KOGO ZAGARNIA VIOLETTA VILLAS? (EUGENIUSZ TKACZYSZYN-DYCKI: 'PRZESZŁOŚĆ ZAGARNIA SWOJE PIĘKNE DZIECI')
A
A
A
Wirowanie, kołowanie, niereferncjalny język, pułapki, potknięcia i poczucie humoru, przeszłość związana z teraźniejszością, żywioł anegdotyczny i swoista, nie zawsze uchwytna ironia – wszystko to, zapewne zgodnie z oczekiwaniami, znajdziemy w nowej książce poetyckiej Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego „Przeszłość zagarnia swoje piękne dzieci”.
PRZESZŁOŚĆ
Przeszłość, która pojawia się w tych wierszach, jest z jednej strony przestrzenią znaną osobom czytającym tę poezję, jednocześnie wciąż pozostaje niedostępna, zamknięta w formułach, w językowych grach, ulotna, jak słowa:
otóż mój umysł zakłada
że poezja (Jasiejo, Jasiunio,
i Jasieczko) jest gdzie
indziej odkąd porzuciłem
Wólkę Krowicką i wszystkie
przemyskie zakątki (w Wielkich
Oczach na pewno byłbym
u siebie) mój umysł boi się pustki (s.10)
Te powroty nie są jednak efektem nostalgii, czy nawet sposobem na lęk przed pustką, która, raczej bezskutecznie, jest tutaj zagadywana nadmiarem, który ostatecznie nie odsyła nas do niczego trwałego, rzeczywistego. Przeszłość nie kryje wielkich tajemnic, nie jest dla Dyckiego skarbnicą wiedzy, ostoją ludzkiej tożsamości. Bywa przyczyną zawieszenia, powraca, niczym niechciana zjawa: „nikt tutaj nie dba o przeszłość | choć to ona pozostaje | w każdym naszym wierszu | odkłada się w nim” (s. 26), ale to, że staje się przyczyną wyborów, kulturowych obrazów, że coś determinuje leży jedynie w naszym do niej stosunku, a nie w samej istocie tego, co minione.
Choć zdaje się przyklejać do wszystkiego i wszystkich, układać dla nas scenariusze, choć podmiot wciąż wspomina (i wypomina), to odnoszę wrażenie, że jej siła, nawet ta pozorna, ta, którą sami postanowiliśmy jej dać, jest w tym tomie zdecydowanie osłabiona, w porównaniu do książek poprzednich. Jakby dało się od niej nie tyle uwolnić, ile zignorować jej wpływ, nieco wyśmiać własne do niej przywiązanie. Tkaczyszyn-Dycki wyraźnie znalazł sposób na to, żeby nieco osłabić jej ekspansywną siłę. Jednocześnie nie można nie dostrzec, że jest t o sposób, który przypisany jest tylko tym tekstom takim sposobom opisywania/kreowania „językowego” obrazu świata. Nie da się tych metod powielić, zapożyczyć czy zuniwersalizować.
PRZESTRZEŃ
Choć wydawać by się mogło, że to czas będzie w tym tomie najważniejszy, zdecydowanie bardziej na naszą uwagę zasługuje pojawiająca się tutaj przestrzeń, głównie przestrzeń tekstu, przestrzeń, w (na) której tekst się materializuje, gdzie jest obecny:
otóż mój najlepszy nienapisany
wiersz jeden z wielu
chodzi za mną wszędzie tam
gdzie można dostać
po ryju i zaczyna się
mniej więcej tak
nie dam ci siebie w żadnej
postaci oprócz tekstu
chyba że znowu weźmiesz mnie
na stronę i pójdą w ruch
nie tylko pięści ale i piastunki
jak by powiedział Precio (s. 38)
Tkaczyszyn-Dycki jest wytrawnym językowym graczem i wciąż potrafi wprawić nas tym w zakłopotanie. Wykorzystuje znane i klasyczne chwyty, buduje wielopiętrowe złudzenia, które chcemy odruchowo wypełnić treścią czy interpretacyjnymi przyzwyczajeniami i właśnie wtedy, kiedy już mamy pomysł na to, jak skategoryzować daną formułę, jak dookreślić wybrany zabieg, wypełnić semantycznie poszczególne frazy, napotykamy przeszkodę – porządek zostaje odwrócony, sens ośmieszony, a czytelnik/czytelniczka pozostają z tekstem, który wymyka się takim przyporządkowaniom, a jednocześnie zmusza nas do poszukiwań, rozbudza wyobraźnię, a wystarczy się z tym tekstem jakoś zaprzyjaźnić (lub powadzić) zagłębić w samo brzmienie, dać się wciągnąć w labirynt przerzutni, pozostać w jego przestrzeni, wyzbywając się przymusu wychodzenia poza tekst.
Jakakolwiek przestrzeń, w jakimkolwiek wymiarze pojawia się w tym tomie – nie warto się do niej przyzwyczajać. Kolejne linijki przeniosą nas w zupełnie inny tekstowy świat, wszystko w te poezji staje się przekroczeniem i… oszustwem: „ wiersz psuje się od głowy zanim zdążysz | nacieszyć się jego przesłaniem | zanim zdążysz nacieszyć się sobą | wiersz puści cię z torbami” (s. 58) Dycki dekonstruuje więc osobę piszącą i osobę czytającą – dokonuje tego przy użyciu bardzo prostych chwytów i, bezlitosnej wręcz, ironii.
VIOLETTA VILLAS
„nie było mi do śmiechu | kiedy nazwał mnie | Violettą Villas poezji polskiej | ale przeżyłem i to” (s. 12) Jest coś niezwykle trafionego w tym porównaniu, które, kokieteryjnie wszak, przedstawione jest w cytowanym tekście jako ujma. Ekstrawagancja, talent, zaskoczenie, surrealność samej postaci, wykreowanej przecież na sceniczne potrzeby. Zestawienie, które sprawia wrażenia absolutnie nietrafionego, staje się coraz bardziej uzasadnione z każdym kolejnym nawiązaniem, na które możemy natknąć się w czasie, w którym „przeszłość zagarnia swoje piękne dzieci”. Figura gwiazdy piosenki popularnej staje się punktem odniesienia, kolejną językową potyczką, w którą wciąga się osoby czytające, zaczyna pełnić w tym tomie wyraźnie określoną funkcję – „wygarnął mi przyjaciel który okazał się | chooyem ale przełknąłem i to | nie nazywaj mnie również neobarokowym | poetą (nie nazywaj mnie Violettą || Villas poezji polskiej) bo przyszedłem | do was w sprawie Hrudnychy” (s. 27)
Gdyby w miejscu Villas pojawiło się inne dookreślenie, moglibyśmy uznać, że toczy się tutaj poważna debata, sprzeciw wobec dookreśleń, szufladkowania, absurd tego zestawienia wytrąca nam z rąk tego typu argumenty, jednocześnie wydaje się jedynym porównaniem, o jakie możemy się tutaj pokusić. Absurd jest bowiem, obok ironii, jedynym pewnikiem poetyckiego świata Tkaczyszyna-Dyckiego (wbrew temu, co sugeruje nam powtarzający się zestaw miejsc i osób), pewnikiem, który świetnie unaocznia nie tylko rządzące nami niejednokrotnie wyobrażenia, ale także pokazuje świat w jego prawdziwej wersji, składający się z kompozycji, układanek, obrazów, zestawianych ze sobą, niejednokrotnie niepasujących do siebie, elementów:
miałem trzy wścibskie
ciotki w Lisich Jamach
jedną całkiem przyszywaną
drugą nieco bardziej
prawdziwą która zawsze
chciała wiedzieć od dobrze
poinformowanej Pieścidupki
nie przemilczam owej ciotuchny
ponieważ nie każdy z nas
nadaje się do pokazania w wierszu (s. 39)
Można ulec w związku z tym wrażeniu, ze poeta walczy z elitaryzacją poezji, ale to kolejna pułapka. Wiersze Dyckiego były i pozostają hermetyczne. Nie są zabawą dla każdego, nie troszczą się ani o przekaz, ani o formę. Stają się pojedynczymi wydarzeniami, które możemy, w typowej dla nas potrzebie układania całościowych narracji, scalić i wypełnić, naddać znaczenie, dostrzec spójność. Nikt nam tego nie zabroni, możemy układać te mozaiki w nieskończone potencjalności poetyckich światów, ale tracimy wtedy z oczy prawdziwą frajdę wsłuchiwania się w melodię tych tekstów, emocji, które mogą w nas wzbudzić, zaskoczeń, które fundują nam nieustannie.
Jeśli szukacie pełni, a literatura ma być według Was źródłem rozrywki, ma objawiać przewidywalne prawdy, nie czytajcie nowego tomiku Tkaczyszyna-Dyckiego. Jeżeli chcecie stać się pięknymi dziećmi, które pożera wiersz, to tomik dla was.
PRZESZŁOŚĆ
Przeszłość, która pojawia się w tych wierszach, jest z jednej strony przestrzenią znaną osobom czytającym tę poezję, jednocześnie wciąż pozostaje niedostępna, zamknięta w formułach, w językowych grach, ulotna, jak słowa:
otóż mój umysł zakłada
że poezja (Jasiejo, Jasiunio,
i Jasieczko) jest gdzie
indziej odkąd porzuciłem
Wólkę Krowicką i wszystkie
przemyskie zakątki (w Wielkich
Oczach na pewno byłbym
u siebie) mój umysł boi się pustki (s.10)
Te powroty nie są jednak efektem nostalgii, czy nawet sposobem na lęk przed pustką, która, raczej bezskutecznie, jest tutaj zagadywana nadmiarem, który ostatecznie nie odsyła nas do niczego trwałego, rzeczywistego. Przeszłość nie kryje wielkich tajemnic, nie jest dla Dyckiego skarbnicą wiedzy, ostoją ludzkiej tożsamości. Bywa przyczyną zawieszenia, powraca, niczym niechciana zjawa: „nikt tutaj nie dba o przeszłość | choć to ona pozostaje | w każdym naszym wierszu | odkłada się w nim” (s. 26), ale to, że staje się przyczyną wyborów, kulturowych obrazów, że coś determinuje leży jedynie w naszym do niej stosunku, a nie w samej istocie tego, co minione.
Choć zdaje się przyklejać do wszystkiego i wszystkich, układać dla nas scenariusze, choć podmiot wciąż wspomina (i wypomina), to odnoszę wrażenie, że jej siła, nawet ta pozorna, ta, którą sami postanowiliśmy jej dać, jest w tym tomie zdecydowanie osłabiona, w porównaniu do książek poprzednich. Jakby dało się od niej nie tyle uwolnić, ile zignorować jej wpływ, nieco wyśmiać własne do niej przywiązanie. Tkaczyszyn-Dycki wyraźnie znalazł sposób na to, żeby nieco osłabić jej ekspansywną siłę. Jednocześnie nie można nie dostrzec, że jest t o sposób, który przypisany jest tylko tym tekstom takim sposobom opisywania/kreowania „językowego” obrazu świata. Nie da się tych metod powielić, zapożyczyć czy zuniwersalizować.
PRZESTRZEŃ
Choć wydawać by się mogło, że to czas będzie w tym tomie najważniejszy, zdecydowanie bardziej na naszą uwagę zasługuje pojawiająca się tutaj przestrzeń, głównie przestrzeń tekstu, przestrzeń, w (na) której tekst się materializuje, gdzie jest obecny:
otóż mój najlepszy nienapisany
wiersz jeden z wielu
chodzi za mną wszędzie tam
gdzie można dostać
po ryju i zaczyna się
mniej więcej tak
nie dam ci siebie w żadnej
postaci oprócz tekstu
chyba że znowu weźmiesz mnie
na stronę i pójdą w ruch
nie tylko pięści ale i piastunki
jak by powiedział Precio (s. 38)
Tkaczyszyn-Dycki jest wytrawnym językowym graczem i wciąż potrafi wprawić nas tym w zakłopotanie. Wykorzystuje znane i klasyczne chwyty, buduje wielopiętrowe złudzenia, które chcemy odruchowo wypełnić treścią czy interpretacyjnymi przyzwyczajeniami i właśnie wtedy, kiedy już mamy pomysł na to, jak skategoryzować daną formułę, jak dookreślić wybrany zabieg, wypełnić semantycznie poszczególne frazy, napotykamy przeszkodę – porządek zostaje odwrócony, sens ośmieszony, a czytelnik/czytelniczka pozostają z tekstem, który wymyka się takim przyporządkowaniom, a jednocześnie zmusza nas do poszukiwań, rozbudza wyobraźnię, a wystarczy się z tym tekstem jakoś zaprzyjaźnić (lub powadzić) zagłębić w samo brzmienie, dać się wciągnąć w labirynt przerzutni, pozostać w jego przestrzeni, wyzbywając się przymusu wychodzenia poza tekst.
Jakakolwiek przestrzeń, w jakimkolwiek wymiarze pojawia się w tym tomie – nie warto się do niej przyzwyczajać. Kolejne linijki przeniosą nas w zupełnie inny tekstowy świat, wszystko w te poezji staje się przekroczeniem i… oszustwem: „ wiersz psuje się od głowy zanim zdążysz | nacieszyć się jego przesłaniem | zanim zdążysz nacieszyć się sobą | wiersz puści cię z torbami” (s. 58) Dycki dekonstruuje więc osobę piszącą i osobę czytającą – dokonuje tego przy użyciu bardzo prostych chwytów i, bezlitosnej wręcz, ironii.
VIOLETTA VILLAS
„nie było mi do śmiechu | kiedy nazwał mnie | Violettą Villas poezji polskiej | ale przeżyłem i to” (s. 12) Jest coś niezwykle trafionego w tym porównaniu, które, kokieteryjnie wszak, przedstawione jest w cytowanym tekście jako ujma. Ekstrawagancja, talent, zaskoczenie, surrealność samej postaci, wykreowanej przecież na sceniczne potrzeby. Zestawienie, które sprawia wrażenia absolutnie nietrafionego, staje się coraz bardziej uzasadnione z każdym kolejnym nawiązaniem, na które możemy natknąć się w czasie, w którym „przeszłość zagarnia swoje piękne dzieci”. Figura gwiazdy piosenki popularnej staje się punktem odniesienia, kolejną językową potyczką, w którą wciąga się osoby czytające, zaczyna pełnić w tym tomie wyraźnie określoną funkcję – „wygarnął mi przyjaciel który okazał się | chooyem ale przełknąłem i to | nie nazywaj mnie również neobarokowym | poetą (nie nazywaj mnie Violettą || Villas poezji polskiej) bo przyszedłem | do was w sprawie Hrudnychy” (s. 27)
Gdyby w miejscu Villas pojawiło się inne dookreślenie, moglibyśmy uznać, że toczy się tutaj poważna debata, sprzeciw wobec dookreśleń, szufladkowania, absurd tego zestawienia wytrąca nam z rąk tego typu argumenty, jednocześnie wydaje się jedynym porównaniem, o jakie możemy się tutaj pokusić. Absurd jest bowiem, obok ironii, jedynym pewnikiem poetyckiego świata Tkaczyszyna-Dyckiego (wbrew temu, co sugeruje nam powtarzający się zestaw miejsc i osób), pewnikiem, który świetnie unaocznia nie tylko rządzące nami niejednokrotnie wyobrażenia, ale także pokazuje świat w jego prawdziwej wersji, składający się z kompozycji, układanek, obrazów, zestawianych ze sobą, niejednokrotnie niepasujących do siebie, elementów:
miałem trzy wścibskie
ciotki w Lisich Jamach
jedną całkiem przyszywaną
drugą nieco bardziej
prawdziwą która zawsze
chciała wiedzieć od dobrze
poinformowanej Pieścidupki
nie przemilczam owej ciotuchny
ponieważ nie każdy z nas
nadaje się do pokazania w wierszu (s. 39)
Można ulec w związku z tym wrażeniu, ze poeta walczy z elitaryzacją poezji, ale to kolejna pułapka. Wiersze Dyckiego były i pozostają hermetyczne. Nie są zabawą dla każdego, nie troszczą się ani o przekaz, ani o formę. Stają się pojedynczymi wydarzeniami, które możemy, w typowej dla nas potrzebie układania całościowych narracji, scalić i wypełnić, naddać znaczenie, dostrzec spójność. Nikt nam tego nie zabroni, możemy układać te mozaiki w nieskończone potencjalności poetyckich światów, ale tracimy wtedy z oczy prawdziwą frajdę wsłuchiwania się w melodię tych tekstów, emocji, które mogą w nas wzbudzić, zaskoczeń, które fundują nam nieustannie.
Jeśli szukacie pełni, a literatura ma być według Was źródłem rozrywki, ma objawiać przewidywalne prawdy, nie czytajcie nowego tomiku Tkaczyszyna-Dyckiego. Jeżeli chcecie stać się pięknymi dziećmi, które pożera wiersz, to tomik dla was.
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki: „Przeszłość zagarnia swoje piękne dzieci”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

