ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (145) / 2010

Paweł Miech,

SOCJOLOG W TELEWIZJI

A A A
Telewizja zagraża innym sferom produkcji kulturalnej: sztuce, literaturze, nauce, filozofii; ba, telewizja i dziennikarstwo zagrażają nawet polityce i demokracji – bije na alarm Pierre Bourdieu. Jak na francuskiego intelektualistę nie jest to zapewne teza ani oryginalna, ani specjalnie odważna. Może się nawet wydawać w pewnym stopniu konserwatywna, choćby w porównaniu z wybujałymi, barokowymi fantazjami innego francuskiego socjologa, Jeana Baudrillarda. W szeroko rozumianej sferze publicznej – to jest wśród tych szczęśliwców, którzy nie czytają „Symulakrów i symulacji” do kolacji, a wiedzę o mediach czerpią z doświadczenia przesiadywania przed telewizorem lub czytania gazety – stwierdzenie takie wydaje się jednak łamać utarte schematy myślenia. Na ogół uważa się wszak, że media mówią nam o rzeczach ważnych. „Zapraszam na prezentacje najważniejszych informacji dnia” – rozpoczyna swój serwis prowadząca Faktów na TVN 24 i mało kto próbuje kwestionować jej roszczenia. A w stwierdzeniu tym zawiera się przecież szczególna nobilitacja wiadomości podanych w telewizji – są one uznawane za to, co w rzeczywistości najistotniejsze, za swoistą kwintesencję dnia. Uważa się także, że już samo podanie informacji jest czymś zbawiennym, prowadzi do uzdrowienia kryzysowych sytuacji, wykrycia różnych patologii i wymierzenia sprawiedliwej kary. „Czytanie gazety jest poranną modlitwą współczesnego człowieka” – diagnozuje ten sposób myślenia inny dziennikarz, najwybitniejszy redaktor naczelny „Bamberger Zeitung” (w okresie 1806-1807) Georg Wilhelm Friedrich Hegel.

By nadać odpowiednią wagę swojej tezie, Bourdieu zdecydował się na specyficzny socjologiczny performance i postanowił wygłosić swoje akademickie rozważania na temat telewizji nie w sali wykładowej – ale właśnie w telewizji. Musiał przy tym przełamać własne obawy, co do tego, że w telewizji nic istotnego powiedzieć nie można. Po występie Bourdieu empirycznie przekonaliśmy się, że jednak można. Co takiego powiedział w telewizji nasz bohater? Stwierdził na przykład, że pole dziennikarskie zagraża polu naukowemu. Dlaczego? Otóż media narzucają naukowcom pewne zasady gry. Zaproszenie intelektualisty do studia telewizyjnego, bo głównie o telewizji tutaj mowa, jest z pewnością wyróżnieniem, z drugiej strony jest jednak dla niego w pewnym stopniu upokarzające. Naukowiec wkracza bowiem na pole, które rządzi się zasadami diametralnie odmiennymi niż to, w którym na co dzień funkcjonuje. Jak ujmuje to Bourdieu: „mówiący traci tu swoją autonomię (…) narzucony jest temat wypowiedzi, narzucone są warunki komunikacji”. Istnieją też wyraźne ograniczenia czasowe, które sprawiają, że najciekawsze wątki rozmowy muszą zostać przerwane. Inną formą presji, którą wywiera na nauki telewizja jest fakt, że to właśnie media kreują dziś właściwie „gwiazdy” naukowe. Uczeni o nieszczególnym dorobku naukowym, ale potrafiący nieźle wypaść w mediach, obdarzeni ekscentryczną, interesującą osobowością i sporą dawką pewności siebie, dzięki samemu faktowi pojawiania się w telewizji i komentowania bieżących wydarzeń, zyskują niezwykłą, niewyobrażalną dla większości naukowców sławę i społeczny prestiż, co ponoć przekłada się we Francji nawet na decyzję o otrzymaniu lub nieotrzymaniu grantu. Przypadkiem szczególnie piętnowanym przez Bourdieu jest Bernard Henry-Levi – intelektualista francuski szczególnie często goszczący w wiadomościach i programach publicystycznych. Trudno powiedzieć, na ile wskazywanie palcem akurat tej postaci jest faktycznie rezultatem merytorycznych przemyśleń; być może za uwagami Bourdieu kryje się jakaś osobista animozja? Na pewno ryzykowne jest obecne u Bourdieu dowodzenie, że dorobek naukowy tych, którzy występują w telewizji jest mierny, że to akurat brak uznania w polu naukowym prowadzi ludzi do występowania w mediach (s.94). Zawsze możemy bowiem zapytać, na jakiej podstawie stwierdzamy, że czyjś dorobek jest mizerny? Sądy smaku dotyczące czyichś książek są zawsze dosyć subiektywne i trudne do racjonalnego uzasadnienia… Muszę jednak przyznać, że kusi mnie, by przyznać Bourdieu rację: Umberto Eco, Slavoj Žižek, Zygmunt Bauman, Michel Houellebecq – to intelektualiści, których ranga w przestrzenie medialnej jest nieproporcjonalnie duża w stosunku do ich znaczenia w społeczności naukowej. Na ogół – choć oczywiście nie zawsze – ich rozważaniom zbywa na głębi i gruntowności, którą cechują się prace ich znacznie rzadziej czytanych, znacznie bardziej natomiast oczytanych, kolegów. Medialne gwiazdy mają natomiast talent do sprawnego łączenia ze sobą płaskich komunałów ze stwierdzeniami dyskusyjnymi z punktu widzenia zdrowego rozsądku lub wręcz do ekscentrycznego bełkotu (zwłaszcza Žižek). Warto zauważyć, że gruntowność naukowa i rozbudowany aparat krytyczny to atuty zupełnie niemedialne.

Zdaniem Bourdieu media, a zwłaszcza telewizja, zagrażają także demokracji. Teza to nie nowa, znajdujemy ją zupełnie nieźle udowodnioną w doktoracie Jürgena Habermasa, „Strukturalne Przeobrażenia Sfery Publicznej”; nawiasem mówiąc Bourdieu nie zdradza śladów znajomości tej rozprawy. Wśród szeregu argumentów, które przywołuje Bourdieu dla uzasadnienia swojej tezy, na uwagę zasługuje ten dotyczący tzw. faits diverse. Chodzi tu mianowicie o różnorodne drobne wydarzenia, które zapełniają serwisy informacyjne światowych mediów. Są to wydarzenia typu: kobieta wpadła na papieża, Berlusconiemu podbito oko i wybito zęby, ktoś kogoś zabił, ktoś zgubił 30 tysięcy złotych, które ktoś inny znalazł i zgłosił na policje itd. Tego typu incydenty odwracają uwagę od codziennych, zwykłych procesów społecznych; odwracają uwagę od pozbawionej spektakularności niesprawiedliwości, która wynika z samej struktury danej społeczności (o tego typu codzienności opowiadają reprodukowane obrazy Joanny Wowrzeczki-Warczok). Drobne i nieistotne, choć chwytliwe fakty zabierają czas, który mógłby być poświęcony na bardziej istotne sprawy, zwłaszcza na rozpracowywanie złożonych procesów prowadzących do społecznego wykluczenia.
Joanna Wowrzeczka-Warczok: „Boisko w Czeskim Cieszynie, walka symboliczna; w tle rysunek pola sztuki w Polsce i również walka symboliczna” z cyklu „Zdominowani” (2008) nagrodzonego podczas 39 Biennale Malarstwa Bielska Jesień 2009.
Joanna Wowrzeczka-Warczok: „Szewc, wcześniej mechanik samochodowy, Cieszyn” z cyklu „Zdominowani” (2008).

Jakkolwiek niektóre linie krytyki przedstawione przez Bourdieu są w pewnym stopniu trafne, wątpliwości budzi publicystyczny, radykalny i przesadnie ostry język jego wypowiedzi. Selekcję materiałów dokonywaną przez dziennikarzy nazywa Bourdieu cenzurą; współpracę naukowców z mediami polegającą na dostosowaniu własnych komunikatów do warunków dyktowanych przez media i nadmierną skłonność do występowania przed kamerami – określa mianem kolaboracji; presję mediów wywieraną na inne sfery rzeczywistości nazywa przemocą symboliczną. Całość sugeruje, że pole dziennikarskie jest pewnym rodzajem quasi-totalitarnego reżimu w poważny sposób ograniczającym wolności jednostek. Ten język moralnego potępienia wydaje się przesadny i nieadekwatny w stosunku do opisywanego zjawiska. Autor ma skłonność do publicystycznych uproszczeń, które choć nadają jego tezie ostrość i mogą prowokować dyskusje, zasadniczo fałszywie oddają jednak opisywane zjawiska. Zbyt wiele jest w tych wywodach otwartego wartościowania, by można było potraktować je jako rzetelny opis. Wydaje się, że Bourdieu pragnie, by z nim dyskutowano i właśnie z tego względu radykalizuje swoje rozmyślania, nadając im zdecydowanie ofensywny charakter. Być może za ostrością sformułowań kryje się także poczucie zagrożenia, które zmusza naukowca do podjęcia otwartej walki na terytorium dziennikarskim.

Nie dajmy się jednak zwieść naiwnemu założeniu aksjologicznej neutralności i dobroduszności dyskursu socjologicznego, który udaje dyskurs naukowy. Nie od dziś wiadomo, że socjologia nie do końca jest nauką, a już tym bardziej nie jest nią eseistyka socjologiczna Bourdieu, która sytuuje się przecież znacznie bliżej Montaigne’a niż chcieliby autorzy podręczników do metodologii. Walka dyskursywna Bourdieu contra pole dziennikarskie jest raczej klasycznym heglowskim zmaganiem pana z niewolnikiem, w której stawką jest uznanie (Anerkennung). Bourdieu pragnie, by jego dyskurs był przez media pożądany, pragnie, by inni czytali i oglądali jego nieograniczone żadnymi względami czasowymi, ani merytorycznymi wypowiedzi. Sprzeciw Bourdieu jest buntem niewolnika skierowanym przeciwko panu. W przestrzeni medialnej naukowiec jest bowiem pozbawiony władzy, jest świadomością niesamoistną, jego istnienie zależy od decyzji dziennikarza, który może naukowca zaprosić lub nie; opublikować artykuł lub nie; zadać pytanie, na które intelektualista chce odpowiedzieć lub nie. Profesora socjologii przyzwyczajonego do absolutnego wręcz panowania nad własnym dyskursem musi na pewno niesamowicie irytować fakt, że ktokolwiek inny może ten dyskurs regulować, przestawiać, decydować o jego rozpowszechnieniu.

Agonistyczny język Bourdieu jest jednak o tyle niezrozumiały, że przecież nauka jest ciągle polem względnie autonomicznym. Mądra siedemnastowieczna zasada cuius regio eius religio wydaje się mieć także w tej kwestii swoje zastosowanie. Pole dziennikarskie rządzi się swoimi zasadami, gdzie istnieją ustalone relacje dominacji i podległości; w polu naukowym panują inne reguły. Naukowiec podporządkowany obcym mu regułom w polu medialnym posiada władzę dyktowania warunków w polu naukowym. Wbrew Bourdieu wypada bowiem stwierdzić, że fakt wystąpienia w mediach nie wpływa wcale na pozycję danej osoby w społeczności naukowej; ba, jest ono często powodem antypatii. Nigdzie indziej krytyka rzeczywistości medialnej nie jest bowiem tak rozpowszechniona jak w społeczności naukowej. Szczególnie sceptyczni byli zawsze humaniści wychowywani od dziesięcioleci na przebrzmiałych już raczej tezach „Buntu Mas” Ortegi y Gasseta, „Samotnego Tłumu” Riesmana czy „Dialektyki Oświecenia” Adorno i Horkheimera. Tymczasem nie wydaje się, by media faktycznie zagrażały autonomii Uniwersytetu. Z drugiej strony trudno oczekiwać, by naukowcy mieli ustalać warunki w przestrzeni medialnej, jasne jest bowiem, że doprowadziłoby to do zupełnej destrukcji tej sfery. Do tego właśnie zdaje się zmierzać Bourdieu, który (pomimo pewnego krygowania się) sugeruje, że autonomia dyskursu medialnego zostałaby odzyskana, gdyby przywrócić w telewizji wykłady uniwersyteckie („Ta forma wypowiedzi [wykład uniwersytecki] pozostaje w rzeczywistości jedną z najbardziej niezawodnych form afirmacji wolności myślenia i oporu wobec manipulacji” [s.35]). Możemy się także domyślać, że wyzwolenie dziennikarzy, o którym w innym miejscu mówi autor „O telewizji”, miałoby chyba polegać na zaadoptowaniu przez nich dyskursu akademickiego. Innymi słowy, socjolog pragnie utwierdzenia własnej akademickiej tożsamości za cenę unicestwienia tego, co od niej odmienne.

Jeśli jesteśmy już przy uwagach krytycznych, odnotujmy jeszcze kilka zdań w kwestii: Bourdieu a tradycja intelektualna. Pod tym względem francuski socjolog nawiązuje przede wszystkim do tradycji kartezjańskiego zaiste narcyzmu intelektualnego: czytelnik jego wykładów ma nieustanne wrażenie, że Bourdieu samodzielnie odkrywa nowe, nieznane wcześniej lądy badań nad mediami; samotny podmiot poznający niejako ex nihilo wysnuwa swoje medytacje. Naturalnie wrażenie to powstaje na skutek zupełnego braku przypisów i nazwisk innych badaczy w jego wywodach. Częściowo możemy usprawiedliwić Bourdieu faktem, że wykład był przecież wygłaszany w telewizji, miał być w zamierzeniu popularny i lekki. Tego typu wymówki nie zwalniają jednak z obowiązku wytknięcia Bourdieu braku jakichkolwiek odniesień do szerokiego nurtu współczesnych badań nad mediami. Autorzy tych badań (np. Galtung i Ruge, Park, Mcquail i inni badacze raczej nieznani szerokiej publiczności; u nas m.in. Tomasz Goban-Klas, czy Marek Jachimowski) nie są tak medialni, jak Bourdieu; nie wiem czy kiedykolwiek występowali w telewizji, z pewnością jednak, gdyby mieli w niej wystąpić, mogliby wypaść znacznie gorzej od niego: ich analizy cechuje głębia i gruntowność, są one wolne od publicystycznych uogólnień i uproszczeń, które świetnie brzmią w telewizji, nie sposób jednak ich przełożyć na konkretny i klarowny opis (nie mówiąc już o praktycznych wskazówkach jak zmienić niepożądany stan rzeczy, jeśli już faktycznie ktoś udowodniłby w przekonujący sposób, że obecny stan rzeczy jest niepożądany).
P. Bourdieu: „O telewizji. Panowanie dziennikarstwa”. Przeł. K. Sztandar-Sztanderska, A. Ziółkowska.Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009.