Plastyka - noty

Marzena Nowak - młoda artystka z pracowni prof. Leona Tarasewicza prezentuje swoje prace w prestiżowej warszawskiej galerii Foksal.

WYKROJE

Nowak wpisała się znakomicie swoją wystawą w ideę galerii jako miejsca, którego jak pisał Mariusz Tchorek "nie można rozpoznać po jego zewnętrznym wyglądzie", powołanego przez artystę jako wynik "bezkarnej decyzji". Artystka opisała swoimi pracami przestrzeń tak, jak opisuje się swój najdroższy pokój dziecięcy, nawet ten zupełnie wyimaginowany - bez niepotrzebnego odnoszenia się do rzeczywistości zastanej. Malowanie obrazów, a dokładnie tkanie ich przy pomocą kalki i starych wykrojów, zostaje sprowadzone do prozaicznej czynności fizycznej. Ćwierć wieku wcześniej Andrzej Szewczyk - artysta związany mocno z galerią Foksal, tworzył obrazy używając zwykłego wałka do malowania ścian. Następowało w ten sposób ujednolicenie obrazu i ściany, niezwykła forma artystycznej mimikry ("malarstwo obrazu jest tożsame z malarstwem ściany"). Obrazy Marzeny Nowak są tożsame z ich źródłem - pozostają wykrojami, wciąż można na ich podstawie uszyć ubranie (choć nie trudno byłoby pogubić się w tej plątaninie), stają się jednak jednocześnie zaproszeniem do metafizycznym eskapad. Marzena Nowak starając się ująć w słowa tą wewnętrzną potrzebę powielania krawieckich linii na płótnie tłumaczyła: "dla mnie już chyba na zawsze te wykroje pozostaną konstelacjami gwiazd, trójwymiarowymi mapami, liniami papilarnymi, wszechświatem." W nowych pracach Marzeny Nowak, będących filmami video, pojawiają się delikatne ruchome sekwencje nawiązujące do zmysłowego postrzegania rzeczywistości. To przesunięcia w dziedzinie postrzegania, sensorycznego odbioru, cielesnej mimikry. Bardzo minimalistyczne, prawie abstrakcyjne, utkane z delikatnych metafor, złudzeń optycznych i skojarzeń. Palce udają rzęsy i dłonie biją niestrudzenie o tafle wody, pozbawione korekcyjnych soczewek oczy tracą ostrość widzenia. Ta wystawa to spektakularny sukces dziewczęcej artystycznej delikatności i wrażliwości.
Sebastian Cichocki

Marzena Nowak. "Wykroje". Galeria Foksal 18 lutego - 14 marca 2003.


"Wianek cierniowy i róża" - wystawa prac Anny Baumgart i Aleksandry Polisiewicz w Galerii XX1 - pokazuje jak niebezpiecznie być kobietą.


CIERNIE I RÓŻE

Nie dajmy się zwieść różom, to wianek cierniowy jest przewodnim motywem wystawy, na której pokazano prace Anny Baumgart i Aleksandry Polisiewicz. Wątki feministyczne splatają się w nich z martyrologicznymi, tworząc mieszankę tyleż niebezpieczną, co podatną rozmaitym genderowym analizom. Zwłaszcza w przypadku prac Baumgart drażnić może natrętna, momentami wręcz ilustracyjna zależność od pism Luce Irigaray. Ale czy można się jej ustrzec pokazując kobiece bycie "ciało w ciało z matką", zawiłą miłość między córkami i matkami, tym trudniejszą, że wprzęgniętą w sieć stereotypowych wyobrażeń powielanych czy wręcz generowanych przez mass media?

Zapewne tak, ale nie to było celem Baumgart. Artystka starała się pokazać grę pozorów, w jaką uwikłane są relacje między matką a córką. Za uśmiechniętymi portretami bliźniaczo podobnych do siebie kobiet: matek i córek, wykształconych, zadowolonych z życia, kryją się stygmaty męczeństwa. Emblematy cierpienia, które przypominają, że we współczesnej kulturze związek matki i córki oparty jest na wzajemnej rywalizacji. Wszak młodość - jak przekonują sentencje z kolorowych magazynów dla pań - jest obowiązkiem matki, podobnie jak zapewnienie córce fajnego ojca. Matki upodabniają się do córek, próbują je naśladować, wyglądać równie młodo i atrakcyjnie jak one.

Na tym jednak nie koniec, Baumgart pyta też o to, co córka dostała od matki, co sama przekaże swoim dzieciom. Rzeźba umieszczona w oknie galerii, znana już z wystawy w Zamku Ujazdowskim sugeruje, że są to marzenia o byciu - choćby przez chwilę - księżniczką, o wyczekiwaniu upragnionego księcia z bajki. Jednak bose stopy obu kobiet: matki i córki, naznaczone są stygmatami. Ceremonia ślubna staje się tożsama z ukrzyżowaniem, a wianek panny młodej kojarzyć się może z cierniową koroną. To, co zdawałoby się reklamą najnowszej kolekcji sukien ślubnych, okazuje się odnosić do przekazywanego z pokolenia na pokolenie brzemienia kobiecości. Nie ma znaczenia jaka jest zawodowa czy społeczna pozycja kobiety, ta, jak sądzi Luce Irigaray, zawsze czuje się winna, zarówno wtedy, gdy poświęca się wychowaniu dzieci, że się nie realizuje zawodowo, gdy pracuje i nie może poświęcić im dostatecznie dużo czasu, czy wreszcie, gdy owych dzieci nie posiada. Cóż pozostaje? Zanim któraś z zdesperowanych pań zdecyduje się zmienić płeć, przypominam, że mężczyznom też zdarza się posiadanie potomstwa, a ich wzajemne relacje z synami (o czym można się przekonać zaglądając choćby do dzieł Freuda) bywają równie trudne i zawikłane.

Również druga część wystawy pokazuje kobiecość w kontekście cierpienia. Z pozoru niewinne motywy kwiatowe, które pojawiają się w pracach Aleksandry Polisiewicz, nawiązują do zapisanej w "Dziennikach" Zofii Nałkowskiej wzmianki o "niezwykłych różańcach, robionych z wysuszonych czubków piersi Ormianek, pomordowanych przez Turków w czasie słynnych masakrów". One właśnie, utworzone z sutków, czerwone róże męczeństwa stają się odpowiednikiem 99 pereł muzułmańskiego różańca symbolizującym poszczególne "piękne imiona" Allaha. Ale "Rosarium" nie tylko upamiętnia ofiary nietolerancji religijnej, czy przemocy stosowanej wobec kobiet, lecz również osobistą pamięć artystki o jej bliskich. Róże umieszczone są na tle popiołów drogiej jej osoby, z nich też usypany jest kobierzec, na którym spoczywa różaniec. Bo różany ogród, choć można "odczytywać" go w kontekście uprzedmiotowienia kobiet w krajach muzułmańskich, jest przede wszystkim ogrodem pamięci, a każdy z różanych paciorków modlitwą za tych, którzy odeszli.
Violetta Sajkiewicz

Anna Baumgart, Aleksandra Polisiewicz "Wianek cierniowy i róża". Galeria XX1, Warszawa, Al. Jana Pawła II 36. Październik - listopad 2002.

Najnowsza wystawa Tomasza Ciecierskiego w Galerii Foksal jest sprytnie zastawioną pułapką na widza.


TRAKTAT O MALOWANIU

Ciecierski po raz kolejny w swojej twórczości postawił pytanie o istotę malarstwa. Ale, uczynił to w sposób przewrotny. Ba, w pierwszej chwili można odnieść wrażenie, że zakpił ze swoich widzów, bowiem jedyny w pełni oryginalny obraz pokazany na wystawie zawiesił... w korytarzu. Dwa inne, podobnie jak on zestawione z jednego malowanego z rozmachem, wielobarwnego i kilku zharmonizowanych z nim barwą, monochromatycznych prostokątów umieścił w przestrzeni sali wystawowej. One właśnie kryją niespodziankę - pomiędzy elementami malowanymi olejem na płótnie skrywają się fotograficzne reprodukcje. W sali galerii zamiast obrazów znalazły się ich mechanicznie sporządzone kopie. Na tym jednak nie koniec, bowiem artysta nie tylko zrównał malarstwo z fotografią, nie tylko uzmysłowił nam, że zamiast oryginałów częściej oglądamy reprodukcje, ale też pokusił się o zadanie pytania o granice malarstwa.

Wystawa na Foksal jest opowieścią o malarstwie i jak każdy traktat poświęcony temu tematowi zawiera rozważania na temat technik, narzędzi i materiałów przydatnych przy wykonywaniu obrazów. Nie przypadkiem największą z pokazanych na ekspozycji prac jest "Malarstwo". Obraz złożony z kartek pochodzących z katalogu Boesnera, w którym znaleźć można wszystko, co potrzebne jest do malowania: wzorniki barw, różne rodzaje pędzli, szpachli, farb i pasteli, na które Ciecierski ponaklejał swoje miniaturowe i jakże niedoskonałe - jeśli porównać je z jakością kolorowego druku - prace. Jakby tego było mało, artysta tworzy własny wzornik barw, kompozycję złożoną z dziesiątków fotografii zlewu wypełnionego zabarwionym na różne kolory płynem, pozostałością po codziennym myciu pędzli. Nawet jeśli nie pamiętamy o wcześniejszych obrazach Ciecierskiego, wyobrażających nakrętki, w których rozrabiana była farba, metamalarskość tej pracy i, last but not least, jej walory estetyczne jednoznacznie wskazują, że jej autorowi chodzi o coś więcej niż intelektualną grę z widzem. Nie od dziś wiadomo, że głównym tematem malarstwa jest samo malarstwo, ale Ciecierskiemu marzy się stworzenie swego rodzaju summy malarskiej. Od lat zapisuje w swoich pracach poszczególne jej rozdziały, a jeden z nich - kto wie czy nie najważniejszy - zobaczyć można w Galerii Foksal.
Violetta Sajkiewicz

Tomasz Ciecierski "Malarstwo". Galeria Foksal. Październik - listopad 2002.

W Galerii Kordegarda obejrzeć można przygotowaną przez Jerzego Truszkowskiego wystawę prac i pamiątek po Andrzeju Partumie.


PERTUM W FORMALINIE

Andrzej Partum "Miłośnik życia Twórca samego siebie Dekonstruktor oraz ironista Poeta łamiący wszelkie utarte reguły Skandalista kpiący z funkcjonariuszy kultury i sztuki"

Padł ofiarą balsamistów, którzy za punkt honoru postawili sobie uwiecznienie jego dorobku artystycznego. Choć cel ten sam w sobie wydaje się ze wszech miar szczytny, realizacja, jak to zwykle bywa, pozostawia wiele do życzenia. Zorganizowana siedem miesięcy po śmierci artysty wystawa sugeruje bowiem, że sztuka Partuma po długim okresie bytu utajonego weszła wreszcie w obieg tyle, że nie artystyczny, lecz archiwalny. To, co oglądamy w Kordegardzie więcej ma wspólnego z graciarnią niż Partumiarnią. Na wystawie oprócz obrazów, manifestów, książek, afiszy i różnego rodzaju szpargałów dokumentujących działalność Biura Poezji znalazła się też, ustawiona na honorowym miejscu, na wprost wejścia na ekspozycję, gablotka z grudkami siarki. Nawet "Smród", jak się okazuje, poddaje się procesowi muzealizacji, ale estetyka rodem z bibliotecznych ekspozycji prezentujących dzieje "Mazurka Dąbrowskiego" czy pierwodruki dzieł Syrokomli, która być może dobrze służy celom dydaktycznym - choć i w to, pamiętając własne doświadczenia szkolne, śmiem wątpić - czyni niedźwiedzią przysługę legendzie o artyście. Czy takiej nieśmiertelności chciał Partum? Chyba nawet on nie był aż tak przewrotny, by marzyć o tym, by jego listy, notatki, rysunki i obrazy zakonserwowano w formalinie.
Violetta Sajkiewicz

"Andrzej Partum 1938-2002". Galeria Kordegarda. Warszawa, Krakowskie Przedmieście. 14 października - 10 listopada 2002.