Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (145) / 2010

Wiesław Kowalski,

JAK WODA PO KACZCE

A A A
Niewątpliwie interesującym pomysłem było sięgnięcie przez toruński teatr do „Dzikiej kaczki” Ibsena, bo to tekst pojawiający się repertuarze współczesnych scen niezwykle rzadko. O odwadze decyzji świadczyć może również fakt, że autor „Heddy Gabler” nigdy nie był przez polską publiczność przyjmowany euforycznie i, jak zauważyła Marta Fik, „nie tyle się u nas przeżył, co nigdy nie przyjął”. Zawsze więcej mówiło się i pisało o wielkich rolach Wandy Siemaszkowej, „pierwsze polskiej ibsenistki”, Stanisławy Wysockiej, Ireny Solskiej, Karola Adwentowicza, Haliny Mikołajskiej, Gustawa Holoubka, Elżbiety Barszczewskiej, Jana Świderskiego, Aleksandry Śląskiej niż o koncepcjach reżyserskich. Może dlatego, że inscenizatorzy nie do końca zdawali sobie sprawę z formatu i z rangi egzystencjalnej problematyki wielkiego Norwega, z jego uwrażliwienia na kwestie etyki, zarówno jednostkowej, jak i społecznej. Stąd też przypięto Ibsenowi etykietkę staroświeckiego nudziarza, który niewiele ma nam dzisiaj do zaproponowania. Ale sam wybór, będący wydarzeniem repertuarowym, nie zawsze musi iść w parze z rangą artystyczną, czego dowiodła poprzednia realizacja „Dzikiej kaczki” w Teatrze Słowackiego w Krakowie, w reżyserii Magdaleny Łazarkiewicz w 2007 roku. Czyżby rzeczywiście, jak spostrzegł niegdyś Jarosław Iwaszkiewicz, w twórczości Ibsena „niewiele zachowało się już dla nas życia”, takiego, które mogłoby nas dzisiaj zająć i dotknąć? Czy autor „Peer Gynta” to reprezentant staroświeckiego teatru, ideologii zwietrzałej i naiwnej? Chyba nie do końca, bo jednak moralność naszego społeczeństwa wcale tak daleko nie odbiega od norm mieszczaństwa kształtowanego purytańską moralnością protestantyzmu. Może dzisiaj, w odkrywaniu w gruncie rzeczy banalnych prawd Ibsenowskich postaci, które w ciągłej walce z przeciwnościami losu, z kłamstwem i osobistymi aluzjami szukają siebie i swego miejsca w świecie, należałoby zastosować więcej ironii i dystansu? Toruńska inscenizacja „Dzikiej kaczki” potwierdza jednak tezę, że Ibsen, nie mogący dziś już być skandalizującym, obrzydliwym i nieprzyzwoitym, jest dla współczesnego teatru dziedzictwem kłopotliwym. Nikogo już przecież nie zainteresuje pokaz konwencji teatralnej doprowadzonej do perfekcji, ani oskarżycielski ton zdezaktualizowanej warstwy demaskatorskiej.

Agnieszka Lipiec-Wróblewska skorzystała z tłumaczenia Anny Marciniakówny, która retuszem dotknęła przede wszystkim anachronizmy leksykalne i stylistyczne, dziś mogące śmieszyć w sposób niezamierzony. Natomiast dokonane przez reżyserkę opracowanie tekstu, bez radykalnej interpretacji, w znaczny sposób naruszyło nie tylko sam układ dramatu, ale i kompozycję całości. Zastosowane skróty mocno zachwiały właściwą proporcją wątków i tematów, nie przyniosły też dynamicznego zagęszczenia konfliktów psychologicznych. Wróblewska słusznie rezygnując z tego, co obecnie wydaje się mniej istotne, jak choćby z naturalistycznego szczegółu, nie potrafiła z racji moralnych uczynić osi dramatu. Nie postawiła przy tym pytań zasadniczych, wynikających z właściwości tragedii i z ujawniania sprzeczności estetycznych. Dlatego mamy do czynienia z płaskim obrazkiem pozbawionym tonu autentycznego niepokoju, który nie osiąga wymiaru uniwersalnego. Nie obcujemy z bólem, który dręczy człowieka niezależnie od transformacji obyczajowo-mentalnościowych. „Dzika kaczka”, zagrana w kameralnej i umownej przestrzeni lapidarnie znakującej czas i miejsce akcji, stwarza specyficzne relacje nie tylko między postaciami sztuki. Również pomiędzy aktorami i publicznością. Bliski kontakt powoduje, że nawet najmniejszy ruch czy gest staje się niezmiernie wyrazisty. Tymczasem Wróblewska od pierwszych sekwencji przedstawienia dąży do intensywności w malowaniu emocjonalnych napięć i konfliktów. Stara się niczego nie lekceważyć i nie znakować na siłę współczesnością. Już w pierwszej scenie rozegranej pomiędzy starym i młodym Werle poznajemy niepokoje bohaterów, pełne urazów i lęków, które w przypadku Gregersa nabierają stanu „wrzenia”. Nie potęguje to jednak momentów, które odsłaniałyby wewnętrzne życie postaci. Można odnieść wrażenie zaledwie referowania fabuły, redukującej znaczenia pierwowzoru. Walka bohaterów o wartości, zamiast dotykać warstwy etycznej, nie wychodzi poza poziom publicystyki. I tak już pozostanie do końca spektaklu, pozbawionego niespokojnego rytmu i bergmanowskiej w klimacie „gęstości”. Niejasne zabiegi adaptacyjno-inscenizacyjne Lipiec-Wróblewskiej nie pomogły interpretacyjnej czytelności swoistej psychomachii autora „Nory” i „Upiorów”, nie wsparły powstania na scenie symboliczno-moralitetowej przypowieści o porządku logicznym i przejrzystym. Nie do końca też powiodła się próba ominięcia niebezpiecznych raf pseudonastrojowości, namaszczenia i koturnowości, jakimi przez wiele lat próbowano artykułować na scenie właściwości poetyki dramaturgii Ibsena.

Mało w tej realizacji jest czystej gry, jako że żaden z aktorów tak naprawdę nie dotyka morza ciemności tkwiącego w wewnętrznym pandemonium bohaterów. A tylko absolutna szczerość w przekazywaniu wewnętrznej prawdy może dziś przynieść sukces „Dzikiej kaczce” na scenie. Tymczasem w Horzycy postaciom zabrakło przede wszystkim scenicznej wyrazistości. Aktorzy, zagubieni w pozach i gestach ogranych w innych przedstawieniach, czują się na scenie bezradni, jakby od początku nie wierzyli w powodzenie całego przedsięwzięcia. Widać jak na dłoni, że Agnieszka Lipiec-Wróblewska nie umiała im pomóc nawet w szkicowym zarysowaniu skomplikowanych osobowości Ibsenowskich bohaterów. Nie poprowadziła ich w głąb ludzkiej jaźni, mogącej uruchomić grę wyobraźni. A tylko umiejętne prowadzenie dialogu, właściwe stopniowanie napięcia, sugestywność i psychologiczna głębia oraz osobowościowy kształt postaci i precyzyjnie ustalone ich wzajemne odniesienia są w stanie wydobyć spod realistyczno-obyczajowego gorsetu dramatu jego symboliczne uogólnienie i precyzyjną dialektykę. Niestety, z winy reżysera, toruńskim aktorom nie udało się trafić w wewnętrzne współbrzmienie Ibsenowskiego dialogu, pełnego podskórnych wibracji natury psychologiczno-moralnej. W tej sytuacji każdy z aktorów ratuje się jak potrafi. Również próby uwspółcześnienia, zastosowane w scenografii i w kostiumach, pojawiające się tu i ówdzie tendencje symbolizujące oraz rygorystyczne ograniczenie barw okazały się retuszem naskórkowym i znaczeniowo powierzchownym. Zszywane grubymi nićmi pomysły reżyserskie nie pozwoliły na rozwikłanie psychologicznej zagadkowości dramatu. Nie udała się też próba zobiektywizowania świata przedstawionego. Maria Kierzkowska w roli Giny Ekdal stara się grać prosto, bez posągowego dramatyzmu, tyle że razi w jej postaci absolutny brak dwoistości, pewna niedookreśloność, nie pozwalająca przeniknąć przez jej chłodną maskę. Mirosława Sobik, jako Hedvig, nie wiedzieć czemu od początku do końca mówi podniesionym głosem, nie kieruje emocji do wewnątrz, co zamyka jej możliwość pokazania różnorodności barw w intensywnych relacjach międzyludzkich i wyciszonego sygnalizowania rzeczywistych przeżyć. Maniera mówienia powoduje, że wszystko, w radości, cierpieniu czy poświęceniu, brzmi tak samo i jednoznacznie. Dlatego los jej postaci zupełnie nas nie porusza. Tomasz Mycan, w roli Gregersa, choć próbuje posługiwać się środkami bardziej subtelnymi, również nie osiąga wiarygodności w procesie odsłaniania i doświadczania tragicznej prawdy. Natomiast Hjalmar Ekdal, w interpretacji Sławomira Maciejewskiego, rozpada się jakby na dwa wcielenia, z których każde pozostawia uczucie niedosytu.

Lipiec-Wróblewska nie obroniła Ibsena. Temat prawdy i fałszu, tak ważny w dramaturgii Skandynawa, nie przełożył się na sposób kreowania scenicznych obrazów i ludzkich portretów, nie stał się też okrutną diagnozą słabości ludzkich. No cóż, tym razem nie udało się dokonać radykalnej rewizji tekstu Ibsena, połamać jego kośćca i pokazać, że teatr jest tak samo bezbronny, jak człowiek walczący z samym sobą i z tym, co go w życiu spotyka.
Henryk Ibsen „Dzika Kaczka”. Przeł. Anna Marciniakówna. Reż. i oprac. tekstu: Agnieszka Lipiec- Wróblewska. Teatr Im. Wilama Horzycy w Toruniu. Premiera: 5 grudnia 2009 roku.