| |
Literatura - rozmowy
"JAK TO SIĘ MA DO WIECZNOŚCI?"
Z Martą Fox rozmawia Katarzyna Ewa Zdanowicz

Katarzyna Ewa Zdanowicz: Jaka była pani droga do literatury? Jak udało się pani zostać autorką utrzymującą się z literatury, a więc dzięki pisaniu niezależną?
Marta Fox: Lubię mówić o swojej wędrówce literackiej, ponieważ to jest trochę tak jakbym opowiadała historię dla mnie nie z tej ziemi; historię, której nigdy nie przewidziałam i o której nigdy właściwie nie marzyłam. Wymarzyłam sobie bowiem bardzo stabilną drogę.
Pochodziłam z bardzo tradycyjnej rodziny, w której miejsce kobiety było równie tradycyjne -
i ja się bynajmniej przeciwko temu nie buntowałam. Zamierzałam więc spędzić swoje życie równie tradycyjnie - na drugim toku studiów wyszłam za mąż, pod koniec studiów urodziłam dziecko i po studiach rozpoczęłam (wymarzoną!) pracę jako nauczycielka języka polskiego. Czerpałam z tego zawodu satysfakcję przez niemal 20 lat i dopiero w momencie, kiedy moje córki dorosły i zaczęłam mieć coraz więcej wolnego czasu dla siebie, odkryłam, że szkoła mi nie wystarcza. Rozpoczęłam więc swoją przygodę z dziennikarstwem. Współpracowałam z katowickim pismem "Tak i Nie", "Radarem", "Integracjami", "Poezją", "Autografem" - i bardzo chciałam zostać etatową dziennikarką. Dziś uważam, że to, iż nie dostałam tego "upragnionego" etatu, było dla mnie swoistym błogosławieństwem.
K.E.Z.: Czyli "wyrosła" Pani z dziennikarstwa i "wrosła" w literaturę...
M.F.: Tak się właśnie stało. W 1989 roku napisałam swoje pierwsze opowiadanie i wysłałam je na Ogólnopolski Konkurs Liryki Miłosnej "O Laur Miedzianego Amora". Zresztą tak sobie magicznie postanowiłam, iż będę pisała dalej, jeśli dostanę Grand Prix na tym konkursie. I tak się stało - ta nagroda niesamowicie mnie uskrzydliła. Był to dla mnie wewnętrzny przełom - uwierzyłam wówczas we własne możliwości. Zresztą miałam jeszcze jeden dodatkowy bodziec związany z pisaniem. Kiedy dostałam nagrodę za opowiadanie, nie przyznałam się do tego w ogóle mojemu mężowi, spostrzegłam, że po prostu boję się mu o tym powiedzieć. Gdy więc wyjeżdżałam po odbiór nagrody, powiedziałam mu tak ogólnie, że jadę na imprezę literacką i kiedy przywiozłam do domu statuetkę Amora (ważyła ponad 8 kg) schowałam ją przed rodziną za swoim tapczanem. Zaczęłam wówczas analizować swoje emocje i zrozumiałam jedno: mąż był dla mnie swoistym cenzorem, całe życie podporządkowywałam się mu i naprawdę nie czułam się z tego powodu nieszczęśliwa. To było tak tradycyjne i tak silnie zakorzenione w moim poczuciu bycia kobietą, matką i żoną - że ja nie odczuwałam jakiejkolwiek potrzeby buntu. Czułam się dobrze w domu, zresztą nie uważałam nigdy czasu spędzonego z dziećmi za czas stracony. Mąż chce robić karierę - proszę bardzo, chce robić doktorat - oczywiście. On może wyjeżdżać zagranicę - przecież ja jestem na posterunku, dziećmi ma kto się zająć. Oczywiście miałam takie myśli: "ach, może kiedyś i ja", ale one nie były dla mnie najważniejsze. I zmieniło się to nieco właśnie w momencie otrzymania tej nagrody - o której zresztą mąż dowiedział się w trochę dziwnych okolicznościach. Nagrano ze mną audycję radiową, a ja nawet się nie spytałam, kiedy będzie ona emitowana. Rzadko słuchaliśmy w domu radia, ale tym razem stało się tak, że mój mąż przypadkowo włączył radio i zgłupiał... Przyszedł do mnie roztrzęsiony i powiedział: "jak to, Ty zdobyłaś nagrodę, napisałaś opowiadanie o miłości, a dlaczego o miłości i skąd Ty w ogóle to wszystko wiesz"? Ta jego wypowiedź była agresywna i nie opierała się na jakimś zdziwieniu i rozczarowaniu, że oto ja nie powiedziałam bliskiemu człowiekowi, iż dostałam nagrodę. W nim była złość i niedowierzanie: "jak śmiałaś coś napisać i wysłać na konkurs! To niemożliwe, to nie moja żona". Wtedy odbyły się między nami poważne rozmowy, a mąż w końcu pokiwał głową i powiedział, że owszem, on się zgadza, jak już mam taką potrzebę - to mogę pisać, ale nie erotyczne, dziwaczne opowieści o miłości, tylko opowiadania historyczne lub science-fiction.
K.E.Z.: Ale z tej cennej porady pani nie skorzystała?
M.F.: Nie. Pisałam wprawdzie dalej, ale nie były to książki historyczne, ani tym bardziej science-fiction. Poza tym zaczęłam wysyłać swoje teksty na inne konkursy i je regularnie wygrywać. Kiedyś pojechałam do prezesa wydawnictwa "Czytelnik" - Wacława Sadowskiego, by zrobić z nim wywiad do pisma, w którym ówcześnie pracowałam. A on pod koniec naszej rozmowy powiedział, że czytał jedno z moich nagrodzonych opowiadań i jeżeli zdecyduję się na druk książki, on z chęcią będzie moim pierwszym recenzentem. I tak się stało: ukazała się moja książka "Kapelusz zawsze zdejmuję ostatni" z piękną przedmową Wacława Sadowskiego. I tak oto weszłam w obieg literacki, ale z etykietką "pisarka erotyczna".
K.E.Z.: Ta etykietka "pisarki erotycznej" była zresztą czymś w rodzaju literackiego piętna. Dlaczego fakt, iż pisze pani o miłości i kobiecym erotyzmie był wykorzystywany przeciwko pani - i to nie tylko jako pisarce, ale kobiecie w ogóle?
M.F.: Rzeczywiście, miano "pisarki erotycznej" było wykorzystywane jako swoisty zarzut i donos - skierowany wyraźnie przeciwko mnie. Większość mężczyzn krytyków reagowała na mnie z uśmieszkiem: "proszę, proszę, pojawiła się nam jakaś nowa Anais Nin, a wyglądała na taką skromną i niewinną, kto by pomyślał, że coś w niej takiego siedzi". Poza tym większość mężczyzn, którzy dotąd nie patrzyli na mnie jak na kobietę, nagle zaczęli na mnie tak patrzeć, ale w sposób powiedziałabym frywolny; taki, który mi zupełnie nie odpowiadał. Było w tym sporo takiego oto myślenia: "skoro jest taka otwarta i wyuzdana i jeszcze to wszystko opisuje w swoich książkach, to dlaczego nie chce spotkać się ze mną"?
K.E.Z.: Jeden z krytyków stwierdził wręcz, iż popisuje się pani "książkowym seksem" i zaliczył to do efektownych, aczkolwiek iluzorycznych sukcesów. Padają w tej recenzji określenia typu: "trzewia w spazmach rozkoszy". Czy tak gwałtowne emocje związane z odbiorem pani wierszy i opowiadań nie były związane bezpośrednio z tym, iż to właśnie kobieta opisuje z własnej perspektywy seksualność i erotyzm, a przecież jej tego robić po prostu nie wypada?
M.F.: Myślę, że tak. Przecież od czasów Henry Millera trudno mówić o jakiejkolwiek odwadze w opisywaniu sfery seksualności, ale Henry Miller był facet - czyli on mógł o tym pisać, mógł o tym swobodnie mówić. Zastanawiało mnie wówczas jedno: dlaczego na przykład Andrzeja Stasiuka nikt nie posądza o to, iż opisywane przez niego historie to jego osobiste, intymne doświadczenia, a książki, które ja napisałam, wszyscy krytycy nachalnie i bezceremonialnie wiążą z moją biografią, zupełnie jej nie znając. Dlaczego nikomu nie przyjdzie do głowy, że to, o czym piszę jest wytworem moich pragnień i marzeń, bo przez wiele lat byłam kobietą w pewnym sensie niespełnioną? Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że 70-letni pisarz nie chce być wcale moim literackim guru, ale zamierza ze mną nawiązać romans, bo ja piszę ekscytujące opowiadania o związkach erotycznych i podobają mu się zarówno opowiadania, jak i ja sama - więc w czym mamy problem? Tymczasem problem polegał na tym, iż ja nigdy nie byłam żadną famme fatale, a co więcej, nigdy nie chciałam być. I nagle dostrzega mnie ktoś tylko wyłącznie dlatego, iż podobno piszę po męsku o seksie? A co to znaczy "po męsku"?
K.E.Z.: Jak więc pisać o kobiecości "po kobiecemu" i to w taki sposób, by z jednej strony nie popadać w przesadną, programową celebrację, a z drugiej nie ocierać się o wulgarność bądź ckliwość i słodycz?
M.F.: Ja kobiecość opisuję poprzez maski - raz staję się Katarzyną Wielką, innym razem Sydonią van Borck. Nakładam te maski po to, by mówić o odwiecznych tęsknotach i pragnieniach. Chcę w swoich książkach opowiedzieć o dzikiej kobiecie, która mieszka we wnętrzu każdej z nas i której pozwalamy bardzo często umrzeć. Swoje wiersze zawsze pisałam w konwencji nieco onirycznej - w taki sposób, by nie było do końca wiadomo, czy te wszystkie historie przydarzają się moim kobietom rzeczywiście, czy tylko we śnie. Moje maski brały się z mojego stłumienia.
K.E.Z.: Obecnie jest jednak pani kojarzona przede wszystkim jako popularna autorka książek dla młodzieży. Kolejna etykietka - czy nie zbyt ciasna?
M.F.: Chyba tak. Pamiętam, że kiedy przyklejono do mnie etykietkę "pisarki erotycznej" poczułam się "upupiona". Przyklejono mi bowiem "gębę" i gdziekolwiek się pojawiłam (mam na myśli środowiska literackie), słyszałam nieustannie: "Ach, to Marta Fox, ta od erotyków". Pomyślałam wówczas, że muszę uciec od tej "gęby" (choć przecież jak słusznie stwierdził Gombrowicz - od "gęby" uciec się nie da). Pamiętam, że moja 13-letnia wówczas córka Agata nie chciała w ogóle nic czytać i kiedy ją namawiałam do lektury kolejnych książek powiedziała mi: "Jak jesteś taka mądra mama, to napisz książkę, która by mi się podobała". I wtedy sobie pomyślałam: "dziecko moje kochane, toż ty matkę sprowadzasz na właściwą drogę. Mamusia Ci książkę napisze". I w takiej właśnie atmosferze powstała moja pierwsza książka dla młodzieży "Batoniki Always miękkie jak deszczówka", której narratorką była 13-letnia Agata oraz kolejna część przygód Agaty "Agaton-Gagaton: jak pięknie być sobą". To właśnie dzięki tej drugiej książce zostałam zauważona przez krytyków. Znajduje się bowiem w tej powieści rozdział pt. "Orgazm" - i jest to najbardziej niewinny na świecie fragment tej książki, z absolutnie "dydaktycznym smrodkiem", jak by powiedział Wańkowicz. Opowiadam w tym rozdziale o tym, jak 15-letnia Agata czyta babskie czasopisma, ogląda telewizję i zauważa, że wszystkie kobiety "o tym' mówią i do "tego" dążą. Teoretycznie, co to jest - to ona wie. Ale czyta na ten temat artykuł w "Twoim Stylu", wychodzi z psem na spacer, a tam napis na bloku: "Najlepszy orgazm jest w budce telefonicznej" - i w końcu postanawia dowiedzieć się, co to tak naprawdę jest. Idzie więc do babci i pyta się jej wprost: "Babciu, co jest w życiu najważniejsze i czy jest to orgazm"? A babcia najpierw nieco zmieszana, ale w końcu odpowiada jej: "Dziecko, najważniejsza w życiu jest miłość - bo miłość trwa całe życie, a orgazm tylko kilka sekund". I to jest puenta tego rozdziału, który wywołał ogromne emocje. Okazało się bowiem, że w książce dla młodzieży nie powinny padać takie słowa jak "orgazm", "ciąża", "dupa". Pamiętam też, że w jednej z gazet napisano wówczas, że "Marta Fox" to pseudonim znanego psychologa, który zajmuje się problemami młodzieży i że to właśnie on napisał tę książkę. Zabolało mnie to straszliwie.
Ja jako męski pseudonim? Czyżby kobieta i to w dodatku debiutantka nie mogła napisać takiej książki?
K.E.Z.: Czy była pani postrzegana jako pisząca dziwaczka, takie lokalne dziwadło?
M.F.: Zawsze czułam się dziwadłem i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ale pamiętam, że dopiero kiedy wyszłam z tradycyjnych ról, zrozumiałam jak tradycyjnie i stereotypowo dotychczas byłam postrzegana. Moja mama, która była dumna z tego, że jestem nauczycielką, gdy zrezygnowałam z pracy w szkole na rzecz pisania zapytała mnie: "Kim Ty córeczko teraz jesteś? Piszesz książki? I co, oni Ci za to płacą? Przecież Ty nie pracujesz, tylko siedzisz w domu, kto o Tobie słyszał?" Poza tym wciąż spotykałam i spotykam się z reakcjami: "Marta, to ta od książek dla grzecznych panienek" - i to również zaczęło mnie drażnić. Nie liczy się bowiem to, że piszę wiersze, felietony, książki o poezji. Jestem po prostu autorką czytadeł dla młodzieży. Zresztą coraz częściej myślę o tym, by od tej kolejnej "gęby" uciec. Tylko gdzie?
K.E.Z.: Wielokrotnie pani powtarzała: "Byłam i jestem poetką." Co to tak naprawdę oznacza?
M.F.: To oznacza, że w sposób poetycki spostrzegam świat, że patrząc na ten świat potrafię się zachwycić - na przykład ogromnym jak słońce, czerwonym księżycem, który jest nad naszą osiedlową kotłownią - i to dla mnie staje się mistycznym przeżyciem. Ostatnio w szok wprawiłam nastolatków siedzących przed naszym blokiem. Wyszłam na spacer z psem i patrzę: ósmy cud świata nad ta kotłownią! Więc zawołałam tych pijących piwo nastolatków i mówię im: chodźcie szybko, zobaczcie jaki księżyc jest nad tym kominem. I oni zamarli. I patrzyli.
K.E.Z.: A teraz pytanie, przed którym wiele rozmówczyń ucieka. Czy Marta Fox jest feministką?
M.F.: Mam absolutnie feministyczne poglądy, ale zupełnie nie czuje się działaczką, nie odczuwam potrzeby społecznej aktywności. Zawsze powtarzałam, że jestem samoswoja, samofinansująca się i to, że chciałam mieć dom, gotować obiady i opiekować się dziećmi - to był mój całkowicie świadomy wybór. Znakomicie czuję się bowiem w tradycyjnych, kobiecych obowiązkach. Przyłapuję się na przykład na tym, iż teraz pracując nad nową powieścią, myślę: "o Boże, ja już dwa tygodnie nie upiekłam szarlotki i mam niewyprasowane pranie". A przecież wiem, że to pranie wcale nie musi być wyprasowane, zauważ jednak, że czuję wewnętrzną niewygodę, ponieważ żeby być w pełni kobietą muszę tworzyć całość: muszę napisać powieść i upiec szarlotkę, wydać książkę i wyprasować pranie. I chciałabym być jeszcze zadbana i atrakcyjna, prawdziwa i łagodna, czuła dla swoich bliskich.
K.E.Z.: Często przywołuje pani słowa: "Z rzeczy świata tego/ zostaną tylko dwie/ dwie tylko: poezja/ i dobroć... więcej nic." Dlaczego poezja?
M.F.: Kiedy ktoś mi opowiada o swoich problemach, które wydają mu się nie do rozwiązania, wówczas pytam: "no dobrze, ale jak to się ma do wieczności"? I w takich momentach zawsze chcę powiedzieć: "słuchaj Norwid napisał tak, a Miłosz tak, a tak Szymborska". Myślę bowiem, że poezja ocala, próbuje nam to wszystko, co dzieje się wokół nas, wytłumaczyć, daje odpowiedzi. Pamiętam swój pierwszy kontakt z poezją: miałam 15 lat i byłam śmiertelnie zakochana w koledze ze szkolnej ławki. Miałam pierwszą w swoim życiu pomadkę - perłową, firmy "Celia" i gdy wychodziłam z domu, w ukryciu - przed mamą, pospiesznie malowałam dla niego usta. Poszłam kiedyś do biblioteki, chodziłam, dotykałam książek, moja dusza wrzała, szukałam czegoś, nie wiedząc czego. Wzięłam wówczas do ręki pierwszą z brzegu książkę, otworzyłam ją i czytam: "Odkąd Cię poznałam, noszę szminkę w kieszeni". Serce mi wówczas zamarło. Stałam w bibliotece, z tą perłową szminką w kieszeni i pytam bibliotekarki: kto to napisał? Halina Poświatowska. A kim ona jest? Poetką, ona już nie żyje - powiedziała bibliotekarka. A ja wówczas myślałam: skoro ona nie żyje, to skąd ona to wie? Skąd ona mnie zna? I odtąd wszystkim swoim uczniom - narzekającym na to, iż nie rozumieją i nie lubią poezji - zawsze powtarzałam: "Nie znaleźliście jeszcze swojego wiersza. Każdy z nas ma gdzieś swój wiers"z.
K.E.Z.: Dziękuje za rozmowę.
Tekst został opublikowany w "Kulturze", czerwiec/ lipiec 2004.
Marta Fox - poetka, powieściopisarka, felietonistka. Laureatka Polskiej Sekcji IBBY (International Board on Books for Young People). Autorka m.in. trzech tomików poetyckich: "Chcę być chłopcem jak mój ojciec", "Dotknij mnie tak dawno nie miałem kobiety", "Kochać", zbioru felietonów "Listy spod kapelusza", powieści "Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza" oraz popularnych książek dla młodzieży: "Magda.doc.", "Paulina.doc", "Romeo zjawi się potem", "Niebo z widokiem na niebo". Jej najnowsza książka nosi tytuł: "Coraz mniej milczenia. Ofiary dzieciństwa". Marta Fox zamieściła w prasie ogłoszenie: "Jeżeli uważasz, ze jedyną dobrą stroną twojego dzieciństwa jest to, że minęło - opowiedz mi swoją historię". I to właśnie na podstawie nadesłanych opowieści powstała książka z pogranicza reportażu, wywiadu i powieści, opowiadająca o ludziach zniewolonych przez swoje dzieciństwo.
|
|