Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (146) / 2010

Paweł Lekszycki, Wojciech Brzoska, Robert Rybicki,

FYFIAD

A A A
Z Robertem Rybickim rozmawiają Wojciech Brzoska i Paweł Lekszycki
Wojciech Brzoska: W wywiadzie udzielonym niedawno „Całusowi i kopniakowi” (książka prezentująca rozmowy z ludźmi kultury Śląska i Zagłębia) powiedziałeś m. in.: „Gramatyka ogranicza poetykę. Tradycyjne struktury mowy służą tylko w komunikacji potocznej (…) Hiperpoprawną poezję pisze Jacek Dehnel. Klasycyzm był formą doskonałą jakieś dwieście lat temu.” To dosyć ostre i kategoryczne ujęcie poetyckiej materii... Z drugiej zaś strony, piszesz przecież nieco inaczej niż np. tzw. neolingwiści, których cechą charakterystyczną jest jednak pewna słowotwórczość... Czy poezja oprócz wymogu awangardowego podejścia do języka nie służy więc Twoim zdaniem w ogóle tzw. komunikacji? Czy ma czytelnikowi tylko pokazywać język?

Ryba: Poezja jest komunikatem. Tyle, że język i świadomość języka w społeczeństwie powodują pewne przewarstwienia poszczególnych warstw w rzeczownym komunikacie. Poezja nie powinna być z tyłu tych przemian, raczej powinna te przemiany antycypować, niekoniecznie wieszcząc, bardziej logicznie przewidując pewne procesy, które będą następować z biegiem czasu w systemie języka. Tu chodzi bardziej o synergię języka, aktu artykułowania, z energią, która przechodzi przez człowieka. Dlatego gramatyka ogranicza poetykę, bo nie pozwala wyjść poza swe struktury, poezja musi odskoczyć od klasycznego mimesis. Nie ma innego wyjścia. Język pokazywałem, gdy byłem mały. Stąd może te wycieczki w stronę zaumu? Że zawsze będę mały? Poza tym te wszystkie sprawy związane z rewolucją komunikacyjną powodują pewne przesunięcia w percepcji

W.B.: Mimo wszystko Twoja najnowsza książka, wydana przez Staromiejski Dom Kultury, „Stos gitar” wydaje mi się trochę bardziej komunikatywna niż poprzednie „Motta robali”... Sporo w niej mowy, m. in. o „GALAKTYCE”, jakkolwiek rozumianej... Mógłbyś pokusić się o przybliżenie i dookreślenie Twojego poetyckiego rozumienia tego pojemnego pojęcia?

Ryba: Jesteśmy Kosmitami, bo żyjemy w Kosmosie. Jesteśmy w Galaktyce. Jesteśmy Ziemianami, bo żyjemy na Ziemi. Jesteśmy Polakami, bo żyjemy w Polsce. Ja jestem rybniczaninem, Ty katowiczaninem, a Paweł Lekszycki? Dąbrowszczaninem? Dąbrowianinem?

Paweł Lekszycki: Od pięciu bodaj lat mieszkam w Zabrzu… W wierszu „Odlot” ze „Stosu gitar” piszesz, że „śniło Ci się, że masz nam coś do przekazania”. Czy zapamiętałeś ten sen? Pamiętasz, co chciałeś przekazać?

Ryba: Fraza brzmi: „śniło mi się (…)”. Kiedyś śnił mi się wiersz, zaraz wstałem i napisałem bełkot.

P.L.: W tym samym „Odlocie” wymieniasz nazwiska ludzi związanych z literaturą i przypisujesz im pewne czynności, których na co dzień nie wykonują. Krzysztof Śliwka, na przykład, wlepia mandaty za złe parkowanie, Karol Maliszewski jest portierem na prywatnym, piętrowym parkingu, ja zmywam naczynia w very busy restauracji, a Wojtek Brzoska pakuje filety przy taśmie. Sądzisz, że są to czynności, którym oddawalibyśmy się najchętniej, gdybyśmy nie wybrali literatury?

Ryba: Na pewno żaden z Was nie chciałby czyścić kibli. Nazwiska i czynności dobierane były losowo. Wściekłem się, gdy Myśliwski dostał drugi raz Nike; odebrałem to jako zniewagę wymierzoną w młodszą literaturę. No i wtedy poleciałem. To już na prowincjonalnych imprezach poetyckich jest zasada, że kto otrzymał pierwszą nagrodę, drugi raz jej nie może otrzymać. To świadczy o tym, jak wierchuszka literacka jest skorumpowana. Duże nagrody literackie są podejrzane, albo państwo ma w tym interes, albo media, albo działają środowiskowe reguły. Bardzo sobie cenię wybory Honeta, bo on za to osobiście p o n o s i o d p o w i e d z i a l n o ś ć, a w gremium zawsze się można schować za gremium.

P.L.: Piotr Macierzyński w tym tekście wymieniony jest dwukrotnie. Raz podąża przez East Ham z łopatą na ramieniu, innym zaś razem pracuje jako instruktor na siłowni w Stratford. Zabieg celowy?

Ryba: Ewidentny przypadek. Zauważyłem to. Ale powiedziałem sobie, że nie będę w tym tomie nic skreślał.

W.B.: Oprócz bycia poetą od lat znany jesteś także jako niestrudzony happener, a ostatnio także jako aktor. Czy mógłbyś opowiedzieć trochę o filmie, w którym wystąpiłeś... No i skąd w ogóle ten pomysł?

Ryba: Autorem scenariusza jest Szymon Stoczek, który coś tam publikował w „Cegle”. Akcja polega na tym, że w Rybniku-Chwałęcicach Amerykanie wybudowali tarczę antyrakietową (ok. 1975 roku, a więc za czasów Gierka, he he), ja jako Heinrich Ziemsen przy pomocy Aliba Arczy i Ziemsen Terror Brigade usiłuję wyłączyć tarczę i nie doprowadzić do zestrzelenia pocisku nuklearnego, a ten pocisk ma uderzyć w Polskę, przez co Stany Zjednoczone skompromitowałyby się i straciły moralny prym na świecie, a wtedy władze przejęłyby Chiny. Niestety, do akcji wkracza agent Marian Blond, grany przez Mariana Mielczarka (w życiu prywatnym hodowca truskawek w Chwałęcicach), który, przy pomocy agentów służb specjalnych niewiadomego pochodzenia, unicestwia ten zamiar. Zostaje po mnie tylko głowa. Blond wtedy mówi: „Panie Ziemsen, gdy traci pan głowę, całkiem się pan rozsypuje”, co wymyślił Dezy z „Palety” albo Słavek Q.

P.L.: Mówisz o sobie jako o pedagogu-happenerze. Jak postrzegasz siebie jako nauczyciela języka polskiego? Miałeś przecież takie doświadczenie.

Ryba: Owszem, pokazywałem uczniom karrambę. Nie zgadzam się z infantylnym kluczem interpretacyjnym do matur, który robi z uczniów debili.

W.B.: A czym dla Ciebie jest szaleństwo w literaturze? Absolutną wolnością języka, brakiem logiki, a może czymś innym..? Albo czymś jeszcze?

Ryba: Czymś innym. Motorem napędowym. Sprawdzaniem siebie. Patrzę na szaleństwo od strony praktycznej. To wszystko przez surrealizm. Poza tym w Rybniku jest duży szpital psychiatryczny, który mnie zawsze inspirował. Co do wolności i braku logiki – mogę się zgodzić, ale w szaleństwie też jest jakaś... metalogika? Paralogika?

W.B.: Z tego, co wiem, masz już, zdaje się, dwa kolejne tomiki na tzw. wydaniu? Czy mógłbyś określić z grubsza przygody ich języka? Albo chociaż tytuły oraz miejsce i czas wydania tych książek?

Ryba: Więcej. „Gram, mózgu” ma być wydany w Wielkopolskiej Bibliotece Poezji w Poznaniu. „Nie ma mowy” w Instytucie Mikołowskim, o czym wiesz. „I-„ (tytuł – arialem albo verdaną – jako dekonstrukcja krzyża) – zrezygnowano z niego w olsztyńskim „Portrecie”, tak więc nie wiem. Teraz powstaje „Logorytm”, a więc, jako książka w procesie komponowania (work in progress), nie ma jeszcze punktu docelowego. W planach jest książka poetycka „masakra kalaczakra”, której tytuł powstał niedawno na Manifestacjach Poetyckich, podczas grubo zakrapianej i przypalanej imprezy, będącej czymś w rodzaju wschodzącej neverending after party, które trwało tydzień i przewinęło się dziesiątki osób, powstały cztery zakochane pary, zrobiliśmy metawolucję i neogardę, a ja zrobiłem najkrótszy występ w historii miasta Warszawy (tu ten debil Microsoft Office nie dał dużej litery!) z Oliwią Anną Livki (brainiac wchich z Berlina, anarchistyczna basistka i wokalistka, gra solo), który trwał 8 sekund. To było w Jazzowni. Z Michałem Kasprzakiem przedyskutowaliśmy jakieś 50 godzin, jeśli nie więcej, może i 100. Poznałem tyle pięknych kobiet, że to się w pale nie mieści. Wpierdolcie ode mnie Gates’owi. Danke.

W.B. i P.L.: Dziękujemy za rozmowę.