TARR W POLSCE. KRĄG SIĘ ZAMYKA
A
A
A
Jest lipiec 2025 roku – prawie pół roku przed śmiercią Béli Tarra. Podczas otwartej debaty na temat przyszłości Nowych Horyzontów z okazji dwudziestopięciolecia festiwalu wspominamy jego sanocko-cieszyńskie początki. Prowadzący debatę, Janusz Wróblewski, przywołuje wywiad, jaki w 2002 roku przeprowadził z Gusem Van Santem z okazji polskiej premiery „Gerry’ego” – pierwszego ogniwa „trylogii śmierci” (obok późniejszego „Słonia” i „Last Days”). W rozmowie twórca „Mojego własnego Idaho” nie kryje swych inspiracji kinem Tarra, zwłaszcza „Szatańskim tangiem”. Zaraz po zakończonym wywiadzie redaktor „Polityki” kontaktuje się z Romanem Gutkiem, odpowiedzialnym za szczęśliwe pojawienie się na ekranach radykalnego „Gerry’ego”, i opowiada o „jakimś Tarrze”. Twórca Nowych Horyzontów uświadamia go (co ze szczerością podkreśla prowadzący), że chodzi „o węgierskiego reżysera, twórcę absolutnie wyjątkowego, idealnie wpisującego się w nowohoryzontowe idee”. Po tej rozmowie i paru innych opublikowanych w prasie w okolicach ekranowego debiutu minimalistycznego slow cinema bodajże po raz pierwszy w Polsce szerzej pojawia się nazwisko Tarra. Zaledwie rok później, na rok przed czwartą edycją Nowych Horyzontów w 2004 roku, założyciel Gutek Film zapowiada kompletną retrospektywę.
Tarr przyjeżdża do Cieszyna w roku wydania polskiego przekładu powieści Lászla Krasznahorkaiego – literackiego pierwowzoru 7,5-godzinnego filmu (1994). Oglądamy jego dzieła w Kinie Piast, którego foyer, jak i sala kinowa, mogłyby stanowić plan zdjęciowy „Potępienia” – przełomowego tytułu jego twórczości. Tarr spotyka się z nowohoryzontową publicznością, jest otwarty, opowiada o pierwotnym zamyśle jednoczesnej premiery książki (1985) i filmu „Szatańskie tango”, do czego jednak z przyczyn politycznych i finansowych nie dochodzi. Premiera monumentalnego dzieła ma miejsce dopiero dziewięć lat później. Przegląd twórczości cieszy się rewelacyjnym przyjęciem i świetną frekwencją. Kończą go zjawiskowe „Harmonie Werckmeistera” (2000), które jednak nie doczekują się polskiej dystrybucji.
Na nowego Tarra czekamy trzy lata. W 2007 roku na Nowe Horyzonty, już wtedy drugi rok z rzędu we Wrocławiu, trafia „Człowiek z Londynu”. Na ekranie oglądamy m.in. Tildę Swinton i Erikę Bók, czyli Estike, „kocią dziewczynkę” z „Szatańskiego tanga”, tym razem o trzynaście lat starszą. Znów kapitalne przyjęcie, wszechobecny entuzjazm, świetne recenzje i… ponowny brak zainteresowania polską dystrybucją.
A jednak cztery lata później Tarr zaskakuje wszystkich. Realizuje arcydzielnego „Konia turyńskiego” (uhonorowanego na Berlinale 2011 Wielką Nagrodą Jury oraz Nagrodą krytyków FIPRESCI) i jednocześnie zapowiada koniec pracy reżyserskiej, bo, jak tłumaczy, w kinie powiedział już wszystko i chce uniknąć procesu powtarzania się. Szok, niedowierzanie i ogromny smutek. Pocieszeniem był fakt, że „Koń…” trafia do kin. Paradoksalnie pożegnalne dzieło Tarra jest jednocześnie pierwszym, któremu udaje się ta sztuka na polu polskiej dystrybucji.
W tym samym roku reżyser odwiedza Katowice, będąc specjalnym gościem pierwszej edycji Ars Independent Festival. Bierze udział w panelu „Żelazna wyspa. Kino na celowniku władzy”, zorganizowanym z okazji retrospektywy jego przyjaciela, Jafara Panahiego, rok wcześniej skazanego na dwudziestoletni zakaz pracy twórczej i aresztowanego przez służby irańskiego reżimu z powodu swojego politycznego zaangażowania. Z Tarrem rozmawiamy o wolności twórczej artystów, cenzurze, Panahim oraz Mohammadzie Rasoulofie (autora „Żelaznej wyspy”), także prześladowanym przez irański system.
Dwa lata później twórca ponownie przyjeżdża do Polski, tym razem pełniąc we Wrocławiu funkcję przewodniczącego jury Międzynarodowego Konkursu Nowe Horyzonty. Trafia na znakomicie zaprogramowaną sekcję, sprawiającą wrażenie skrojonej specjalnie pod niego (m.in. czterogodzinna „Błyskawica” Manueli Morgaine, znany z polskich ekranów „Nieznajomy nad jeziorem” Alaina Guiraudie czy tytuły mocno zakorzenione w nurcie slow cinema: „Noc” Leonarda Brzezickiego i „Lwy” Jazmín López). Béla Tarr ponownie szokuje. Grand Prix festiwalu przyznaje „Niebiańskim żonom Łąkowych Maryjczyków” Aleksieja Fedorchenki (dając mu jednocześnie zielone światło na debiut w kinach), zrealizowanym w formie stojącej w totalnej opozycji do nawet najbardziej konwencjonalnego tarrowskiego tytułu…
Pół roku przed pandemią, w październiku 2019 roku, wspaniałe tournée po polskich kinach rozpoczyna odrestaurowana cyfrowo wersja „Szatańskiego tanga” (z okazji dwudziestopięciolecia światowej premiery). Wyniki frekwencyjne są oszałamiające. Niestety, Covid-19 drastycznie wpływa na ogólnopolski obieg cyfrowej kopii. Nie brakuje jednak odważnych widzów, którzy w okienkach między kolejnymi lockdownami decydują się na oglądanie 7,5-godzinnego filmu w sanitarnym rygorze (z maseczkami).
Susan Sontag powiedziała kiedyś, że „Szatańskie tango” należy oglądać raz w roku, do końca życia. Niżej podpisany autor (rocznik 1978) obejrzał go do tej pory (oczywiście, w warunkach kinowych) w sumie piętnaście razy: dwa razy w 2004 roku, a kolejne trzynaście w okresie od 2019 do 2025 roku, m.in. w Katowicach, Krakowie, Wrocławiu, Żywcu, Warszawie, Gliwicach i Gdańsku, prawie zawsze z innej perspektywy: konkretnego bohatera, sytuacji, a nawet zwierzęcia, kilkakrotnie wygłaszając przed seansem słowo wstępne. Uważam go za najlepszy film wszech czasów, podpisując się pod słowami ogromnie ciężkiej wagi, które świeżo po seansie w krakowskim Kinie Pod Baranami napisał na prywatnym profilu facebookowym Piotr Kletowski: „»Szatańskie tango« oglądasz z zacięciem, a kiedy kończysz, to masz wrażenie, jakbyś przeżył życie. Tak mają tylko arcydzieła”. W ciągu siedmiu lat tytuł ten pojawił się aż sześciokrotnie w programie „Slow cinema, czyli pomału w Światowidzie” – cyklu prezentującym w sercu śląskiego arthouse’u dzieła mniej lub bardziej korespondujące z poetyką „kina powolnego”, którego „ojcem chrzestnym” jest właśnie Tarr.
„Wciąż wierzę w moc artystów. Tak samo jak wierzę w energię i wyobraźnię młodego pokolenia” – mówił. Tarr wychował całe pokolenie młodych reżyserów, nieoglądających się na obecne mody i trendy festiwalowo-dystrybucyjne, którzy pod okiem jego oraz m.in. Carlosa Reygadasa, Apichatponga Weerasethakula, Akiego Kaurismakiego, Tildy Swinton, Jima Jarmuscha, braci Quay czy wspomnianego na początku Gusa Van Santa ukończyli słynną sarajewską szkołę-laboratorium Film Factory Béli Tarra. Jej absolwentką jest m.in. Aleksandra Niemczyk, autorka zrealizowanej w 2016 roku pod patronatem tarrowskiej szkoły ciekawej „Baby Vangi”. Wiosną 2025 roku w katowickim Światowidzie mieliśmy okazję obejrzeć „Pod płomieniem świecy” Portugalczyka, André Gil Maty – jednego z jego uczniów – znanego szerzej bywalcom i bywalczyniom wrocławskiego festiwalu. Co ciekawe, nie trzeba być absolwentem prestiżowego trzyletniego studium doktoranckiego, by doczekać się etykiety „polskiego Béli Tarra”. Tak na MFF Nowe Horyzonty w 2022 roku, gdzie swoje pokazy miał zjawiskowy „Patho Film, Wolfelsgrund”, obwołano jego autora – wybitnego reżysera i operatora filmowego, pochodzącego z Mikołowa Adama Sikorę. Gdy ma się w pamięci również i poprzednie jego znakomite tytuły – „Powrót Giganta” czy „Wydalonego” – ten przydomek wydaje się w dużej mierze usprawiedliwiony. Niestety, ten wielki artysta ekranu skrajnie marginalizowany jest przez branżę filmową i środowisko odpowiedzialne za rozpowszechnianie polskiego kina (poza kilkoma wyjątkami). Powiedzmy sobie wprost: w Polsce ktoś taki jak Tarr zostałby potraktowany podobnie. W najlepszym przypadku podzieliłby los Lecha Majewskiego, też mocno ignorowanego za swoją bezkompromisowość, ale nie aż w tak kliniczny sposób, jak dzieje się od lat w przypadku Sikory.
Literacka Nagroda Nobla 2025 dla Krasznahorkaiego, wieloletniego przyjaciela Tarra i współtwórcy pięciu ostatnich jego filmów, nie tylko wysunęła węgierskiego pisarza z niszy, ale automatycznie spowodowała powrót wybranych filmów reżysera na ekrany kin w Europie, w tym w Polsce. Takie pokazy odbyły się w grudniu (lub są zaplanowane na kolejne miesiące) w Katowicach, Gliwicach, Wrocławiu, Łodzi i Warszawie. Wszystkie z datą po 6 stycznia 2026 roku nabiorą już innego znaczenia.
Ostatni rozdział książki i filmu „Szatańskie tango” nosi tytuł „Krąg się zamyka”. 6 stycznia tego roku krąg ostatecznie się zamknął. „Cesarz slow cinema” odszedł.
Fot. Pierwsza edycja Ars Independent Festival, 2011 rok, Katowice. Zdjęcie z profilu festiwalu.
Tarr przyjeżdża do Cieszyna w roku wydania polskiego przekładu powieści Lászla Krasznahorkaiego – literackiego pierwowzoru 7,5-godzinnego filmu (1994). Oglądamy jego dzieła w Kinie Piast, którego foyer, jak i sala kinowa, mogłyby stanowić plan zdjęciowy „Potępienia” – przełomowego tytułu jego twórczości. Tarr spotyka się z nowohoryzontową publicznością, jest otwarty, opowiada o pierwotnym zamyśle jednoczesnej premiery książki (1985) i filmu „Szatańskie tango”, do czego jednak z przyczyn politycznych i finansowych nie dochodzi. Premiera monumentalnego dzieła ma miejsce dopiero dziewięć lat później. Przegląd twórczości cieszy się rewelacyjnym przyjęciem i świetną frekwencją. Kończą go zjawiskowe „Harmonie Werckmeistera” (2000), które jednak nie doczekują się polskiej dystrybucji.
Na nowego Tarra czekamy trzy lata. W 2007 roku na Nowe Horyzonty, już wtedy drugi rok z rzędu we Wrocławiu, trafia „Człowiek z Londynu”. Na ekranie oglądamy m.in. Tildę Swinton i Erikę Bók, czyli Estike, „kocią dziewczynkę” z „Szatańskiego tanga”, tym razem o trzynaście lat starszą. Znów kapitalne przyjęcie, wszechobecny entuzjazm, świetne recenzje i… ponowny brak zainteresowania polską dystrybucją.
A jednak cztery lata później Tarr zaskakuje wszystkich. Realizuje arcydzielnego „Konia turyńskiego” (uhonorowanego na Berlinale 2011 Wielką Nagrodą Jury oraz Nagrodą krytyków FIPRESCI) i jednocześnie zapowiada koniec pracy reżyserskiej, bo, jak tłumaczy, w kinie powiedział już wszystko i chce uniknąć procesu powtarzania się. Szok, niedowierzanie i ogromny smutek. Pocieszeniem był fakt, że „Koń…” trafia do kin. Paradoksalnie pożegnalne dzieło Tarra jest jednocześnie pierwszym, któremu udaje się ta sztuka na polu polskiej dystrybucji.
W tym samym roku reżyser odwiedza Katowice, będąc specjalnym gościem pierwszej edycji Ars Independent Festival. Bierze udział w panelu „Żelazna wyspa. Kino na celowniku władzy”, zorganizowanym z okazji retrospektywy jego przyjaciela, Jafara Panahiego, rok wcześniej skazanego na dwudziestoletni zakaz pracy twórczej i aresztowanego przez służby irańskiego reżimu z powodu swojego politycznego zaangażowania. Z Tarrem rozmawiamy o wolności twórczej artystów, cenzurze, Panahim oraz Mohammadzie Rasoulofie (autora „Żelaznej wyspy”), także prześladowanym przez irański system.
Dwa lata później twórca ponownie przyjeżdża do Polski, tym razem pełniąc we Wrocławiu funkcję przewodniczącego jury Międzynarodowego Konkursu Nowe Horyzonty. Trafia na znakomicie zaprogramowaną sekcję, sprawiającą wrażenie skrojonej specjalnie pod niego (m.in. czterogodzinna „Błyskawica” Manueli Morgaine, znany z polskich ekranów „Nieznajomy nad jeziorem” Alaina Guiraudie czy tytuły mocno zakorzenione w nurcie slow cinema: „Noc” Leonarda Brzezickiego i „Lwy” Jazmín López). Béla Tarr ponownie szokuje. Grand Prix festiwalu przyznaje „Niebiańskim żonom Łąkowych Maryjczyków” Aleksieja Fedorchenki (dając mu jednocześnie zielone światło na debiut w kinach), zrealizowanym w formie stojącej w totalnej opozycji do nawet najbardziej konwencjonalnego tarrowskiego tytułu…
Pół roku przed pandemią, w październiku 2019 roku, wspaniałe tournée po polskich kinach rozpoczyna odrestaurowana cyfrowo wersja „Szatańskiego tanga” (z okazji dwudziestopięciolecia światowej premiery). Wyniki frekwencyjne są oszałamiające. Niestety, Covid-19 drastycznie wpływa na ogólnopolski obieg cyfrowej kopii. Nie brakuje jednak odważnych widzów, którzy w okienkach między kolejnymi lockdownami decydują się na oglądanie 7,5-godzinnego filmu w sanitarnym rygorze (z maseczkami).
Susan Sontag powiedziała kiedyś, że „Szatańskie tango” należy oglądać raz w roku, do końca życia. Niżej podpisany autor (rocznik 1978) obejrzał go do tej pory (oczywiście, w warunkach kinowych) w sumie piętnaście razy: dwa razy w 2004 roku, a kolejne trzynaście w okresie od 2019 do 2025 roku, m.in. w Katowicach, Krakowie, Wrocławiu, Żywcu, Warszawie, Gliwicach i Gdańsku, prawie zawsze z innej perspektywy: konkretnego bohatera, sytuacji, a nawet zwierzęcia, kilkakrotnie wygłaszając przed seansem słowo wstępne. Uważam go za najlepszy film wszech czasów, podpisując się pod słowami ogromnie ciężkiej wagi, które świeżo po seansie w krakowskim Kinie Pod Baranami napisał na prywatnym profilu facebookowym Piotr Kletowski: „»Szatańskie tango« oglądasz z zacięciem, a kiedy kończysz, to masz wrażenie, jakbyś przeżył życie. Tak mają tylko arcydzieła”. W ciągu siedmiu lat tytuł ten pojawił się aż sześciokrotnie w programie „Slow cinema, czyli pomału w Światowidzie” – cyklu prezentującym w sercu śląskiego arthouse’u dzieła mniej lub bardziej korespondujące z poetyką „kina powolnego”, którego „ojcem chrzestnym” jest właśnie Tarr.
„Wciąż wierzę w moc artystów. Tak samo jak wierzę w energię i wyobraźnię młodego pokolenia” – mówił. Tarr wychował całe pokolenie młodych reżyserów, nieoglądających się na obecne mody i trendy festiwalowo-dystrybucyjne, którzy pod okiem jego oraz m.in. Carlosa Reygadasa, Apichatponga Weerasethakula, Akiego Kaurismakiego, Tildy Swinton, Jima Jarmuscha, braci Quay czy wspomnianego na początku Gusa Van Santa ukończyli słynną sarajewską szkołę-laboratorium Film Factory Béli Tarra. Jej absolwentką jest m.in. Aleksandra Niemczyk, autorka zrealizowanej w 2016 roku pod patronatem tarrowskiej szkoły ciekawej „Baby Vangi”. Wiosną 2025 roku w katowickim Światowidzie mieliśmy okazję obejrzeć „Pod płomieniem świecy” Portugalczyka, André Gil Maty – jednego z jego uczniów – znanego szerzej bywalcom i bywalczyniom wrocławskiego festiwalu. Co ciekawe, nie trzeba być absolwentem prestiżowego trzyletniego studium doktoranckiego, by doczekać się etykiety „polskiego Béli Tarra”. Tak na MFF Nowe Horyzonty w 2022 roku, gdzie swoje pokazy miał zjawiskowy „Patho Film, Wolfelsgrund”, obwołano jego autora – wybitnego reżysera i operatora filmowego, pochodzącego z Mikołowa Adama Sikorę. Gdy ma się w pamięci również i poprzednie jego znakomite tytuły – „Powrót Giganta” czy „Wydalonego” – ten przydomek wydaje się w dużej mierze usprawiedliwiony. Niestety, ten wielki artysta ekranu skrajnie marginalizowany jest przez branżę filmową i środowisko odpowiedzialne za rozpowszechnianie polskiego kina (poza kilkoma wyjątkami). Powiedzmy sobie wprost: w Polsce ktoś taki jak Tarr zostałby potraktowany podobnie. W najlepszym przypadku podzieliłby los Lecha Majewskiego, też mocno ignorowanego za swoją bezkompromisowość, ale nie aż w tak kliniczny sposób, jak dzieje się od lat w przypadku Sikory.
Literacka Nagroda Nobla 2025 dla Krasznahorkaiego, wieloletniego przyjaciela Tarra i współtwórcy pięciu ostatnich jego filmów, nie tylko wysunęła węgierskiego pisarza z niszy, ale automatycznie spowodowała powrót wybranych filmów reżysera na ekrany kin w Europie, w tym w Polsce. Takie pokazy odbyły się w grudniu (lub są zaplanowane na kolejne miesiące) w Katowicach, Gliwicach, Wrocławiu, Łodzi i Warszawie. Wszystkie z datą po 6 stycznia 2026 roku nabiorą już innego znaczenia.
Ostatni rozdział książki i filmu „Szatańskie tango” nosi tytuł „Krąg się zamyka”. 6 stycznia tego roku krąg ostatecznie się zamknął. „Cesarz slow cinema” odszedł.
Fot. Pierwsza edycja Ars Independent Festival, 2011 rok, Katowice. Zdjęcie z profilu festiwalu.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |









ISSN 2658-1086

