Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (146) / 2010

Sławomir Iwasiów,

OPOWIEŚCI NOWORUDZKIE

A A A
Po tak zatytułowanej książce należy się spodziewać przynajmniej niezłego zamieszania. I słusznie, bowiem „Sajgon”, czwarty tom prozy w dorobku pisarskim Karola Maliszewskiego, to powieść celowo niespójna i dość trudna do scalenia. Trzeba przyznać, że tym charakterystycznym tytułem, wyrażeniem używanym w języku potocznym, Maliszewski od początku lojalnie uprzedza: łatwo nie będzie, ale literatura to przecież nie tylko prosta przyjemność poznawania linearnych opowieści. Inna sprawa, że tym sposobem autor zabezpieczył się przed ewentualnymi oskarżeniami – skoro to „Sajgon”, to nikt nie powie, że słaby warsztatowo, źle napisany, niedorobiony, bo przecież tak miało być, o fragmentaryczność i zamieszanie tu przede wszystkim chodzi.

Niejako na przekór modom pisze Maliszewski tę swoją poplątaną historię, z premedytacją nie ułatwia lektury, zmusza czytelnika do wysiłku poznawczego zarówno od strony narracyjnej, ponieważ język poszczególnych całostek „Sajgonu” (książka została podzielona na dwadzieścia sześć rozdziałów) jest mocno zróżnicowany, jak i fabularnej – przypadki bohaterów rozgrywające się w realiach Nowej Rudy bywają zaskakujące i zakręcone (większość to proza realistyczna, ale pojawia się na przykład konwencja political fiction). Co rusz coś się w toku opowiadania zmienia, brak przewodniego wątku, o który można by się zaczepić, w każdym rozdziale opowieść jest odpowiednio urozmaicona stylistycznie, ale też pogmatwana, elementy narracji nakładają się na siebie, plany czasowe są pomieszane (raz PRL, raz współczesność), a postaci pokazują świat przedstawiony – albo po prostu noworudzką rzeczywistość – z różnych perspektyw. I tak bez przerwy, aż do końca, chociaż nie ma tu wyraźnych granic, a bywa, że rozpoczęty przed chwilą wątek zostaje ucięty w najmniej oczekiwanym momencie albo podąża w niespodziewanym kierunku…

Tak, nie będzie łatwo nadążyć za pomysłami Maliszewskiego. Po prostu „Sajgon”, a więc nieuporządkowanie, zamieszanie, bałagan, chociaż to wszystko – światy rzeczywiste i literackie – nosi znamiona kontrolowanego chaosu.

Strzępy

Maliszewski porusza w „Sajgonie” kilka zasadniczych tematów – i zdaję sobie sprawę z tego, że trudno mówić o „zasadniczych tematach” w powieści, której konstrukcja przeczy fundamentalności jako takiej. Ta książka, przede wszystkim w sensie narracyjnym, została zmontowana (czy raczej: skompilowana) z porwanych fragmentów według zasad polifonii: poznajemy wiele postaci i ich przemyślenia układające się w poplątaną sieć wypowiedzi. Bohaterowie mówią o różnych sprawach, z różnych punktów widzenia: o pracy (większość z nich to nauczyciele z tej samej szkoły w Nowej Rudzie), o życiu codziennym na Śląsku, o egzystencji, smutnym losie i zmarnowanych szansach, o problemach osobistych (ciekawe, że prawie wszyscy mają jakieś seksualne, delikatnie mówiąc, dylematy). Bywa i tak, że bohaterowie opowiadają po prostu o niczym – bo tak biegną ich myśli, w sposób niekontrolowany, nieokiełznany, ale niczym nieskrępowany, co Maliszewski wyraża w niespójnej narracji.

Pierwszy głos należy do Teodora Szeremety, nauczyciela matematyki, który ma w szkolnym środowisku problemy – pewnego razu nie podpisał ważnego dokumentu poświadczającego niezdyscyplinowanie Jasia Chrobota, jednego z uczniów zerówki. Powód? Styl i ortografia nie spodobały się matematykowi, bo, jak dobitnie podkreśla, posiada „jakąś pokorę w sobie, (…) wynikającą z wyższej, powiedzmy, świadomości”. A zatem mamy do czynienia z „prawdziwym matematykiem” – powiedzielibyśmy, że to belfer starej szkoły, przejęty pedagogicznym powołaniem, prawie Gombrowiczowski Pimko.

Zabawne jest to, że nauczyciel mówi w sposób archaiczny – i Maliszewskiemu udaje się utrzymać ten humorystyczny ton na przestrzeni całego rozdziału (w kolejnych rozdziałach, a nawet w poszczególnych akapitach, styl zmienia się wraz z narratorem, ale Maliszewski zawsze zachowuje constans narracji w obrębie danego fragmentu). Styl wypowiedzi Szeremety, a nade wszystko szyk przestawny („I od tego wypadku z Jasiem Chrobotem, z jego papierami, których nie podpisałem, chodziłem po placówce jak zapowietrzony i rychłego zwolnienia czekałem”), nosi znamiona parodystyczne, jakby Maliszewski chciał pokazać w krzywym zwierciadle nakręconego matematyka, któremu wydaje się, że będzie naprawiał świat ze słownikiem polskiej ortografii pod pachą.

Pomijam fakt, iż Szeremeta w tym krótkim rozdziale bredzi jak w malignie – Maliszewski pisze tu w duchu, bez cienia uszczypliwości to stwierdzam, onirycznych opowieści Brunona Schulza („Sklepy cynamonowe”) – i przeskakuje od tematów pedagogicznych (tego niegrzecznego Jasia), do snu, który kończy się… ejakulacją. Skojarzenie z Schulzem ma podłoże zakotwiczone w nieoczekiwanych, czasami aberracyjnych zwrotach narracji – te „majaczenia” posiadają konotacje erotyczne (a to ktoś kogoś masturbuje, a to ktoś inny uprawia seks w dziwnym miejscu). W całej książce przemyślenia bohaterów momentami „płyną” w kierunku erotycznego rozmazania, pokazują niepokojące szczeliny istnienia (na myśl przychodzi Tłuja ze „Sklepów cynamonowych”…) i czasem trudno stwierdzić, jakimi ścieżkami i dokąd zaprowadzą nieuważnego czytelnika.

Symulakry

Jeszcze o Szeremecie (na marginesie – to bardzo popularne nazwisko na Dolnym Śląsku, więc nauczyciel jest kimś typowym, noworudzkim everymanem). Gdzieś pomiędzy kolejnymi zwierzeniami, przy okazji wspomnień z wycieczki szkolnej na Jasną Górę, matematyk relacjonuje opowieść kolegi z pracy – notabene Karola, a jakże, Maliszewskiego. W „Sajgonie” kilkakrotnie autor ujawnia „swoją” obecność, daje wyraźne sygnały autobiograficzności tekstu (pisarz pochodzi z Nowej Rudy), ale jednocześnie sprytnie ukrywa tożsamość – Maliszewski oglądany na zdjęciu z okładki to przecież nie ten sam Maliszewski, który w powieści jest noworudzkim nauczycielem, polonistą, zaangażowanym literatem, postacią drugiego planu, kimś „naprawdę nieistniejącym”. Tym samym pakt autobiograficzny zostaje na moment zawieszony („Sajgon” to autobiografia, która wyrzeka się autobiograficzności; jedna z postaci stwierdza nawet, że jest „prawdziwym” bohaterem, bo została wymieniona z imienia i nazwiska w pewnej powieści). Interesujące jest to, że opowieść Karola – a ściśle rzecz ujmując kilkustronicowe soliloquium (przypominające Mickiewiczowską „Wielką Improwizację”), którego słucha niemy Szeremeta – jest podbudowana filozoficznie (kompetencje Maliszewskiego jako filozofa są tutaj nie bez znaczenia). Karol zaczyna tak: „Nie wiem dokąd pójdę, nie wiem czego chcę” i zaraz potem zgłębia zagadnienia metafizyczne, pyta o sens życia, wiary, krytykuje instytucję Kościoła.

Wątpliwości targające bohaterem są w swej istocie filozoficzne (przecież pytaniami o sens filozofia stoi) i dobrze oddają charakter tej książki. Co rusz czytelnik wychwytuje w niej ukryty pod wieloma warstwami problem: trzeba postawić mocne pytania, obnażyć własne wątpliwości i lęki, ale niekoniecznie oczekiwać jednoznacznych odpowiedzi i uniwersalnych porad.

Karol replikuje sobie trochę w duchu nihilizmu Nietzschego i Heideggera, a przede wszystkim w stylu znanym z koncepcji Baudrillarda („Symulakry i symulacja”): „Nie istnieje żaden idealny środek tak pieczołowicie otulany przez ochronną siatkę pozorów. Pozory chronią już tylko pozory. Część tej ułudy odgrywa rolę róży, wdzięczy się i pyta, czy w różowym mu do twarzy”. W tym fragmencie ponowoczesne rozterki Maliszewskiego podszyte są poznawczym nihilizmem: rzeczywistość trudno wyrazić komplementarnie, ponieważ nie sposób odwołać się do jakiejś „całości”, która straciła swoje znaczenie, zatarła się pod mnogością swoich własnych kopii, fragmentów, strzępów. Trudno zaufać światu, skoro jego obraz jest na każdym kroku fałszowany. Co zatem pozostaje? Czy szukać prawdy, czy o prawdzie zapomnieć? Dałoby się zaproponować wyjście pośrednie. Można nieuchwytność rzeczywistości, mówiąc językiem Heideggera, „przeboleć”, ale w sensie, w jakim tłumaczy ten termin Gianni Vattimo w tekście „Postnowoczesność i kres historii” (z tomu „Postmodernizm. Antologia przekładów” pod redakcją Ryszarda Nycza): „przebolenie” to zarówno „akceptacja”, jak i „skrzywienie”.

Ktoś miejscowy, ktoś całkiem obcy

Filozoficzne inklinacje są obecne w wielu miejscach powieści. Tylko na przykładzie opisanego wyżej rozdziału można wykazać, że „Sajgon” ma formę szkatułki wypchanej wydartymi z życia opowieściami – uwagę zwraca ich hermeneutyczne, Heideggerowskie „przegadanie” (o „gadaninie”, która ujawnia „bycie” pisał niemiecki filozof w „Byciu i czasie”), które jest tu najważniejsze, bowiem spełnia rolę stwarzającą świat i raczej go nie opisuje, ale pozwala na, przynajmniej chwilowe, pogodzenie się z nim. W ten sposób Maliszewski gra w postmodernistyczną grę sprzeczności: próbuje okiełznać to, co trudno okiełznać; godzi się na fragmentaryczności doświadczenia i literatury, ale przecież stara się doświadczenie z literaturą powiązać w rozpadającej się narracji. Układa fragmenty rzeczywistości w „całość”, ubiera je w powieściową konstrukcję, chociaż to tylko odziewanie zmęczonego ciała postmodernisty w dziurawe szaty; to powieść w stanie rozkładu, wytwór późnej nowoczesności (albo – w myśl koncepcji Jurgena Habermasa – niedokończonego modernizmu) obywający się bez jednoznacznego zawiązania i rozwiązania fabularnej akcji. Autor z jednej strony scala, z drugiej demontuje; dąży w kierunku narracji powieściowej (jednak jest tu jakaś kompozycja rozbudowanego tekstu literackiego), ale co rusz się od niej oddala (poszczególne całostki urywają się nieoczekiwanie). A więc jednak postmodernizm, choć raczej ten świadomy, autoironiczny, z dobrze rozpoznanymi immanentnymi ograniczeniami (to gra z poetyką; raczej kwestia stylu a nie nurtu).

Późnonowoczesny (ten termin prawdopodobnie lepiej oddaje obecność awangardowych, jednak modernistycznych przekroczeń – Maliszewski „przekracza” w „Sajgonie” rozmaite kategorie, na przykład doświadczenia i literatury) stan wahania został chyba najlepiej przedstawiony w wieloznaczności postaci Karola. Autotematyzm wpisany zgrabnie w przebieg opowiadania to sygnał niechęci wobec jakichkolwiek kategoryzacji – nie bardzo wiadomo, co z Karolem począć, jak zdefiniować jego położenie wobec prawdziwego „ja” autorskiego. Maliszewski (jako autor) jest i nie jest częścią tej powieści; podobnie ambiwalentny wydaje się status Karola, który trochę przypomina właśnie tego pisarza Maliszewskiego z okładki (Karol z książki jest poetą, prozaikiem, jurorem na konkursach), choć Maliszewski się od niego odcina, umieszczając w powieści „samego siebie” jako postać opisywaną z perspektywy osób trzecich. Pisarz też jest „osobą trzecią”, zewnętrzną wobec swoich bohaterów, co podkreśla jeszcze bardziej: dowodem chłodny dystans, z jakim traktuje Karola.

Jest w „Sajgonie” taki obrazek, który zdaje się dobrze oddaje jedyną w swoim rodzaju ambiwalencję późnonowoczesnych narracji, ale i przy okazji specyficzną atmosferę lokalnych społeczności literackich, które Maliszewski (nieważne już, czy ten rzeczywisty, czy powieściowy) bardzo dobrze zna.

Jury konkursu poetyckiego w Biłgoraju (równie dobrze mógłby to być konkurs prozatorski w Szczecinku albo, jeszcze lepiej, jakaś duża nagroda literacka w stolicy, bo w końcu klimat współzawodnictwa ten sam, kac rano też, tylko może oprawa nieco inna i lepszy alkohol) „obraduje” w zaciszu hotelowego pokoju. Kiedy do pomieszczenia wchodzi narrator, żeby pożyczyć grzałkę, dwoje jurorów, kobieta i mężczyzna, naradza się pod kołdrą. W pokoju jest jeszcze jedna jurorka, pali papierosy, nic sobie nie robiąc z „dysputy” kolegów. Obradom łóżkowym towarzyszą chichoty, więc wiadomo, że nie o literaturę tu chodzi. Coś wisi w powietrzu. Narrator zastanawia się: „Któż by rozwiązał nabrzmiałą, patową sytuację? Piąty element. Ktoś miejscowy. Bo zawsze ktoś miejscowy jest sekretarzem jury”. Miejscowy to Karol Maliszewski.

Narrator, wchodząc do pokoju, zaburza jakiś układ, swoim najściem przywraca symetrię, w gruncie rzeczy niepożądaną. Symetryczność niczego nie rozstrzyga. Niesymetryczność jest według narratora lepsza, daje większe pole do strategicznego manewru, bo „ktoś trzeci” musi wybrać stronę. Nie ma remisu. Podobnie w narracji i poza nią; Maliszewski (prawdziwy) jest tym „miejscowym” i równocześnie nie czuje się dobrze „wewnątrz”; w książce pasuje do opowiadania, które sam tworzy (dlatego powołuje do życia Karola), jest częścią narracji (i częścią Karola), ale też zdaje sobie sprawę z umowności statusu pisarza. Maliszewski jest dla Maliszewskiego kimś całkiem obcym. Kryzys podmiotowości nie dotyka jednak w „Sajgonie” tylko polonisty Karola Maliszewskiego; większość nauczycieli z Nowej Rudy ma jakieś problemy.

Pedagog w kryzysie

Nie ma wątpliwości, że „Sajgon” to także „powieść nauczycielska” usytuowana gdzieś na styku wpływów klasyki tematyki „szkolnej” („Buszujący w zbożu” J. D. Salingera, „Serce” E. Amicisa, „Syzyfowe prace” Żeromskiego czy „Ferdydurke” Gombrowicza). Środowisko pedagogów jest dość ciekawie opisane – Maliszewski próbuje „wziąć” nauczycieli od strony psychologicznej. Wielogłosowa pieśń z pokoju nauczycielskiego układa się niestety w unisono smutne i przygnębiające, ale niektóre analizy należy uznać za trafne i pouczające.

Jeden obrazek wydaje się symptomatyczny: nauczyciel, obserwujący uczniów podczas dyżuru na przerwie, dochodzi do wniosku, że dzieci są w swej beztroskiej egzystencji naiwne, choć równocześnie brutalne i bezwzględne – jakby przeczuwały, że przyjdzie im stawić czoła całemu światu. Pedagogiczna świadomość jest ważną częścią „Sajgonu”, ale Maliszewski nie szczędzi jej słów krytyki, nie ukrywa swojego cynizmu – szkoła to tylko ułuda, pusta pedagogiczna bajeczka, która z realnymi zagrożeniami i wymaganiami stawianymi przez życie ma niewiele wspólnego. A uczniom nie bardzo pomagają pokręceni pedagodzy.

Dostojnych, moralnie pokrzepiających ciał nauczycielskich jak z „Serca” Amicisa tu raczej nie znajdziemy. Dość powiedzieć, że oprócz Szeremety i Karola panteon noworudzkich belfrów tworzą oryginały na skraju depresji, załamania nerwowego, szaleństwa. Nawiedzona zakonnica, katechetka, obawia się, że społeczeństwo postrzega ją jako dewiantkę (na szkolnym wykładzie o literaturze mruczy sama do siebie: „O Boże, dobrze, że tu tylko szóste klasy spędzono, zdrowaś Mario, maluchy by się psychicznie, łąkiś pełna, po czymś takim zupełnie załamały”). Z kolei refleksyjny wuefista niby od niechcenia rozmyśla, jak to każdy wuefista, o meandrach metafizyki („W (…) miłości giną nasze ludzkie podziały i wymysły, w oczach Boga żaden Sajgon nie istnieje albo wszystko jest Sajgonem”). Natomiast zalękniona polonistka-praktykantka drży przed uczniowską agresją – dla niej „(…) upiorny, więzienny dzwonek w niektórych sytuacjach jest wybawieniem”. To nie wszystkie postaci ze szkolnych korytarzy – nauczycieli stworzył Maliszewski wprawdzie znacznie więcej, jednak tylko te trzy przykłady wystarczą do zobrazowania stanu noworudzkiego grona pedagogicznego i być może trudnego położenia nauczycieli w ogóle – w tym sensie Maliszewski jest prawie pozytywistycznym piewcą utrudzonego pedagoga. Te postaci, mocno utożsamione z Nową Rudą, pozwalają także otworzyć kolejny wątek, chyba w Sajgonie najważniejszy: myślę tu o mieście i wszystkim, co z nim związane.

Miasto – pustka – miasto

Jeżeli większość postaci wydaje się w „Sajgonie” nieco ubezwłasnowolniona i rzucona na pastwę porwanej narracji, to najmocniejszym i jednak centralnym bohaterem tych historii jest Nowa Ruda, która podporządkowuje sobie bezradnych nauczycieli. Maliszewski bez trudu kreśli figurę śląskiego miasta – w tym sensie jest to książka zapewne osobista, autobiograficzna, ale można by się zastanawiać, na ile Śląsk i Nowa Ruda wyczytane ze stron powieści to miejsca rzeczywiste. Jak wygląda Nowa Ruda w „Sajgonie”? Prawdę mówiąc, nieciekawe to miejsce: smutek krajobrazu nierzadko daje o sobie znać, wpływa na samopoczucie bohaterów, określa ich losy.

Oczywiście – każde miasto ma swój „Sajgon” („Każde miasto ma swoją hubę i powoli uczy się z nią żyć”, pisze Maliszewski). Czasami bywa tak, że jakaś dzielnica lub specyficzne miejsce w konkretnym mieście, raczej zaniedbane i biedne, społecznie trudne i kryminogenne, jest określane „egzotyczną” nazwą geograficzną (na przykład „Meksyk” w Gdyni albo „Trójkąt Bermudzki” w Katowicach). To zabieg, by tak rzecz, kolonizujący rzeczywistość – miasto Sajgon to miejsce równie odległe, co „egzotyczne” (z punktu widzenia Europy Środkowej) i tak naprawdę nieznane (chyba że z filmów o wojnie w Wietnamie).

W „Sajgonie” autor pokazuje jedno z tych „trudnych” miejsc, opisując okalający Nową Rudę pierścień baraków dla najbiedniejszych mieszkańców. Sajgon – zdaje się, że nazwa przez Maliszewskiego wymyślona – powoli przenika do miasta, infekuje jego centrum, do cna dotyka noworudzian. Jeden z nauczycieli stwierdza, że to miejsce z góry określa los jego mieszkańców, przede wszystkim dzieci („Czeka na nich dorosłe życie, już składając zamówienia na określoną ilość typów”); Sajgon typizuje i zniewala, więzi, nie dopuszcza do społecznego awansu. W narracji Maliszewskiego miasto posiada cechy ludzkie – ma moc sprawczą, jak tyran zniewalający kolejne pokolenia poddanych.

Sajgon jest nie tylko ściśle określonym obszarem w topografii miasta; to także alegoria życia poza centrum wydarzeń, obraz egzystencji wykluczonych, wyrzuconych na miejski margines. Teza po lekturze „Sajgonu” być może powinna brzmieć tak: chcielibyśmy pozbyć się z centrów miast biedoty, chcielibyśmy wyrzucić bezrobotnych i niepłacących czynszu do socjalnych baraków, ale oni zawsze wrócą, znajdą szczelinę w trzymetrowym płocie, przedrą się do strzeżonych osiedli. Nie ma ucieczki od Sajgonu, wszystko nim jest – czy tego chcemy, czy nie, mówi jeden z bohaterów Maliszewskiego. Nowa Ruda to Sajgon. W ten sposób pokazuje autor problem miast w tej części Europy, gdzie bieda i nierówności społeczne rosną wprost proporcjonalnie do produktu krajowego brutto.

Są i jaśniejsze punkty na tej mapie rozpadu. Nowa Ruda bywała także miejscem sztuki, polem artystycznej aktywności, a i do dzisiaj może się pochwalić lokalnością eksportową (na przykład Olga Tokarczuk i Karol Maliszewski są postaciami znanymi i rozpoznawalnymi). W rozdziale czwartym „Sajgonu” opisuje narrator artystyczną duszę Nowej Rudy – tak w osobistej konwencji spod znaku „Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej)” Andrzeja Stasiuka. A więc na luzie, bez artystowskiego zadęcia, opowiada o czasach studenckich: „Dla studentów szkół artystycznych nie było miejsc zakazanych czy niewłaściwych. Właśnie najczęściej wybierali Sajgon. Prowadzeni turpistycznym instynktem, wiedzieli, że kwartet smyczkowy grając w ciemnej, niesamowicie cuchnącej uryną bramie, dostępuje czegoś w rodzaju transcendencji”. Trudno powiedzieć, czy to efekt zamierzony, ale ten Stasiukowy cień pada w tej książce kilkakrotnie – w pewnym momencie narrator opisuje miasto wyglądając przez okno (jak Paweł w „Dziewięć” Warszawę), albo relacjonuje wyjazd za granicę (jak Stasiuk w niektórych esejach z podróży, na przykład w „Dojczland”). Zresztą cała powieść, niechlujny miejscami tok opowiadania, przywodzi na myśl „Białego kruka”; z drugiej strony to przecież prawie reportażowe „Opowieści galicyjskie” – nasycenie osobistymi doświadczeniami jest zapewne tak samo duże.

Figura miasta, która zarówno u Maliszewskiego, jak i w prozie wspomnianego wcześniej Andrzeja Stasiuka, ma źródło w ponowoczesnym nihilizmie; w „Sajgonie” obserwowanie przemysłowej niegdyś Nowej Huty rodzi smutek, podobnie jak patrzenie na Warszawę, która budzi się do życia (w „Dziewięć” Stasiuka Paweł obserwuje ludzi idących i jadących do pracy). Należy zapytać: co wywołuje potrzebę opisywania krajobrazu? Być może wszechogarniające uczucie pustki – i Maliszewski, i Stasiuk upatrują początku „wszystkich rzeczy” w ciemności, którą trzeba „rozświetlić”, zapełnić literackim opisem. Maliszewski pisze: „Na szczęście jest okno i świat za nim”. W innym przypadku pozostałaby tylko ciemność.

Totalny rozpierdol

Wypadałoby podsumować tę interpretacyjną plątaninę. Przede wszystkim porusza Maliszewski dość ciekawe i ważne wątki: pokazuje realia środowiska nauczycielskiego, tworzy figurę śląskiego miasta, przy czym nie zapomina o trudnej historii i przytłaczającej teraźniejszości „poprzemysłowych” aglomeracji, kluczy po obrębie autotematyzmu, zmaga się ze swoim pisarskim statusem. A więc „Sajgon” to zarówno powieść polifoniczna, na modłę Faulknerowską refleksyjna, rzekłbym nawet, że metafizyczna; społeczna, ponieważ daje obraz życia w Nowej Rudzie; ale też środowiskowa (nauczycielska), gdy pokazuje, co to znaczy być nauczycielem i opiekunem dzieci (pedagogika z rzeczywistością ma niestety niewiele wspólnego…), oraz metaliteracka (w pewnym momencie Karol tłumaczy swojemu koledze, jak napisać bajkę dla dzieci, jak pisać literaturę w ogóle), wykraczająca poza ramy literatury i gatunku powieściowego.

Co z tym wszystkim począć? Prawdopodobnie najlepszym pomysłem będzie lektura fragmentu, uchwycenie czegoś, co nieoczywiste i marginalne (jak geograficzne położenie Nowej Rudy – niby na obrzeżach, ale w „Sajgonie” w samym centrum uwagi). Być może lepiej nie scalać na siłę, nie mierzyć się z tym bałaganem za wszelką cenę.

Nie sposób tej książki zamknąć jednoznaczną interpretacją – można tylko pokazać wiele możliwych odczytań. Autor zdaje się mówić czytelnikowi, że schematycznie skonstruowane fabuły (mimo że brak schematu też w pewnym sensie jest schematem – jedna z wielu sprzeczności współczesnej powieści) nie wystarczają, żeby oddać złożoność świata, dlatego trzeba jeszcze bardziej sprawy zawikłać, podkręcić poziom gadaniny, skomplikować i tak rozpadającą się tkankę rzeczywistości.
Karol Maliszewski: „Sajgon”. Biuro Literackie. Wrocław 2009.