

Oto ludzkość przybywa na Pandorę, by przepędzić Na’vi z ich plemiennych terenów, pod którymi kryją się największe złoża unobtanium. Podobny los (tyle że znacznie bardziej dramatyczny) spotkał plemię Lakota, które zostało w drugiej połowie XIX wieku wywłaszczone przez Amerykanów z terenów Black Hills po tym, jak odkryto na nich wielkie pokłady złota. Co więcej, w filmie Camerona w roli przywódcy społeczności Na’vi obsadzony został Wes Studi, od czasu swoich ról w „Tańczącym z wilkami” i „Ostatnim Mohikanie” (1992) pełniący funkcję niemal ikonicznego Indianina w Hollywood. Z kolei James Horner, który skomponował muzykę do „Avatara”, w wielu miejscach zdaje się cytować samego siebie, a szczególnie fragmenty ścieżek dźwiękowych z filmów takich jak „Apocalypto” Mela Gibsona (2006) czy „Podróż do Nowej Ziemi” Terrence’a Malicka (2005). Być może więc należałoby rozpatrywać „Avatara” także jako jeden z filmów, za pomocą których Hollywood składa spóźniony hołd tym, których amerykańska ideologia, wzmacniana przez stereotypy z okresu kina klasycznego, pozbawiła prawa do posiadania własnej kulturowej tożsamości, opatrując ich etykietką „dzikusów”.

Globalna sieć w wersji New Age

Ukryte wątki proindiańskie współgrają zresztą w filmie Camerona ze znacznie bardziej oczywistymi (by nie powiedzieć: nachalnymi) motywami proekologicznymi i niuejdżowskimi. Na’vi – podobnie zresztą jak Indianie w Hollywood po „Tańczącym z wilkami” – reprezentują model „szlachetnych dzikusów”. Choć ich kultura nie jest technologicznie zaawansowana, swoim nastawieniem do przyrody i życia zapowiadają modną współcześnie proekologiczną świadomość. Innymi słowy: żyją w zgodzie z naturą, którą traktują jak żywy organizm obdarzony duszą. Zabijają tylko wtedy, kiedy muszą i to zawsze z wielkim żalem, żywiąc szacunek nawet wobec najbardziej krwiożerczych stworów. Funkcjonują w systemie wierzeń opartym na równowadze energii, życia i śmierci. To, że takie myślenie o społecznościach tak zwanych pierwotnych, jest tyleż szlachetne, co po prostu naiwne i stereotypowe, udowodnił już Charles Mann w fenomenalnej książce „1491: Ameryka przed Kolumbem”, pokazując, w jak wysokim stopniu rdzenni mieszkańcy obu Ameryk potrafili wpływać na ekosystem. Ale oczywiście od Camerona nie można wymagać jakiejś głębszej refleksji z tym związanej. Przynajmniej nie w filmie dla dwunastolatków, którego fabuła rozwija się według przewidywalnego schematu, a świat przedstawiony jest skonstruowany w oparciu o binarne opozycje, takie jak dobro / zło, prawda / fałsz.

Nie warto szukać też w tym filmie jakiejś duchowej głębi. Krwiożerczy kapitalizm i militaryzm ludzi zostają tu przeciwstawione duchowości Na’vi, która również utkana została z kilku stereotypów. Mówiąc najprościej, religijność mieszkańców Pandory to konglomerat łagodnego, oswojonego przez Hollywood New Age. Na’vi wyznają kult Eywi – żeńskiego (oczywiście!) bóstwa, będącego gwarantem naturalnej równowagi i harmonii. Ze światem przyrody i z samą Eywą łączą się bezpośrednio za pomocą nitkowatych wypustek na końcach włosów. Wierzą w to, że życie i śmierć to zamknięty okręg, proces wymiany energii, która pozostaje w nieustannej równowadze. Czytają naturę jako system znaków i przepowiedni. Ich wioska wzniesiona została na planie koncentrycznych okręgów, a w środku ich świata znajduje się prastare drzewo, które obdarzają wielką czcią. Nawet ich społeczność łączy w sobie harmonijnie elementy żeńskie i męskie: obok wodza, który zdaje się reprezentować racjonalność, męstwo i odwagę, równie ważna jest funkcja szamanki, będącej duchową przewodniczką.

W taką oto utopię wstępuje Jake. Bohater nie tylko stopniowo utożsamia się z Na’vi, ale i dorasta do roli przywódcy, który wyprowadzi lud z „czasu wielkiego smutku”. W tym wątku – pomimo całej spektakularności strony wizualnej – Cameron powiela schematy wręcz Disneyowskie. Opowieść o Jake’u i Neytiri to skrzyżowanie „Króla lwa” i „Pocahontas”, z doskonale przewidywalnym finałem. Innymi słowy: Cameron w „Avatarze” serwuje nam raczej niewyszukaną mieszankę poprawnych politycznie, proekologicznych i pacyfistycznych wątków, które niestety należy podsumować słowem „banał”. I być może nie byłoby tak żal o tym pisać, gdyby w całym tym ponowoczesnym cieniutkim sosie nie pojawiły się przebłyski czegoś ciekawszego.

Intrygujący może się wydać na przykład sposób, w jaki Na’vi łączą się z Eywą i wszystkim, co żyje. W pewnym momencie Grace Augustine nazywa to „globalną siecią”, do której mieszkańcy Pandory mogą się podłączać za pomocą naturalnych bioportów. Niuejdżowski postulat więzi z naturą zostaje tutaj ubrany w jak najbardziej technologiczną metaforę: przyroda sama wyposażyła Na’vi w coś, co w „Matriksie” było symbolem zniewolenia człowieka przez maszynę.

Inną, dość niepokojącą kwestią jest status tytułowego avatara. Nawiązania do hinduskiej symboliki są tutaj oczywiście bardzo powierzchowne. Interesujący wydaje się przede wszystkim fakt, że avatar jako efekt krzyżówki genów ludzkich i pandorskich jest tylko pustą skorupą, powłoką bez świadomości, bez tożsamości i bez duszy. Funkcjonuje jedynie wtedy, gdy za sprawą manipulacji technologicznych wniknie w niego ludzka tożsamość. Za jedną z kontrowersyjnych kwestii ideologicznych, ukrytych między wierszami opowieści Camerona, należy uznać tę oczywistą dla bohaterów bezduszność tworu inżynierii genetycznej. Avatar w filmie reżysera może stać się w pełni podmiotem dopiero wtedy, gdy dusza człowieka wniknie w niego na stałe. Poniekąd znajduje to zresztą swoje uzasadnienie w fabule. Avatar jako twór chłodnej kalkulacji, nauki i eksperymentów rodzi się poza Eywą, nie posiada więc charakterystycznego dla niej duchowego pierwiastka. Podobnie zresztą jak większość ludzi, którzy zostali przez Camerona ukazani w negatywnym świetle.

Ludzkość w „Avatarze” to rodzaj choroby wędrującej przez kosmos po tym, jak zniszczyła naturę na własnej planecie. Przedstawiciele korporacji osiedlający się na Pandorze to albo bezduszni (sic!) kapitaliści, tacy jak Parker Selfridge (Giovanni Ribisi), albo krwiożercze mięśniaki, reprezentowane przez pułkownika Quaritcha (Stephen Lang), niszczące wszystko, co dla nich niezrozumiałe, albo – w najlepszym wypadku – zgraja biernie wykonujących rozkazy biurokratów. Jedynie grupka naukowców, dowodzonych przez Grace Augustine, pragnących raczej poznać i zrozumieć, niż podbić Na’vi, zasługuje tu na sympatię. W klasycznej dla filmu science fiction opozycji swoi / obcy w filmie Camerona nie zachodzi zmiana: to swoi są „tymi dobrymi”. Tyle że „swoi” nie oznacza w tym wypadku ludzi. „Obcy”, którym z perspektywy Pandory jest człowiek, nadal jest zły i krwiożerczy.

Warto wspomnieć jeszcze o niewykorzystanym niestety do końca potencjale intertekstualnym. Tkwiący w postaci Jake’a Sully’ego potencjał bohatera neo-noir, losera, który nie poddaje się przeciwnościom losu, cynika o wrażliwej duszy, wędrowca poszukującego własnego „ja” w świecie zdewaluowanych wartości, choć zasygnalizowany w pierwszoosobowej narracji, nie znajduje niestety rozwinięcia i szybko ulega zapomnieniu w wątku zmierzającym nieuchronnie do finału á la „Król lew”. Jedynie Sigourney Weaver, wyłaniająca się z kapsuły, za pomocą której łączy się ze swoim avatarem, kreująca wizerunek twardej, ale w głębi serca wrażliwej – przepraszam za wyrażenie – baby, zdaje się puszczać tutaj oko do widzów znających jej kreację z serii „Obcy”. Z kolei poszczególne elementy scenografii – gigantyczne kwiaty, ślimakopodobne rośliny – nawiązują do raczej tandetnych obrazów ze „złotej” ery science fiction, która przypadła mniej więcej na lata sześćdziesiąte. W filmie Camerona znajduje potwierdzenie teza Claude’a Lèvi-Straussa: człowiek to urodzony bricoleur, nie potrafiąc wymyślić niczego autentycznie nowego, tworzy „nowe” z elementów starego. Dlatego latające ikrany w „Avatarze” wyglądają jak gęsi połączone z nietoperzami i smokami, a po pandorskiej dżungli biegają bestie przypominające zmutowane, kolorowe triceratopsy.

Cameronowi nie można oczywiście odmówić sprawności w opowiadaniu historii i konstruowaniu filmowej dramaturgii. Na wielki szacunek zasługuje także konsekwencja, z jaką twórca dążył do celu. Cameron z pewnością zrozumiał, że po dziele takim jak „Titanic” nie będzie mu łatwo nakręcić kolejnego wielkiego filmu. Przez kilkanaście lat czekał na to, by technologia umożliwiła mu zrealizowanie następnego opus magnum. Jeśli „Titanic” uznać za esencję Hollywoodu w jego tradycyjnym formacie, to „Avatar” jest być może zwiastunem nowego Hollywoodu.

A co z powszechnie zapowiadaną kinematograficzną rewolucją? Wszystko wskazuje na to, że będzie ona zataczać coraz szersze kręgi. W najbliższych latach czekają nas nie tylko premiery wersji 3D takich filmów jak „Terminator” czy „Gwiezdne wojny”, ale i – być może – trójwymiarowy „Hobbit” Guillermo del Toro. Należy jednak pamiętać o tym, że każda rewolucja wymaga ofiar. Wracając do analogii związanych z przełomem dźwiękowym, warto wspomnieć, że spowodował on między innymi upadek wielu kin, które nie nadążyły za technologicznymi przemianami i brutalnie zakończył wiele karier aktorskich, nie wspominając już o tym, że ekrany zostały zalane przez średniej jakości talkies, obliczone jedynie na obudzenie w widzach zachwytu nowym wynalazkiem. Przełom trójwymiarowy z pewnością może spowodować kolejny kryzys w kiniarskiej branży, eliminując zwłaszcza i tak już walczące o przetrwanie małe, jednosalowe kina. Trudno też uznać za pozytywną stronę rozpoczynających się zmian zalew trójwymiarowych przeróbek filmowych klasyków – wystarczy wspomnieć o smutnym losie, jaki spotkał przed laty filmy poddawane „kolorowaniu” na fali fascynacji barwną telewizją. Cieszmy się zatem okresem przejściowym, w którym kino 3D wciąż funkcjonuje jako nowinka, a kino 2D ma się całkiem nieźle.
„Avatar”. Scen. i reż.: James Cameron. Obsada: Sam Worthington, Sigourney Weaver, Zoë Saldana, Wes Studi. Gatunek: science fiction. Produkcja: USA / Wielka Brytania 2009, 162 min.