ZWYKLI MĘŻCZYŹNI (MANON GARCIA: 'ŻYĆ Z MĘŻCZYZNAMI. REFLEKSJE WOKÓŁ SPRAWY GISELE PELICOT')
A
A
A
Do książki „Żyć z mężczyznami. Refleksje wokół sprawy Gisèle Pelicot” Manon Garcii (tłum. Krystyna Belaid) podchodziłam z dużą nieufnością. Nieufność ta brała się stąd, że duża część refleksji o tym, jak żyć i tworzyć związki z mężczyznami w warunkach patriarchatu, dałaby się streścić refrenem piosenki Edyty Bartosiewicz i Krzysztofa Krawczyka: „Trudno tak / Razem żyć nam ze sobą / Osobno nie jest lżej / Lecz trzeba nam / Trzeba dbać o tę miłość / Nie wolno stracić jej / Nam nie wolno stracić jej” („Trudno tak (razem być nam ze sobą)”, album „To, co w życiu ważne” Krzysztofa Krawczyka, 2004). A na refleksje tego rodzaju trudno odpowiedzieć czymś innym niż obszernym cytowaniem lub reprintem „SCUM manifesto” Valerie Solanas. Szczęśliwie Garcia potraktowała zarówno przedmiot swoich rozważań, jak i czytelniczki znacznie poważniej. Śledziła głośny (chociaż, mam wrażenie, w Polsce nieco cichszy) proces, jaki Gisèle Pelicot, ofiara wielokrotnych gwałtów, odurzana przez własnego męża, Dominique’a Pelicota, wytoczyła sprawcom. Następnie filozofka gruntownie przemyślała to, co widziała, ale także to, czego doświadczyła zarówno na sali sądowej, jak i poza nią. „Żyć z mężczyznami” to esej filozoficzny, prawniczy i socjologiczny poświęcony temu, jak można funkcjonować w świecie w poczuciu ciągłego zagrożenia, które jest udziałem kobiet.
Garcia wychodzi od wspólnotowego doświadczenia kobiet, które zbierały się codziennie przed salą sądową, ale też szerzej – wszystkich kobiet. Proces w Mazan nie odsłonił niczego, z czego kobiety nie zdawałyby sobie wcześniej sprawy lub o czym by nie mówiły i nie pisały – żyjemy w ciągłym poczuciu zagrożenia, a poczucie bezpieczeństwa w relacji z mężczyznami lub w ich obecności jest raczej lekkomyślnością niż luksusem. Zdaniem filozofki proces ten okazuje się przełomowy z innego powodu: „(…) tym, co czyni proces w Mazan wielkim procesem w sensie historycznym, jest paradoksalnie to, że kładzie on kres nadziei pokładanej wyłącznie w sądownictwie. Pokazuje on, że same procesy nigdy nie wystarczą; jeśli jednemu mężczyźnie żyjącemu w miasteczku takim jak Mazan udaje się nakłonić co najmniej siedemdziesięciu różnych mężczyzn mieszkających w promieniu pięćdziesięciu kilometrów od niego do przybycia do jego domu (…), to ilu mężczyzn we Francji jest gotowych zgwałcić nieprzytomną kobietę, gdy nadarzy się ku temu okazja? (…) Żaden system penitencjarny nie będzie wystarczająco rozbudowany, potężny ani skuteczny, aby mężczyźni zaprzestali gwałtów” (s. 12-13). Wiara w system nie stanowi odpowiedzi, usprawnianie i uszczelnianie systemu także nie. Problemem nie jest wykrywalność, konstrukcja prawa i adekwatność kary, a w każdym razie nie są to problemy główne. Prawo nie okazuje się odpowiedzią, kiedy mówimy nie o ekscesach jednostek, a całościowym systemie, w jakim żyjemy.
Trudno przy snuciu szerszych refleksji filozoficznych w oparciu o głośny proces uniknąć odniesień do „Eichmanna w Jerozolimie. Rzeczy o banalności zła” Hannah Arendt – i Garcia nie próbuje ich omijać. Niektóre akapity są uderzająco podobne, a cytat z Arendt służy jako motto do rozdziału „Zwyczajni mężczyźni”, który zaczyna się następująco: „Jednym z najbardziej przerażających aspektów procesu za gwałty w Mazan jest normalność oskarżonych. Są to mężczyźni w różnym wieku, wykonujący różne zawody, pochodzący z różnych środowisk. Nie łączy ich nic poza płcią. A co jeszcze bardziej przerażające, na pierwszy rzut oka nie są ani gorsi, ani lepsi od większości naszych współobywateli” (s. 53). To oczywiście prowadzi do wniosku, że wszyscy mężczyźni w niemalże równym stopniu są zdolni do zgwałcenia kobiety (przytomnej lub nie), na który jak na komendę reagują oburzeniem zarówno mężczyźni („not all men” oraz ci, którzy sami czują się raczej uciskani i dominowani niż uciskający i dominujący), jak i i sygnalistki dobrej kobiecości oraz zrównoważonego feminizmu, które są gotowe przyznać, że patriarchat istnieje, ale nie możemy w związku z tym wykluczać przecież relacji między kobietami i mężczyznami (tu ponownie można zanucić Krzysztofa Krawczyka i Edytę Bartosiewicz) czy przypisywać winy wszystkim mężczyznom bez wyjątku.
Jak jednak przytomnie zauważa Garcia, nie chodzi o to, że każdy mężczyzna (przecież większość jednak nie zgwałciła ani Gisèle Pelicot, ani nikogo innego) jest równie winny czy powinien poczuwać się do winy. Jak pisze, „(…) chodzi o to, by mężczyźni przeciwstawili się hegemonicznej męskości. (…) Domaganie się, aby mężczyźni odczuwali wstyd, nie oznacza wysyłania ich na feministyczny obóz resocjalizacyjny, lecz oczekiwanie, by poczuli się odpowiedzialni za tę męskość, która wszystkich przygniata. (…) Trzeba przestać się puszyć, nie szukać powodu do dumy w braku autorefleksji, w prawie do błędu i do przemocy, a zamiast tego zrozumieć, że ta właśnie męskość, duma, która ją kształtuje, są nierozerwalnie związane z gwałtem i porządkiem społecznym, którego nikt nie powinien pragnąć” (s. 87-88). Proces w Mazan nie jest jednak „procesem kultury gwałtu” czy „procesem hegemonicznej męskości”, nawet jeśli chcemy go tak postrzegać. Jest procesem kilkudziesięciu oskarżonych, odbywającym się według określonych ram i mającym rozstrzygnąć, czy oskarżeni popełnili wskazane czyny, a jeśli tak, to jaki wymiar kary przewidziany przez kodeks uznany zostanie za adekwatny. Szersze refleksje, także te prowadzone przez Garcię, są z konieczności wobec niego zewnętrzne. I trudniejsze do rozwiązania.
Garcia w „Żyć z mężczyznami” opisuje nie tylko sam proces w Mazan i związane z nim zagadnienia prawne, filozoficzne i społeczne. Proces jest przyczynkiem do refleksji o pojęciu zgody, hegemonicznej męskości, kulturze gwałtu, osobistych doświadczeniach autorki, zarówno dotyczących jej samej, zajmowanej przez nią pozycji klasowej, zawodowej i intelektualnej, jak i będących udziałem kobiet „w ogóle” (cokolwiek miałoby to znaczyć). Garcia pisze też o pornografizacji gwałtu, męskiej seksualności i tym, co dla niej oznacza, że zgwałcenie nieprzytomnej siedemdziesięciolatki było dla jednego z oskarżonych ekwiwalentem stosunku seksualnego w czasie, kiedy nie mógł uprawiać seksu z żoną (oraz co to oznacza dla kobiet sypiających z mężczyznami, „jak budować na tym polu ruin, jakim jest męska seksualność?” [s. 202]). Rozważa też pojęcie normy seksualnej oraz przygląda się relacjom między mężczyznami i związkom rodzinnym, przechodząc od socjologicznych analiz do zbliżeń na rodziny oskarżonych, którym często w sądzie towarzyszyły partnerki i matki. Zwraca przy tym uwagę na teatralizację procesu sądowego i napompowane ego przedstawicieli palestry. Jej opisy nie są wyłącznie suchym sprawozdaniem czy intelektualną refleksją – są barwne, ironiczne, niekiedy emocjonalne, gniewne, literacko dopracowane. I przerażające: „Zastanawiam się, jak możliwe jest uzyskanie wyroku skazującego za gwałt bez przyznania się oskarżonego, jeżeli w takich okolicznościach, pomimo nagrań wideo, mężczyzna może wyjść na wolność. Jeżeli w przypadku ofiary, która tak doskonale odpowiada oczekiwaniom, w przypadku procesu tak nagłośnionego przez media, kary są tak łaskawe, to naprawdę muszę bardzo uważać, moje córki muszą uważać, wszystkie musimy uważać” (s. 196).
Zamykający wstrząsającą całość rozdział „Trzeba by trochę kochać kobiety” jest odwróceniem motta zaczerpniętego z Marguerite Duras: „Trzeba bardzo kochać mężczyzn. Bardzo, ale to bardzo. Tak bardzo, aby móc ich pokochać. Bez tego wszystko na nic, są nie do wytrzymania” („La Vie matérielle”, 1987; cyt. za s. 6). Muszę przyznać, że to motto było jednym z powodów wspomnianej w pierwszym akapicie niniejszego tekstu nieufności wobec „Żyć z mężczyznami”. Garcia odbija jednak tę narrację – dla mężczyzn kobiety się nie liczą. Nieprzytomna, odurzona Gisèle Pelicot służy mężczyznom do nawiązywania relacji między sobą. Jest wyłącznie obiektem, uprzedmiotowiona, bierna, służąca jako naczynie pośredniczące. Kobieta jako absolutna Inna zawsze będzie przedmiotem: „(…) normy męskości i kobiecości nie pozwalają mężczyznom postrzegać kobiet jako podmiotu, istoty podobne do nich, które mogliby kochać i uznawać za takie. Mężczyźni rzadko mówią do kobiet, pozostają więźniami skonstruowanej społecznie niezdolności do refleksji nad sobą, do analizowania swoich emocji, do stawiania siebie na miejscu innych” (s. 207). Istnieją mężczyźni zdolni, oczywiście, do postrzegania kobiet jako podmiotów, a nawet do rozmowy z nimi i nawiązywania relacji. Rzadko jednak mają przy tym tyle przytomności, żeby nie ustawiać się w kolejce po order za tę rzadką i nader cenną umiejętność.
„Żyć z mężczyznami” Manon Garcii to głęboko przemyślany esej, który na niewielkiej tekstowej przestrzeni pomieścił naprawdę dużo: opis procesu w Mazan, refleksję nad prawem, męskością, kulturą gwałtu, osobistym doświadczeniem, granicami normy i normalności, istotą relacji między płciami. Do tego rozważania Garcii są osadzone w bieżącym kontekście społecznym i politycznym, nie stawiają łatwych pytań, nie dają prostych rozwiązań poza jednym – mężczyźni musieliby kochać kobiety. Nie jako obiekty, przedmioty, święte i k*rwy – jako podmioty. I może czas, żeby zajęli się tym sami.
Garcia wychodzi od wspólnotowego doświadczenia kobiet, które zbierały się codziennie przed salą sądową, ale też szerzej – wszystkich kobiet. Proces w Mazan nie odsłonił niczego, z czego kobiety nie zdawałyby sobie wcześniej sprawy lub o czym by nie mówiły i nie pisały – żyjemy w ciągłym poczuciu zagrożenia, a poczucie bezpieczeństwa w relacji z mężczyznami lub w ich obecności jest raczej lekkomyślnością niż luksusem. Zdaniem filozofki proces ten okazuje się przełomowy z innego powodu: „(…) tym, co czyni proces w Mazan wielkim procesem w sensie historycznym, jest paradoksalnie to, że kładzie on kres nadziei pokładanej wyłącznie w sądownictwie. Pokazuje on, że same procesy nigdy nie wystarczą; jeśli jednemu mężczyźnie żyjącemu w miasteczku takim jak Mazan udaje się nakłonić co najmniej siedemdziesięciu różnych mężczyzn mieszkających w promieniu pięćdziesięciu kilometrów od niego do przybycia do jego domu (…), to ilu mężczyzn we Francji jest gotowych zgwałcić nieprzytomną kobietę, gdy nadarzy się ku temu okazja? (…) Żaden system penitencjarny nie będzie wystarczająco rozbudowany, potężny ani skuteczny, aby mężczyźni zaprzestali gwałtów” (s. 12-13). Wiara w system nie stanowi odpowiedzi, usprawnianie i uszczelnianie systemu także nie. Problemem nie jest wykrywalność, konstrukcja prawa i adekwatność kary, a w każdym razie nie są to problemy główne. Prawo nie okazuje się odpowiedzią, kiedy mówimy nie o ekscesach jednostek, a całościowym systemie, w jakim żyjemy.
Trudno przy snuciu szerszych refleksji filozoficznych w oparciu o głośny proces uniknąć odniesień do „Eichmanna w Jerozolimie. Rzeczy o banalności zła” Hannah Arendt – i Garcia nie próbuje ich omijać. Niektóre akapity są uderzająco podobne, a cytat z Arendt służy jako motto do rozdziału „Zwyczajni mężczyźni”, który zaczyna się następująco: „Jednym z najbardziej przerażających aspektów procesu za gwałty w Mazan jest normalność oskarżonych. Są to mężczyźni w różnym wieku, wykonujący różne zawody, pochodzący z różnych środowisk. Nie łączy ich nic poza płcią. A co jeszcze bardziej przerażające, na pierwszy rzut oka nie są ani gorsi, ani lepsi od większości naszych współobywateli” (s. 53). To oczywiście prowadzi do wniosku, że wszyscy mężczyźni w niemalże równym stopniu są zdolni do zgwałcenia kobiety (przytomnej lub nie), na który jak na komendę reagują oburzeniem zarówno mężczyźni („not all men” oraz ci, którzy sami czują się raczej uciskani i dominowani niż uciskający i dominujący), jak i i sygnalistki dobrej kobiecości oraz zrównoważonego feminizmu, które są gotowe przyznać, że patriarchat istnieje, ale nie możemy w związku z tym wykluczać przecież relacji między kobietami i mężczyznami (tu ponownie można zanucić Krzysztofa Krawczyka i Edytę Bartosiewicz) czy przypisywać winy wszystkim mężczyznom bez wyjątku.
Jak jednak przytomnie zauważa Garcia, nie chodzi o to, że każdy mężczyzna (przecież większość jednak nie zgwałciła ani Gisèle Pelicot, ani nikogo innego) jest równie winny czy powinien poczuwać się do winy. Jak pisze, „(…) chodzi o to, by mężczyźni przeciwstawili się hegemonicznej męskości. (…) Domaganie się, aby mężczyźni odczuwali wstyd, nie oznacza wysyłania ich na feministyczny obóz resocjalizacyjny, lecz oczekiwanie, by poczuli się odpowiedzialni za tę męskość, która wszystkich przygniata. (…) Trzeba przestać się puszyć, nie szukać powodu do dumy w braku autorefleksji, w prawie do błędu i do przemocy, a zamiast tego zrozumieć, że ta właśnie męskość, duma, która ją kształtuje, są nierozerwalnie związane z gwałtem i porządkiem społecznym, którego nikt nie powinien pragnąć” (s. 87-88). Proces w Mazan nie jest jednak „procesem kultury gwałtu” czy „procesem hegemonicznej męskości”, nawet jeśli chcemy go tak postrzegać. Jest procesem kilkudziesięciu oskarżonych, odbywającym się według określonych ram i mającym rozstrzygnąć, czy oskarżeni popełnili wskazane czyny, a jeśli tak, to jaki wymiar kary przewidziany przez kodeks uznany zostanie za adekwatny. Szersze refleksje, także te prowadzone przez Garcię, są z konieczności wobec niego zewnętrzne. I trudniejsze do rozwiązania.
Garcia w „Żyć z mężczyznami” opisuje nie tylko sam proces w Mazan i związane z nim zagadnienia prawne, filozoficzne i społeczne. Proces jest przyczynkiem do refleksji o pojęciu zgody, hegemonicznej męskości, kulturze gwałtu, osobistych doświadczeniach autorki, zarówno dotyczących jej samej, zajmowanej przez nią pozycji klasowej, zawodowej i intelektualnej, jak i będących udziałem kobiet „w ogóle” (cokolwiek miałoby to znaczyć). Garcia pisze też o pornografizacji gwałtu, męskiej seksualności i tym, co dla niej oznacza, że zgwałcenie nieprzytomnej siedemdziesięciolatki było dla jednego z oskarżonych ekwiwalentem stosunku seksualnego w czasie, kiedy nie mógł uprawiać seksu z żoną (oraz co to oznacza dla kobiet sypiających z mężczyznami, „jak budować na tym polu ruin, jakim jest męska seksualność?” [s. 202]). Rozważa też pojęcie normy seksualnej oraz przygląda się relacjom między mężczyznami i związkom rodzinnym, przechodząc od socjologicznych analiz do zbliżeń na rodziny oskarżonych, którym często w sądzie towarzyszyły partnerki i matki. Zwraca przy tym uwagę na teatralizację procesu sądowego i napompowane ego przedstawicieli palestry. Jej opisy nie są wyłącznie suchym sprawozdaniem czy intelektualną refleksją – są barwne, ironiczne, niekiedy emocjonalne, gniewne, literacko dopracowane. I przerażające: „Zastanawiam się, jak możliwe jest uzyskanie wyroku skazującego za gwałt bez przyznania się oskarżonego, jeżeli w takich okolicznościach, pomimo nagrań wideo, mężczyzna może wyjść na wolność. Jeżeli w przypadku ofiary, która tak doskonale odpowiada oczekiwaniom, w przypadku procesu tak nagłośnionego przez media, kary są tak łaskawe, to naprawdę muszę bardzo uważać, moje córki muszą uważać, wszystkie musimy uważać” (s. 196).
Zamykający wstrząsającą całość rozdział „Trzeba by trochę kochać kobiety” jest odwróceniem motta zaczerpniętego z Marguerite Duras: „Trzeba bardzo kochać mężczyzn. Bardzo, ale to bardzo. Tak bardzo, aby móc ich pokochać. Bez tego wszystko na nic, są nie do wytrzymania” („La Vie matérielle”, 1987; cyt. za s. 6). Muszę przyznać, że to motto było jednym z powodów wspomnianej w pierwszym akapicie niniejszego tekstu nieufności wobec „Żyć z mężczyznami”. Garcia odbija jednak tę narrację – dla mężczyzn kobiety się nie liczą. Nieprzytomna, odurzona Gisèle Pelicot służy mężczyznom do nawiązywania relacji między sobą. Jest wyłącznie obiektem, uprzedmiotowiona, bierna, służąca jako naczynie pośredniczące. Kobieta jako absolutna Inna zawsze będzie przedmiotem: „(…) normy męskości i kobiecości nie pozwalają mężczyznom postrzegać kobiet jako podmiotu, istoty podobne do nich, które mogliby kochać i uznawać za takie. Mężczyźni rzadko mówią do kobiet, pozostają więźniami skonstruowanej społecznie niezdolności do refleksji nad sobą, do analizowania swoich emocji, do stawiania siebie na miejscu innych” (s. 207). Istnieją mężczyźni zdolni, oczywiście, do postrzegania kobiet jako podmiotów, a nawet do rozmowy z nimi i nawiązywania relacji. Rzadko jednak mają przy tym tyle przytomności, żeby nie ustawiać się w kolejce po order za tę rzadką i nader cenną umiejętność.
„Żyć z mężczyznami” Manon Garcii to głęboko przemyślany esej, który na niewielkiej tekstowej przestrzeni pomieścił naprawdę dużo: opis procesu w Mazan, refleksję nad prawem, męskością, kulturą gwałtu, osobistym doświadczeniem, granicami normy i normalności, istotą relacji między płciami. Do tego rozważania Garcii są osadzone w bieżącym kontekście społecznym i politycznym, nie stawiają łatwych pytań, nie dają prostych rozwiązań poza jednym – mężczyźni musieliby kochać kobiety. Nie jako obiekty, przedmioty, święte i k*rwy – jako podmioty. I może czas, żeby zajęli się tym sami.
Manon Garcia: „Żyć z mężczyznami. Refleksje wokół sprawy Gisèle Pelicot”. Przeł. Krystyna Belaid. Wydawnictwo słowo/obraz terytoria. Gdańsk 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

