ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lipca 14 (518) / 2025

Kamila Czaja,

SZEPTY I ZGRZYTY (JĘDRZEJ PASIERSKI: 'BOGOWIE MAŁEGO MORZA')

A A A
Zdarzało mi się w recenzjach książek Jędrzeja Pasierskiego na łamach „artPAPIERu” pisać, że chciałabym go zobaczyć nie tylko jako twórcę śledztw Niny Warwiłow – zwłaszcza że „Wodnik” o Szczepanie Turskim dwa lata temu wypadł obiecująco. Cóż, chciałam nową serię, to mam. Po „Bogach małego morza”, kryminale otwierającym cykl o Leonie Szeptyckim, mam jednak również mieszane uczucia.

Leon, doświadczony policjant, po latach wraca do rodzinnej Sławy. Żona go zostawiła, córka wchodząca w wiek nastoletni potrzebuje namiastki stabilności, a miasteczko, w którym ojciec Szeptyckiego prowadzi podupadającą przystań o uroczej nazwie Szepty i Szumy, może zapewnić mniej chaotyczne życie. Tyle że pracy będzie miał śledczy więcej, niż przewidział. Gdy lokalny wędkarz znajdzie ciało, problemem stanie się nawet zidentyfikowanie denata – a to dopiero początek zagmatwanej drogi do prawdy. Zwłaszcza gdy teraźniejszość zacznie przeplatać się z przeszłością, zarówno osób zamieszanych w sprawę, jak i samego Leona. Zresztą im więcej tu przeszłości, tym ciekawiej, bo retrospekcje zawarte w przeplatających współczesną narrację fragmentach zatytułowanych „Trzej nurkowie”, grających wprost z opowieściami o Panu Samochodziku i o bohaterach „Chłopców z Placu Broni”, to jeden z mocniejszych elementów książki. Na pewno ciekawszy od potencjalnych romansów głównego bohatera i od jego refleksji o dzisiejszym świecie, tak sztywnych jak: „Pajdokracja miała swoje konsekwencje, a najpoważniejszą był ogólny brak szacunku młodych ludzi do dorosłych: własnych rodziców, rodziców innych dzieci, obcych ludzi na ulicy” (s. 164).

Drugi, po powiązaniach sprawy z przeszłością, atut „Bogów małego morza” stanowi miejsce akcji – „[m]ała miejscowość, a pełna tylu dziwnych tajemnic” (s. 159). Lokując śledztwo nad Jeziorem Sławskim, Pasierski przekonująco oddał klimat miejscowości turystycznej w dobie przemian, gdy stare biznesy wypierane są przez nowe, a to, co publiczne, przegrywa z tym, co prywatne (pojawia się choćby gorzka konstatacja: „(…) po co komu plaża nad jeziorem, skoro można mieć dom nad wodą…” [s. 57]). Ten kryminał to też wciągający portret małej społeczności, pełnej uwikłań i skłaniającej do konformizmu: „Szeptycki pomyślał, że jeszcze raz to usłyszy, a sam zacznie w to wierzyć. Ale to tylko dowód na to, jak ludzie bezmyślnie powtarzali słowa, aby się nie wyłamać ze społeczności” (s. 332). Śledztwo w Sławie rozwija się wprawdzie powoli, „Bogowie małego morza” potrzebują czasu, by się rozkręcić, ale z czasem skomplikowana sprawa może zainteresować, a finał sprawił, że wybaczyłam fabule sporo „przegadania” utrudniającego mi wcześniejsze godziny spędzone nad lekturą. A nawet uznałam, że przeczytam kolejny tom.

I nie jest to wcale decyzja oczywista. Na pewno podjęłam ją z mniejszym przekonaniem niż przy poprzednich książkach autora. Tak, często przy nich narzekałam, że styl pisania nie nadąża za pomysłami na postaci, miejsca i wydarzenia – jednak po pierwsze wydawało się, że jest coraz lepiej, a po drugie – jeszcze nigdy aż tak pewna warsztatowa nieporadność Pasierskiego nie wpłynęła na mój obiór całego tomu. Tymczasem odniosłam wrażenie, że konieczność otwarcia kolejnej serii sprawiła, że autor zrobił pod względem stylu krok lub nawet dwa wstecz, bo przy próbach zbudowania nowego bohatera w nowym miejscu wcześniejsze mankamenty języka przybrały na sile. Wydawnictwo (tę książkę opublikowało Wydawnictwo Literackie, nie Czarne) ewidentnie „nie docisnęło” nagradzanego pisarza wystarczająco na etapie redakcji i korekty. Nie chcę się tu nadmiernie „znęcać” nad autorem, którego twórczość przecież mimo zastrzeżeń lubię. Jednak sam zarzut rozwlekłości, sztywności czy nieporadności można by bez konkretów łatwo zbyć, więc jednak spróbuję pokazać, co się na problem składa.

Niestety już na początku miałam skojarzenie z przykładami, które w „Książkach najgorszych” Stanisława Barańczaka znaleźć można w recenzjach wyśmiewających powieść milicyjną – no bo czy zdanie: „Poła płaszcza inspektora momentalnie pokryła się wilgocią, ale Szeptycki nie zważał na to” (s. 11) nie brzmi tak, jakby wystarczyło zastąpić inspektora Szeptyckiego inspektorem Szczęsnym, by otrzymać cytat rodem z tamtych peerelowskich koszmarków? Później natomiast moją irytację stylem zwiększyły jeszcze nachalne parentezy („Szeptycki wyciągnął kajak na brzeg, zacumował go koło motorówki (tak zwanej katamarany) (…)” [s. 169]; „A Pełka (jak to policjantka) nie była zwykłą dziewczyną” [s. 196]; „Gospodarstwo (trzeba przyznać) prezentowało się fenomenalnie (…)” [s. 217]) oraz konwencja rodem z przewodnika turystycznego, choćby tu: „W każdej niewielkiej wsi mogły się znaleźć ruiny dworku, niewidniejące w żadnym spisie. Bogactwo zdumiewało, jakby lubuskie nie było w stanie nawet policzyć każdego pałacu – tyle ich było” (s. 193, a to zaledwie fragment dłuższego akapitu).

Nie poprawiają sytuacji scenki w założeniu żartobliwe. Jak ta, która wywołała moją konsternację, bo do teraz nie wiem, czy to miało być śmieszne: „Bez wstępnego powitania Maros oznajmił: / – No wreszcie przyszedłeś, Leonie. Jak nie góra do Mahometa, to Mahomet do góry. / – Stałeś się religijny? – zapytał Szeptycki (…). / – Ja… nie… / Konrad poczerwieniał. Burmistrz nad Wisłą nie powinien być wszakże wyznawcą islamu. / – Wcale – Maros raczej nie złapał żartu” (s. 150). Cóż, widocznie podobnie jak rozmówca Szeptyckiego nie złapałam żartu… W innym miejscu napotkałam na problem z ustaleniem sekwencji wiadomości tekstowych, bo gramatycznie wychodziło mi na to, że Marta odczytała własną wiadomość: „Sygnał telefonu. Otrzymał wiadomość od Marty Piekarz. Znowu. Po co, do diabła, odpisywała? Odczekał w nerwach pół godziny, bo widział, że ją odczytała” (s. 310). Są tu też – czy celowo? bo jeśli tak, to i tego żartu nie złapałam – „Rebelianci na Doppel Hearts” (s. 161), chociaż realny preparat nazywa się Doppelherz (swoją drogą, w wersji z „Hearts” nie miałoby sensu znane rymowane hasło reklamowe tej marki).

Dodałabym jeszcze, że ojciec Szeptyckiego – parokrotnie w książce wspominającego dzieciństwo w Sławie i mającego ponad czterdzieści lat – mówi: „Pojawiłem się tu w latach dziewięćdziesiątych”, na co syn pyta: „To co robiłeś na początku? Kiedy jeszcze mnie nie było?” (s. 262). Coś się tu nie zgadza – ale może to po prostu błąd zapisu i miało być „osiemdziesiątych” lub nawet dekadę wcześniej? Tyle że w ogóle lepiej się nie zagłębiać w obliczenia, bo z arytmetyki rozbitego małżeństwa i wieku córki Leona wychodzi mi, że ma on lat czterdzieści dwa, a Edzia, jego dawna sympatia, co wprost podano – trzydzieści osiem. Czyli gdy główny bohater wspomina ich erotyczną przygodę na Łące Miłości z czasów, gdy był osiemnastolatkiem, to wspomina seks z czternastolatką?

Prawdę mówiąc, niejedną kryminalną serię już porzuciłam za styl i niedociągnięcia w szczegółach, nawet jeśli fabuła i klimat w miarę mi odpowiadały. Jednak jest w twórczości Jędrzeja Pasierskiego najwyraźniej jakiś tajemniczy urok, skoro powyższe kilkuakapitowe narzekania nie doprowadziły mnie do konkluzji, że Sławę i Szeptyckiego sobie w przyszłości odpuszczę, nawet za cenę niepoznania zarysowanych tu już sekretów rodzinnych inspektora. Ale jeżeli w drugim tomie forma nie zacznie pomagać treści, zamiast jej szkodzić, to będę się musiała spod tego tajemniczego uroku uwolnić.
Jędrzej Pasierski: „Bogowie małego morza”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2025.