KOMIKSY NIE GĘSI? (ZIELONA GĘŚ)
A
A
A
Sięgając po komiksową adaptację „Teatrzyku Zielona Gęś” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, zaproponowaną przez Kasię Mazur, zakładałam, że będzie to jeden z tych tomów, które albo się w całości „kupuje”, albo – głównie na fali przywiązania do oryginału – globalnie odrzuca. Okazało się jednak, że moja lektura wypadła mniej jednoznacznie. Krążyłam bowiem między docenieniem stylu i pomysłu autorki a pytaniami o koszty zmiany medium i konkretnych twórczych decyzji scenarzystki i rysowniczki, znanej choćby z tomów „Zamaskowana” i „Do poprawki”.
To oczywiste, że musiało dojść do selekcji. Mazur, kierując się tym, które odcinki lubi najbardziej i które są dla niej zrozumiałe (zob. „»Teatrzyk Zielona Gęś« Gałczyńskiego…” 2025), swoją książkę zaczyna pierwszym („Potworny wujaszek”) i kończy ostatnim („Kaloryfery”) tekstem ze zbioru Gałczyńskiego, ale poza tym z długiej listy wybrała około 40 scen, czyli mniej więcej 1/4 całości. Ten subiektywny zestaw uważam za przekonujący, zgodny z celem przybliżenia „Zielonej Gęsi” publice dziś, czy po prostu – jak wynikałoby z pochodzącego z poezji Gałczyńskiego motta komiksu – starań, by „ocalić od zapomnienia” te absurdalne miniatury z lat 1946-1950 (warto wiedzieć, że poza wydaniami książkowymi czytać można je w skanach w internetowym archiwum „Przekroju”). Jasne, ze względu na priorytet współczesnej zrozumiałości odpadło sporo tekstów zanurzonych mocniej w polityce i historii tamtego czasu, nie jest też komiks mocno zanurzony w ówczesnym życiu literackim. Udało się jednak zmieścić różnorodne przykłady z oryginalnego zbioru. Z klasyków nie ma tu wprawdzie „Dymiącego piecyka”, ale dostajemy choćby „Pozytywnego górala”, „Żarłoczną Ewę” i „Kominek zgasł”. Znajdzie się coś biblijnego, coś miłosnego, coś peerelowskiego. Zachowano kluczowy dla „Teatrzyku…” absurdalny humor, stawiając w dużej mierze na jego uniwersalność.
Jeżeli coś uważam za spory koszt proponowanej przez Mazur adaptacji, to nie tyle selekcję, ile pozbawienie „Zielonej Gęsi” teatralności i metateatralności. Nie ma wstępów z zapowiedziami scen, w iluś przypadkach brak zamykających dany tekst monologów ze swoistym morałem (chociaż czasem się pojawiają, przy czym zamiast na przykład Osiołka Porfiriona deklamuje je w komiksowym kadrze sama Zielona Gęś). Co więcej, poza „zwykłym” opadnięciem na końcu tomu, znika jedna z moich ulubionych „bohaterek” oryginału: kurtyna. Tutaj nie „[z]apada w dół i w ekstazę” (Gałczyński 2009: 339), nie przeczytamy, że „ironicznie opada” (tamże, s. 240). Szkoda, bo chociaż rozumiem chęć zastąpienia środków scenicznych komiksowymi, to sporo istotnych elementów wizji Gałczyńskiego przez to wypadło. W efekcie mniej tu też, zapisanej na papierze, a potem przenoszonej na scenę (czy to w programach Olgi Lipińskiej, czy w występach Kabaretu Potem), umowności. Również makabryczność niektórych scen nie była dosłowna – tymczasem narysowana, nawet w kreskówkowym stylu Mazur, trochę taka się staje. Co innego przeczytać, że ktoś dusi kotka, co innego to „zobaczyć” („Potworny wujaszek”), a gdy w wersji pisanej „Człowiek z głową jak ogórek” w samobójczym odruchu w restauracji „przemienia się w mizerię” (tamże s. 231), to w komiksie scena niewiele ma wspólnego z mizerią – więcej z krwawymi plastrami ciała, trochę jak z rysunków Rolanda Topora.
Co jakiś czas specjalnie przypominałam sobie, że sporo zmian w stosunku do bliskiego mi oryginału to oczywisty efekt intermedialnej adaptacji – a feature, not a bug – więc pogodziłam się z tym, że chociaż Mazur pomysłowo rysuje zniknięcie postaci w „Hamlecie”, to nie pokaże, że bohaterowie nie tylko znikają – oni „na próbę przestają być” (tamże, s. 147). I z tym, że kiedy w świetnie oddanym wizualnie koncepcie ze „Śmierci w kawiarni”, gdy wbrew oczekiwaniom publiki ucho dorabia się nie filiżance, a klientowi, to tenże klient zostaje po prostu wyniesiony, bo trudno byłoby oddać frazę: „przenosi Gościa do wieczności” (tamże, s. 232). Zdarzały się jednak momenty, kiedy nie trafiały do mnie zmiany, które chyba nie wynikały wyłącznie z przyjęcia komiksowej formy. W „Miłości” brak odpowiedzi poety, który na zaprezentowaną przez medyczkę naukową definicję tytułowego uczucia w oryginale odpowiadał: „Dziękuję” (tamże, s. 152), co „podkręcało” absurd. Z kolei w „Szczęściu rodzinnym” nie tylko wycięto komentarz Porfiriona, ale też zmieniono wymowę finału: w oryginale piorun trafia całe domostwo i „całkowicie likwiduje problem cichego, apolitycznego ogniska domowego wieczorem” (tamże, s. 88), a nie tylko, jak wynikałoby z kadru, eliminuje bohatera, który ten piorun do trafienia wzywa.
Tyle adaptacyjnych „strat” (które zresztą będą stratami pewnie tylko dla przywiązanych do wersji pisanej i/lub scenicznej, podczas gdy dla osób poznających dzieło Gałczyńskiego do razu w komiksowej adaptacji nie będą wiązać się z poczuciem braku). Ale widzę i „zyski”. Te łatwo docenić, gdy przejdzie się z trybu porównywania w tryb przyglądania się tomowi Mazur niezależnie od oryginału. Fantastycznie oddano na przykład, narastająco irytujący, szum drzew w „Jodłach na gór szczycie”. Można parsknąć śmiechem w obliczu kadru z Adamem krzyczącym: „Daj ugryźć! Daj ugryźć!”. W scenie „Lew” świetnie narysowane zostało Społeczeństwo, w „Ostrożności” niedoprecyzowane „książki treści podniecającej” (tamże, s. 157) pomysłowo skonkretyzowano w „50 twarzy Greya”. Na szczególną uwagę zasługuje „Nie igra się z publicznością”, gdzie wprawdzie usunięto scenerię teatralną, ale zastąpiono ją tu wyrazistym wykorzystaniem możliwości komiksowego medium – przedstawiciel publiczności wchodzi bowiem zza kadru, przekraczając jego ramkę.
Mazur sprawdza się zarówno w adaptacji najkrótszych form (lakoniczna „Straszna rozmowa z duchem” zdecydowanie bawi), jak i w obszerniejszych narracjach, na czele z najdłuższymi „Kaloryferami”. Rysowniczka świetnie stosuje kolor – oczywiście przede wszystkim zielony, ale uzupełniony bordowym. I chociaż, jak wspomniałam, chwilami brakuje mi pewnej umowności oryginału, to i tak, jeśli już rysować absurd, to przecież nie w stylu realistycznym, a właśnie cartoonową, rozpoznawalną już kreską Mazur (niezwykle celnie określoną przez Julitę Pasikowską-Klicę, której styl Mazur trochę się kojarzy „z uproszczoną wersją animacji »Było sobie życie«” [Pasikowska-Klica 2025]).
Przede wszystkim udaje się w tej adaptacji zachować językową finezję Gałczyńskiego. Mimo formalnych przekształceń i drobnych cięć, Mazur wiernie cytuje jego tekst, a rozbicie monologu „Idioty” na kadry wręcz jeszcze podkreśla idiotyzm słownego wywodu. Oddanie tu ponadczasowości – dość marudnej, kłótliwej, nieraz nie za mądrej – „polskiej duszy” to zresztą ogromny atut komiksowej „Zielonej Gęsi”. Może mi brakować oryginalnego teatru, ale to nie znaczy, że nie doceniam tego, jak nieznośnie aktualnie brzmią/wyglądają u Mazur sceny portretujące narodowe przywary. Moimi faworytami są wspomniany „Idiota”, ale też mniej spektakularny, a skłaniający do refleksji „Deszcz”, gdy kierowca samochodu nie może wprawdzie pomóc moknącym rodakom, czekającym na autobus – ale może czekać i moknąć z nimi. I oczywiście „Dwóch Polaków”, czyli dialog, który nie zastarzał się wcale. Niestety.
Osobom przywiązanym do pisanej wersji Gałczyńskiego, mimo moich powyższych wątpliwości, polecam ten komiks. Po prostu jako inną formę obcowania z ukochanymi scenkami, ale też jako impuls do ogólniejszej refleksji o adaptacji z pisanego/odgrywanego na rysowane, bo jak na dłoni widać tu serię pytań i decyzji, z którymi mierzy się Mazur, przenosząc dzieło poety na plansze i kadry. Natomiast ktoś, kto nie zna jeszcze „Zielonej Gęsi” albo ma tylko mgliste szkolne wspomnienia, natomiast lubi komiksy, powinien bez „uprzedzeń” cieszyć się tymi historyjkami w ich obrazkowej zieloności, językowym absurdzie i niewygodnej prawdzie.
LITERATURA:
Gałczyński K.I.: „Teatrzyk Zielona Gęś”. Warszawa 2009.
Pasikowska-Klica J.: „Zielona Gęś – recenzja komiksu i nowej adaptacji kultowych tekstów”. 5.05.2025. https://bajkochlonka.pl/2025/05/05/zielona-ges-recenzja-komiksu-i-nowej-adaptacji-kultowych-tekstow/.
„»Teatrzyk Zielona Gęś« Gałczyńskiego w komiksie. Kasia Mazur sięga po klasykę”. 15.2025. https://www.polskieradio.pl/10/482/artykul/3510685,teatrzyk-zielona-ges-galczynskiego-w-komiksie-kasia-mazur-siega-po-klasyke.
To oczywiste, że musiało dojść do selekcji. Mazur, kierując się tym, które odcinki lubi najbardziej i które są dla niej zrozumiałe (zob. „»Teatrzyk Zielona Gęś« Gałczyńskiego…” 2025), swoją książkę zaczyna pierwszym („Potworny wujaszek”) i kończy ostatnim („Kaloryfery”) tekstem ze zbioru Gałczyńskiego, ale poza tym z długiej listy wybrała około 40 scen, czyli mniej więcej 1/4 całości. Ten subiektywny zestaw uważam za przekonujący, zgodny z celem przybliżenia „Zielonej Gęsi” publice dziś, czy po prostu – jak wynikałoby z pochodzącego z poezji Gałczyńskiego motta komiksu – starań, by „ocalić od zapomnienia” te absurdalne miniatury z lat 1946-1950 (warto wiedzieć, że poza wydaniami książkowymi czytać można je w skanach w internetowym archiwum „Przekroju”). Jasne, ze względu na priorytet współczesnej zrozumiałości odpadło sporo tekstów zanurzonych mocniej w polityce i historii tamtego czasu, nie jest też komiks mocno zanurzony w ówczesnym życiu literackim. Udało się jednak zmieścić różnorodne przykłady z oryginalnego zbioru. Z klasyków nie ma tu wprawdzie „Dymiącego piecyka”, ale dostajemy choćby „Pozytywnego górala”, „Żarłoczną Ewę” i „Kominek zgasł”. Znajdzie się coś biblijnego, coś miłosnego, coś peerelowskiego. Zachowano kluczowy dla „Teatrzyku…” absurdalny humor, stawiając w dużej mierze na jego uniwersalność.
Jeżeli coś uważam za spory koszt proponowanej przez Mazur adaptacji, to nie tyle selekcję, ile pozbawienie „Zielonej Gęsi” teatralności i metateatralności. Nie ma wstępów z zapowiedziami scen, w iluś przypadkach brak zamykających dany tekst monologów ze swoistym morałem (chociaż czasem się pojawiają, przy czym zamiast na przykład Osiołka Porfiriona deklamuje je w komiksowym kadrze sama Zielona Gęś). Co więcej, poza „zwykłym” opadnięciem na końcu tomu, znika jedna z moich ulubionych „bohaterek” oryginału: kurtyna. Tutaj nie „[z]apada w dół i w ekstazę” (Gałczyński 2009: 339), nie przeczytamy, że „ironicznie opada” (tamże, s. 240). Szkoda, bo chociaż rozumiem chęć zastąpienia środków scenicznych komiksowymi, to sporo istotnych elementów wizji Gałczyńskiego przez to wypadło. W efekcie mniej tu też, zapisanej na papierze, a potem przenoszonej na scenę (czy to w programach Olgi Lipińskiej, czy w występach Kabaretu Potem), umowności. Również makabryczność niektórych scen nie była dosłowna – tymczasem narysowana, nawet w kreskówkowym stylu Mazur, trochę taka się staje. Co innego przeczytać, że ktoś dusi kotka, co innego to „zobaczyć” („Potworny wujaszek”), a gdy w wersji pisanej „Człowiek z głową jak ogórek” w samobójczym odruchu w restauracji „przemienia się w mizerię” (tamże s. 231), to w komiksie scena niewiele ma wspólnego z mizerią – więcej z krwawymi plastrami ciała, trochę jak z rysunków Rolanda Topora.
Co jakiś czas specjalnie przypominałam sobie, że sporo zmian w stosunku do bliskiego mi oryginału to oczywisty efekt intermedialnej adaptacji – a feature, not a bug – więc pogodziłam się z tym, że chociaż Mazur pomysłowo rysuje zniknięcie postaci w „Hamlecie”, to nie pokaże, że bohaterowie nie tylko znikają – oni „na próbę przestają być” (tamże, s. 147). I z tym, że kiedy w świetnie oddanym wizualnie koncepcie ze „Śmierci w kawiarni”, gdy wbrew oczekiwaniom publiki ucho dorabia się nie filiżance, a klientowi, to tenże klient zostaje po prostu wyniesiony, bo trudno byłoby oddać frazę: „przenosi Gościa do wieczności” (tamże, s. 232). Zdarzały się jednak momenty, kiedy nie trafiały do mnie zmiany, które chyba nie wynikały wyłącznie z przyjęcia komiksowej formy. W „Miłości” brak odpowiedzi poety, który na zaprezentowaną przez medyczkę naukową definicję tytułowego uczucia w oryginale odpowiadał: „Dziękuję” (tamże, s. 152), co „podkręcało” absurd. Z kolei w „Szczęściu rodzinnym” nie tylko wycięto komentarz Porfiriona, ale też zmieniono wymowę finału: w oryginale piorun trafia całe domostwo i „całkowicie likwiduje problem cichego, apolitycznego ogniska domowego wieczorem” (tamże, s. 88), a nie tylko, jak wynikałoby z kadru, eliminuje bohatera, który ten piorun do trafienia wzywa.
Tyle adaptacyjnych „strat” (które zresztą będą stratami pewnie tylko dla przywiązanych do wersji pisanej i/lub scenicznej, podczas gdy dla osób poznających dzieło Gałczyńskiego do razu w komiksowej adaptacji nie będą wiązać się z poczuciem braku). Ale widzę i „zyski”. Te łatwo docenić, gdy przejdzie się z trybu porównywania w tryb przyglądania się tomowi Mazur niezależnie od oryginału. Fantastycznie oddano na przykład, narastająco irytujący, szum drzew w „Jodłach na gór szczycie”. Można parsknąć śmiechem w obliczu kadru z Adamem krzyczącym: „Daj ugryźć! Daj ugryźć!”. W scenie „Lew” świetnie narysowane zostało Społeczeństwo, w „Ostrożności” niedoprecyzowane „książki treści podniecającej” (tamże, s. 157) pomysłowo skonkretyzowano w „50 twarzy Greya”. Na szczególną uwagę zasługuje „Nie igra się z publicznością”, gdzie wprawdzie usunięto scenerię teatralną, ale zastąpiono ją tu wyrazistym wykorzystaniem możliwości komiksowego medium – przedstawiciel publiczności wchodzi bowiem zza kadru, przekraczając jego ramkę.
Mazur sprawdza się zarówno w adaptacji najkrótszych form (lakoniczna „Straszna rozmowa z duchem” zdecydowanie bawi), jak i w obszerniejszych narracjach, na czele z najdłuższymi „Kaloryferami”. Rysowniczka świetnie stosuje kolor – oczywiście przede wszystkim zielony, ale uzupełniony bordowym. I chociaż, jak wspomniałam, chwilami brakuje mi pewnej umowności oryginału, to i tak, jeśli już rysować absurd, to przecież nie w stylu realistycznym, a właśnie cartoonową, rozpoznawalną już kreską Mazur (niezwykle celnie określoną przez Julitę Pasikowską-Klicę, której styl Mazur trochę się kojarzy „z uproszczoną wersją animacji »Było sobie życie«” [Pasikowska-Klica 2025]).
Przede wszystkim udaje się w tej adaptacji zachować językową finezję Gałczyńskiego. Mimo formalnych przekształceń i drobnych cięć, Mazur wiernie cytuje jego tekst, a rozbicie monologu „Idioty” na kadry wręcz jeszcze podkreśla idiotyzm słownego wywodu. Oddanie tu ponadczasowości – dość marudnej, kłótliwej, nieraz nie za mądrej – „polskiej duszy” to zresztą ogromny atut komiksowej „Zielonej Gęsi”. Może mi brakować oryginalnego teatru, ale to nie znaczy, że nie doceniam tego, jak nieznośnie aktualnie brzmią/wyglądają u Mazur sceny portretujące narodowe przywary. Moimi faworytami są wspomniany „Idiota”, ale też mniej spektakularny, a skłaniający do refleksji „Deszcz”, gdy kierowca samochodu nie może wprawdzie pomóc moknącym rodakom, czekającym na autobus – ale może czekać i moknąć z nimi. I oczywiście „Dwóch Polaków”, czyli dialog, który nie zastarzał się wcale. Niestety.
Osobom przywiązanym do pisanej wersji Gałczyńskiego, mimo moich powyższych wątpliwości, polecam ten komiks. Po prostu jako inną formę obcowania z ukochanymi scenkami, ale też jako impuls do ogólniejszej refleksji o adaptacji z pisanego/odgrywanego na rysowane, bo jak na dłoni widać tu serię pytań i decyzji, z którymi mierzy się Mazur, przenosząc dzieło poety na plansze i kadry. Natomiast ktoś, kto nie zna jeszcze „Zielonej Gęsi” albo ma tylko mgliste szkolne wspomnienia, natomiast lubi komiksy, powinien bez „uprzedzeń” cieszyć się tymi historyjkami w ich obrazkowej zieloności, językowym absurdzie i niewygodnej prawdzie.
LITERATURA:
Gałczyński K.I.: „Teatrzyk Zielona Gęś”. Warszawa 2009.
Pasikowska-Klica J.: „Zielona Gęś – recenzja komiksu i nowej adaptacji kultowych tekstów”. 5.05.2025. https://bajkochlonka.pl/2025/05/05/zielona-ges-recenzja-komiksu-i-nowej-adaptacji-kultowych-tekstow/.
„»Teatrzyk Zielona Gęś« Gałczyńskiego w komiksie. Kasia Mazur sięga po klasykę”. 15.2025. https://www.polskieradio.pl/10/482/artykul/3510685,teatrzyk-zielona-ges-galczynskiego-w-komiksie-kasia-mazur-siega-po-klasyke.
Kasia Mazur: „Zielona Gęś”. timof comics. Warszawa 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |













ISSN 2658-1086

