Z WIRTUALNEJ RZECZYWISTOŚCI ('TRON: ARES')
A
A
A
W latach 80. dynamicznie rozwijał się rynek technologiczny, kolejne komputery osobiste, choć wciąż kosztowne, sprzedawały się już w milionach egzemplarzy. Mimo to na początku tej dekady (a co dopiero w połowie lat 70., kiedy rodził się pomysł na pierwszego „Trona”) kino nie miało jeszcze jasnej wizji tego, jak wyobrażać sobie „wnętrze sieci”. Dopiero w ostatnim dziesięcioleciu XX wieku filmy zaczęły porządkować to, jak „powinno się” wizualizować cyberprzestrzeń, opracowując różne strategie antropomorfizacji bitów – od szalonych, mniej udanych prób pokroju „Kosiarza umysłów” po „Ghost in the Shell”, który pozostawił swoje piętno na zapewne najbardziej wpływowej pod tym względem serii „Matrix”.
Steven Lisberger był pod wieloma względami prekursorem – podczas pracy nad „Tronem” na dekadę przed innymi filmowcami wyobraził sobie fabułę dziejącą się wewnątrz procesora. Efektem okazało się dzieło jedyne w swoim rodzaju: fascynujące, wizualnie niepowtarzalne, pełne pionierskiej animacji 3D, w którym świat bitów i programów zorganizowano na wzór starożytnego Rzymu. Jednak w historii kina „Tron” zapisał się raczej jako ciekawostka – dzieło otoczone skromnym kultem, ale z pewnością nie klasyk. Bo chociaż, gdy o nim myślę, jego kadry układają się w unikatowy moodboard – to podczas seansu szybko przypomnimy sobie, jak pod wieloma względami jest to niespełniony projekt.
Premiera filmu „Tron: Dziedzictwo” (pomimo kwestionowalnego sukcesu komercyjnego) wyznaczyła wiele trendów w Hollywood na kolejne lata – od mody na „soft rebooty” po szerokie wykorzystanie cyfrowego odmładzania aktorów. Joseph Kosinski przejmuje motywy z pierwowzoru, ale decyduje się na wykreowanie całkowicie nowego świata – staje się on nowoczesny, dostosowany do wyobrażeń o technologii widowni 2010 roku. Co najistotniejsze, Kosinski okazał się sprawniejszym rzemieślnikiem i choć scenariusz nie jest szczególnie oryginalny, rytm i prowadzenie uwagi widza od atrakcji do atrakcji sprawiają, że jego film ogląda się znacznie lepiej. No i odrabia nietypową lekcję jak na produkcję Disneya – pamiętajcie, dzieciaki: piractwo jest dobre!
Do trzech razy sztuka – więc docieramy do najnowszej próby stworzenia z „Trona” hitowej marki. Zła korporacja i dobra korporacja biorą udział w pościgu za magicznym kawałkiem kodu, ukrytym przez Kevina Flynna (Jeff Bridges) ponad czterdzieści lat temu. Ten, kto wygra ten wyścig, pojmie tajemnicę „trwałości” – będzie mógł przyzywać sieciowe byty do rzeczywistości na stałe, a nie jak dotąd na zaledwie 29 minut. Takiej fabuły jeszcze w tym świecie nie było! Niestety sztampa i prostota w scenariuszach „Trona” chyba są obowiązkowe, bo jeszcze dwa zdania i streściłbym cały film.
To, co łączy wszystkie trzy odsłony serii, to podbudowująca całość świetna muzyka. Najpierw odpowiadała za nią pionierka muzyki elektronicznej Wendy Carlos, potem słyszeliśmy duet Daft Punk, a teraz – Nine Inch Nails. Joachim Rønning (etatowy wyrobnik Disneya, odpowiedzialny m.in. za „Piratów z Karaibów: Zemstę Salazara” i „Czarownicę 2”) najwyraźniej zdaje sobie sprawę, że to jego jedyna mocna karta. Gdy reżyseruje poddające się muzyce teledyskowe sekwencje – film działa najlepiej. A jest ich szczęśliwie całkiem sporo!
Wszystkie pozostałe karty niestety są słabe. Jared Leto gra podtytułowy program Ares, który dzięki styczności z rzeczywistością zaczyna zyskiwać świadomość. Greta Lee to szefowa „dobrej” korporacji. Evan Peters z kolei gra szefa „złej” korporacji. Ona jest dobra, on jest zły, ona wykorzysta przełomowe odkrycia do wygenerowania szczepionki na raka, on zrobi czołg i to właściwie tyle.
Garrett Hedlund, który grał główną rolę w „Tronie: Dziedzictwie”, też był wyjątkowo nijaki, ale wtedy nie przeszkadzało to aż tak bardzo. Bo często pojawał się na ekranie z charyzmatycznym Jeffem Bridgesem – a czasem nawet z dwoma. I zawsze mogliśmy poprzyglądać się starannie zaplanowanej scenografii: sterylnej, szklano-plastikowej, oświetlonej przez naśladującej obwody ledowe linie obrysowujące większość elementów. Tych futurystycznych przestrzeni najbardziej brakuje „Aresowi”, który pomimo wysokiego budżetu zachowuje się jak robiona po kosztach produkcja braci Golan – zabiera nas do Center City (czyli ucharakteryzowanego Vancouver). Przeciętnemu pościgowi wiele by dodało, gdyby zamiast przejażdżki Hondą Civic pojawiły się w niej fantastyczne motocykle śmigające w przestrzeni, w której nie obowiązują prawa grawitacji. Ale z jakiegoś powodu oglądamy ludzi biegających po pustych parkingach…
Między poprzednimi odsłonami serii „Tron” dokonał się przeskok, którego najnowsza produkcja nie potrafiła – a może nie mogła – powtórzyć. Na ich przykładzie doskonale widać, jak rozwinęły się technologie cyfrowe, jak ewoluowało nasze wyobrażenie o wirtualnych rzeczywistościach, jak zmieniały się trendy w designie elektroniki użytkowej oraz jak przekształciła się percepcja firm technologicznych w kulturze popularnej.
Rønning pozostaje zachowawczy i nie ma do pokazania nic nowego. Wynika to zapewne też z tego, że jego produkcja – w odróżnieniu od poprzedników – jest retromańska. „Dziedzictwo” traktowało swojego poprzednika jedynie jako punkt wyjścia – korzystało z najciekawszych motywów, nie bało się wykrzywiać i modyfikować zastanych elementów. Nowe cyfrowe przestrzenie miały podobne DNA, lecz zostały zrealizowane w odświeżonym stylu.
„Ares” natomiast jest nostalgiczny wobec obu filmów – chętnie je cytuje, przywołując już zapomniane postacie i scenografie z pierwszego obrazu. Jedyną prawdziwą nowością wydaje się to, że już nam znajome zmaterializowane maszyny wojenne sieci tym razem sieją chaos również na kanadyjskich drogach.
A jednak mimo wszystko jest w tym dziwacznym cyklu coś, co do mnie trafia, i mam nadzieję, że za kilkanaście lat Disney ponownie zapomni, iż „Tron” absolutnie nikogo już nie obchodzi – i spróbuje po raz kolejny tchnąć życie w tę serię. Może tym razem nawet odważy się zaszaleć i uczyni z Trona głównego bohatera, by tytuł tej franczyzy wreszcie miał jakikolwiek sens. W obecnej odsłonie nikt już nawet nie wspomina o tym programie-gladiatorze – pozostał jedynie niezrozumiałym artefaktem w tytule. Może mijające lata i rozwój technologii zainspirują twórców do ponownego wizualnego zdefiniowania sieci.
Steven Lisberger był pod wieloma względami prekursorem – podczas pracy nad „Tronem” na dekadę przed innymi filmowcami wyobraził sobie fabułę dziejącą się wewnątrz procesora. Efektem okazało się dzieło jedyne w swoim rodzaju: fascynujące, wizualnie niepowtarzalne, pełne pionierskiej animacji 3D, w którym świat bitów i programów zorganizowano na wzór starożytnego Rzymu. Jednak w historii kina „Tron” zapisał się raczej jako ciekawostka – dzieło otoczone skromnym kultem, ale z pewnością nie klasyk. Bo chociaż, gdy o nim myślę, jego kadry układają się w unikatowy moodboard – to podczas seansu szybko przypomnimy sobie, jak pod wieloma względami jest to niespełniony projekt.
Premiera filmu „Tron: Dziedzictwo” (pomimo kwestionowalnego sukcesu komercyjnego) wyznaczyła wiele trendów w Hollywood na kolejne lata – od mody na „soft rebooty” po szerokie wykorzystanie cyfrowego odmładzania aktorów. Joseph Kosinski przejmuje motywy z pierwowzoru, ale decyduje się na wykreowanie całkowicie nowego świata – staje się on nowoczesny, dostosowany do wyobrażeń o technologii widowni 2010 roku. Co najistotniejsze, Kosinski okazał się sprawniejszym rzemieślnikiem i choć scenariusz nie jest szczególnie oryginalny, rytm i prowadzenie uwagi widza od atrakcji do atrakcji sprawiają, że jego film ogląda się znacznie lepiej. No i odrabia nietypową lekcję jak na produkcję Disneya – pamiętajcie, dzieciaki: piractwo jest dobre!
Do trzech razy sztuka – więc docieramy do najnowszej próby stworzenia z „Trona” hitowej marki. Zła korporacja i dobra korporacja biorą udział w pościgu za magicznym kawałkiem kodu, ukrytym przez Kevina Flynna (Jeff Bridges) ponad czterdzieści lat temu. Ten, kto wygra ten wyścig, pojmie tajemnicę „trwałości” – będzie mógł przyzywać sieciowe byty do rzeczywistości na stałe, a nie jak dotąd na zaledwie 29 minut. Takiej fabuły jeszcze w tym świecie nie było! Niestety sztampa i prostota w scenariuszach „Trona” chyba są obowiązkowe, bo jeszcze dwa zdania i streściłbym cały film.
To, co łączy wszystkie trzy odsłony serii, to podbudowująca całość świetna muzyka. Najpierw odpowiadała za nią pionierka muzyki elektronicznej Wendy Carlos, potem słyszeliśmy duet Daft Punk, a teraz – Nine Inch Nails. Joachim Rønning (etatowy wyrobnik Disneya, odpowiedzialny m.in. za „Piratów z Karaibów: Zemstę Salazara” i „Czarownicę 2”) najwyraźniej zdaje sobie sprawę, że to jego jedyna mocna karta. Gdy reżyseruje poddające się muzyce teledyskowe sekwencje – film działa najlepiej. A jest ich szczęśliwie całkiem sporo!
Wszystkie pozostałe karty niestety są słabe. Jared Leto gra podtytułowy program Ares, który dzięki styczności z rzeczywistością zaczyna zyskiwać świadomość. Greta Lee to szefowa „dobrej” korporacji. Evan Peters z kolei gra szefa „złej” korporacji. Ona jest dobra, on jest zły, ona wykorzysta przełomowe odkrycia do wygenerowania szczepionki na raka, on zrobi czołg i to właściwie tyle.
Garrett Hedlund, który grał główną rolę w „Tronie: Dziedzictwie”, też był wyjątkowo nijaki, ale wtedy nie przeszkadzało to aż tak bardzo. Bo często pojawał się na ekranie z charyzmatycznym Jeffem Bridgesem – a czasem nawet z dwoma. I zawsze mogliśmy poprzyglądać się starannie zaplanowanej scenografii: sterylnej, szklano-plastikowej, oświetlonej przez naśladującej obwody ledowe linie obrysowujące większość elementów. Tych futurystycznych przestrzeni najbardziej brakuje „Aresowi”, który pomimo wysokiego budżetu zachowuje się jak robiona po kosztach produkcja braci Golan – zabiera nas do Center City (czyli ucharakteryzowanego Vancouver). Przeciętnemu pościgowi wiele by dodało, gdyby zamiast przejażdżki Hondą Civic pojawiły się w niej fantastyczne motocykle śmigające w przestrzeni, w której nie obowiązują prawa grawitacji. Ale z jakiegoś powodu oglądamy ludzi biegających po pustych parkingach…
Między poprzednimi odsłonami serii „Tron” dokonał się przeskok, którego najnowsza produkcja nie potrafiła – a może nie mogła – powtórzyć. Na ich przykładzie doskonale widać, jak rozwinęły się technologie cyfrowe, jak ewoluowało nasze wyobrażenie o wirtualnych rzeczywistościach, jak zmieniały się trendy w designie elektroniki użytkowej oraz jak przekształciła się percepcja firm technologicznych w kulturze popularnej.
Rønning pozostaje zachowawczy i nie ma do pokazania nic nowego. Wynika to zapewne też z tego, że jego produkcja – w odróżnieniu od poprzedników – jest retromańska. „Dziedzictwo” traktowało swojego poprzednika jedynie jako punkt wyjścia – korzystało z najciekawszych motywów, nie bało się wykrzywiać i modyfikować zastanych elementów. Nowe cyfrowe przestrzenie miały podobne DNA, lecz zostały zrealizowane w odświeżonym stylu.
„Ares” natomiast jest nostalgiczny wobec obu filmów – chętnie je cytuje, przywołując już zapomniane postacie i scenografie z pierwszego obrazu. Jedyną prawdziwą nowością wydaje się to, że już nam znajome zmaterializowane maszyny wojenne sieci tym razem sieją chaos również na kanadyjskich drogach.
A jednak mimo wszystko jest w tym dziwacznym cyklu coś, co do mnie trafia, i mam nadzieję, że za kilkanaście lat Disney ponownie zapomni, iż „Tron” absolutnie nikogo już nie obchodzi – i spróbuje po raz kolejny tchnąć życie w tę serię. Może tym razem nawet odważy się zaszaleć i uczyni z Trona głównego bohatera, by tytuł tej franczyzy wreszcie miał jakikolwiek sens. W obecnej odsłonie nikt już nawet nie wspomina o tym programie-gladiatorze – pozostał jedynie niezrozumiałym artefaktem w tytule. Może mijające lata i rozwój technologii zainspirują twórców do ponownego wizualnego zdefiniowania sieci.
„Tron: Ares”. Reżyseria: Joachim Rønning. Scenariusz: Jesse Wigutow. Obsada: Jared Leto, Greta Lee, Evan Peters. Zdjęcia: Jeff Cronenweth. Muzyka: Nine Inch Nails. Stany Zjednoczone 2025, 119 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

