ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (511) / 2025

Maja Baczyńska,

GDY KORSARZ PRZYNOSI POKÓJ ('SIMON BOCCANEGRA', REŻ. AGNIESZKA SMOCZYŃSKA)

A A A
Simon Boccanegra” to niemal doskonały spektakl nie tylko dla tych, którzy kochają operę i muzykę Giuseppe Verdiego, ale także dla tych, którzy doceniają oryginalne przedsięwzięcia plastyczne i dobrą reżyserię. Tutaj obcujemy z synkretyzmem sztuk najwyższej próby, choć widowisku można również co nieco zarzucić. Niby dobrze zostają wkomponowane w całość multimedia (Natan Berkowicz) i muzyka towarzysząca (BAASCH), jak również efekty świetlne i dźwiękowe, a wszystko to razem rzeczywiście wspiera warstwę dramaturgiczną (za którą odpowiada z kolei Robert Bolesto). Sporną jednak pozostaje kwestia, na ile powinno się ingerować w dzieła nieżyjących kompozytorów i czy nie pożeniono tutaj trochę za dużo pomysłów naraz. Sekwencje o charakterze mistycznym wykorzystujące dźwięki elektroniki z pewnością bronią się w kontekście opowiadanej historii, ale czy pasują do świata Verdiego? Ot, dylemat estetyczny, z którym każdy musi się zmierzyć. 

Twórcy realizacji wystawionej w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie (premiera 14 lutego 2025) dokonali śmiałych wyborów. Jestem przekonana, że to już samo w sobie zasługuje na szacunek. Natomiast rzecz, która niepokoi, to środowiskowe dyskusje, jakoby koncepcja scenograficzna „Simona Boccanegry” (centralnym punktem jest słońce – źródło światła, nadziei, obiekt kultu, ale i źródło zagłady i następującego po niej odrodzenia) została potajemnie zapożyczona od pewnego moskiewskiego artysty – rzeczywiście, grafika cyfrowa „Słońce” z 2014 roku, którą stworzył Yuri Shwedoff, jest łudząco podobna do tego, co oglądamy przez prawie trzy godziny na scenie. Jednak jeśli potraktować to w charakterze inspiracji – a przecież te są szczególnie istotne zwłaszcza w pracy twórców filmowych – to fakt ten odrobinę przestaje razić. Autorką scenografii jest wprawdzie Katarzyna Borkowska, lecz autorką kostiumów Katarzyna Lewińska, a reżyserką całości Agnieszka Smoczyńska, laureatka Złotych Lwów za znakomity film „Silent Twins”, która „Simonem…” debiutuje w operze jako reżyserka. Notabene, podobnie jak i wspomniany wcześniej Robert Bolesto, z którym współpracowała już przy swoim krótkometrażowym debiucie filmowym w Wajda School – „Aria diva” (na podstawie opowiadania Olgi Tokarczuk „Ariadna na Naxos”) oraz przy pełnometrażowym debiucie fabularnym „Córki dancingu”. I choć efekty ich współpracy nieźle sprawdziły się w teatrze, to wierzę, że sam proces twórczy mógł być bliższy temu, który zwykle towarzyszy produkcjom filmowym. W filmie inspirujemy się niemal każdym skrawkiem rzeczywistości i rzadko w szerszych kręgach analizuje się pod tym kątem powstały obraz klatka po klatce. „Simon Boccanegra” Smoczyńskiej czerpie więc z najróżniejszych źródeł  – bo także z postapokaliptycznego nurtu kina, odważnie zderza sacrum z profanum, a wręcz nie boi się „religijnego eklektyzmu” (pomimo licznych odniesień do Kościoła i chrześcijaństwa, najwyższym bogiem jest Słońce). Co więcej, mamy tu neośredniowiecze daleko inspirowane „Diuną”, jak również sztuką Mirosława Bałki, Giotta, Da Vinciego, Rafaela czy Bacona. 

W książeczce programowej czytamy, że reżyserka w głównym bohaterze, wybranym na dożę korsarzu, upatruje nowego papieża (notabene, Verdi widział w nim władcę idealnego). Bardzo to symboliczne, przekaz znaczący. Momentami może podany zbyt wprost, jakby nadrabiając zawiłości libretta i usiłując jasno wskazać w wielości zapożyczeń, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. A przecież w teatrze pewne rzeczy mogą pozostać umowne, np. Simon wędrujący z kroplówką po scenie to już może trochę za dużo dla odbiorcy (i bez tej kroplówki rozumiemy, że umiera). I czy rzeczywiście jest to ze sobą spójne – współczesna kroplówka w futurystycznym świecie, do tego barokowa aria i skojarzenia ze św. Janem Pawłem II czy papieżem Franciszkiem? Myślę, że bez tych dopowiedzeń i nieco nachalnych analogii nadal byśmy rozumieli to, co najważniejsze – że nawet ten, kto ma coś na sumieniu, może ostatecznie zostać dobrym królem i że w chwili śmierci pewne słowa wybrzmiewają najpełniej. Opera to wszak przestrzeń do interpretacji muzycznej i aktorskiej dla solistów, chóru, orkiestry, tancerzy. Zwłaszcza, że „w czasach Verdiego soliści nie byli jedynie śpiewakami, ale również aktorami” – jak mówi dyrygent Fabio Biondi (współpraca z nim okazała się być dla Agnieszki Smoczyńskiej kluczową). Może gdyby odpowiedzialni za realizację bardziej zaufali tak Verdiemu, jak i odbiorcy, to po wyjściu z teatru nie towarzyszyłoby tym ostatnim poczucie pewnego nadmiaru (chociaż rozumiem ambicje, aby celebrować tutaj barok w każdy możliwy sposób). 

Podobne odczucie miałam zresztą po zapoznaniu się ze wspominaną już książeczką programową. Czy rzeczywiście bywalec opery musi być uświadamiany jak dziecko, jeśli chodzi o kryzys klimatyczny? I jak zdjęcia wykonane w Azji po trzęsieniu ziemi wywołanym tsunami w 2004 roku czy fotografie z akcji gaszenia pożarów w Kalifornii w 2003 roku mają się do tego, co oglądamy na scenie? Czy mają dopowiedzieć to, co nie do końca wynika z akcji scenicznej? Znów – może lepiej operować niedopowiedzeniami? Cóż, dopuszczam też możliwość, że nie każdy meloman to filozof, humanista, a tym bardziej aktywista czy ekolog, może zatem w dbałości o eko-edukację na każdym poziomie jest pewna słuszność. Jak zostało powiedziane, „Simon Boccanegra” to widowisko prawie doskonałe. A jednak uwiera mnie trochę to „prawie”.

Ale ostatecznie oprawa wizualna to „tylko” dopełnienie opery, warto przyjrzeć się warstwie muzycznej (w końcu dla muzyki Verdiego całe to przedsięwzięcie doszło do realizacji!). Opera „Simon Boccanegra” nie od zawsze cieszyła się uznaniem. Wiele lat czekała na niezbędne poprawki (pierwsza wersja została wykonana w 1857 roku w Wenecji, a druga w 1881 roku w Mediolanie), wymieniany już przeze mnie dyrygent Fabio Biondi (który, nomen omen, długo czekał na poprowadzenie polskiej orkiestry, a nie „tylko” występy gościnne ze swoim zespołem) uważa tę drugą wersję za wybitną. Autorem libretta jest Francesco Maria Pave. Nie jest ono proste, bo właśnie wielowątkowe, rozgrywające się na przestrzeni lat. Inspiracją, aczkolwiek daleką, była tu postać historyczna – w rzeczywistości Boccanegra pochodził z genueńskiej rodziny bogatych kupców, a jego rządy do spokojnych nie należały. Może dlatego hiszpański dramaturg Antonio Garcia Gutiérrez (1813–1884) uczynił go bohaterem swojej sztuki. 

Na deskach Teatru Wielkiego w Warszawie opowieść nabrała nowych barw dzięki znakomitym solistom (Sebastian Catana jako Simon Boccanegra, Gabriela Legun jako Amelia/Maria, jego córka, Rafał Siwek jako Jacopo Fiesco, Anthony Ciaramitaro jako Gabriele Adorno, Szymon Mechliński jako Paolo Albiani itd.), którzy zaśpiewali jak natchnieni. Dzięki nim udało się przeżyć coś niesamowitego – arie poruszały do głębi, humanitarny przekaz i nawoływanie do pokoju ponad podziałami stały się nam szczególnie bliskie, mimo całego skomplikowania dramatycznej, wizualnej i muzycznej materii. Tak, „Simon Boccanegra”, dzięki solistom w tym wydaniu okazał się mimo wszystko fascynujący i uniwersalny, jakimś cudem zachował klimat oryginału. Głosy i interpretacje rozświetliły wykreowany, post-apokaliptyczny świat pogrążony w klasowej wojnie, pomagały nie pogubić się w metaforach. „Mimo wszystko szukamy nadziei” – czytamy w wywiadzie wypowiedź reżyserki Agnieszki Smoczyńskiej – „...widzimy lilię – kwiat, który Amelia dostała od Gabriel'a i z którego lała się krew. Związana jest ona z symboliką Maryjną – lilia daje nowe życie po apokalipsie światu tkwiącemu w ciemnościach po wybuchu Słońca. Na pewno widzimy nadzieję w zdolności natury do odradzania się...” – tłumaczy. I dodaje: „Natura zawsze sobie radzi, nawet w Czarnobylu. U nas zresztą Słońce – symbol życia – wybucha, zmienia się w bombę, w źródło radioaktywnego skażenia przynoszącego śmierć naturze. Ale bez tego wybuchu nie odrodziłaby się lilia, stająca się źródłem nowego życia”. I z tym akurat trudno polemizować. Po spektaklu odnosimy wrażenie, że w dobie kryzysu klimatycznego, kryzysu migracyjnego, kryzysu dyplomacji, pewnego kryzysu wartości walka o wspólny dobrostan i pokój, ale i dialog pełen godności powinny być nadrzędnymi wartościami, jakimi się kierujemy. Dyrygent Fabio Biondi mówi wprost: „Simon zostawia świat trochę lepszym, niż był na początku”. Każdy z nas może postąpić podobnie. I oby to jedno zdanie zostało w nas po tej premierze, wśród wielu innych wrażeń, jakich dostarczyła i pomimo wszelkich kontrowersji.
Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie: 21 lutego 2025.