EWANGELIA WEDŁUG RADŻA (NATHACHA APPANAH: 'OSTATNI BRAT')
A
A
A
Bardzo cenię serię wydawniczą Frankofonia Literaria, wspólny projekt firmowany przez Wydawnictwo w Podwórku i Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, w ramach którego prezentowana jest fascynująca proza frankofońska ostatnich dekad w opracowaniu, tłumaczeniach i z komentarzami Krzysztofa Jarosza. Ujmuje mnie zwłaszcza przyswajanie polszczyźnie prozy maurytyjskiej – przyznaję, że przed lekturą książek ukazujących się w tej serii nie byłem nawet w stanie określić, gdzie dokładnie leży Mauritius, a tym bardziej – powiedzieć cokolwiek o złożonych, trudnych, niepojętych z europejskiego punktu widzenia stosunkach etniczno-rasowych i kulturowych wyspy.
Najnowszy, dziewiąty numerowany (z dziesięciu w sumie) tom cyklu przynosi kolejną świetną powieść maurytyjską, „Ostatniego brata” Nathachy Appanah, wzruszającą historię przyjaźni dwóch chłopców: pochodzącego z rodziny Indo-Maurytyjczyków Radża i żydowskiego uchodźcy Dawida. Przepraszam, trochę może zbanalizowałem treść powieści, ale sens powyższego rozpoznania zobaczymy w innym świetle po zarysowaniu tła wydarzeń rozgrywających się na pierwszym planie. Appanah skonstruowała powieść jako monolog siedemdziesięcioletniego nauczyciela wspominającego intensywne przeżycia z końca 1944 i początku 1945 roku, kiedy zaprzyjaźnił się z jednym z Żydów internowanych na wyspie w czasie II wojny światowej. Jeśli warto poznawać prozę reprezentującą literatury słabo obecne w naszej świadomości czytelniczej, to między innymi dla takich właśnie zaskakujących faktów historycznych (choć wiedza ta bywa czasami bardzo bolesna). W 1940 roku grupa żydowskich uchodźców z Europy Środkowej szukających ucieczki przez Zagładą nie została wpuszczona do brytyjskiego mandatu Palestyny; z powodu braku wymaganych dokumentów uciekinierzy potraktowani zostali jako „nielegalni imigranci” i skierowani przez Brytyjczyków na środek Oceanu Indyjskiego, gdzie przebywali w bardzo trudnych warunkach w więzieniu zamienionym na obóz odosobnienia. Jak wskazuje w posłowiu do książki Krzysztof Jarosz, obecność internowanych Żydów na wyspie, a także tragiczna śmierć wielu z nich nie zapisały się nie tylko w naszej wiedzy o Zagładzie (co poniekąd zrozumiałe), ale nawet w świadomości Maurytyjczyków.
Sugestywnie wypada w powieści Appanah zderzenie świadomości dziewięcioletniego, pochodzącego z bardzo biednego środowiska Radża, który nawet nie ma pojęcia, że na świecie trwa wojna, z chorującym, eterycznym, prawdopodobnie lepiej wykształconym Dawidem z Europy Środkowej; między chłopcami zieje kulturowa i etniczna przepaść, a mimo to łączy ich intensywna, choć bardzo krótka przyjaźń. „Ostatniego brata” osnuwa przy tym melancholia przywodząca na myśl – to skojarzenie bardzo się narzuca – „Weisera Dawidka” Pawła Huellego. Krótkie chwile z Dawidem stanowią dla Radża osłodę w zmaganiach z przemocowym ojcem (straszne opisy znęcania się nad rodziną), biedą (poznajemy przy okazji złożoność etniczno-ekonomicznych stosunków na wyspie), brakiem wykształcenia (choć bohater stanie się w końcu przykładem wielkiego awansu społecznego) i nieustanną żałobą (strata dwóch braci w czasie kataklizmu, stąd tytuł podkreślający szczególną rolę żydowskiego chłopca w życiu narratora). Dawid staje się w życiu głównego bohatera niemal aniołem, który nawet po swojej tragicznej śmierci podskórnie emanuje w pamięci Radża, „prowadząc go” ku wyzwoleniu z biedy, upokorzenia i przemocy (jest to trop tak dyskretny, że absolutnie nie trąci tanią metafizyką).
Interesujące wydaje mi się, że tradycja biblijna łączy się tu zaskakująco z perspektywą kogoś, kto jako Indo-Maurytyjczyk funkcjonuje zupełnie poza chrześcijaństwem. Jarosz w komentarzu na końcu książki zauważa, że pierwszy moment, w którym Radż usłyszał o Bożym Narodzeniu (od kreolskiej sąsiadki), sąsiaduje w powieści ze sceną skrajnej przemocy, którą tego samego dnia przelał na żonę i syna wracający z pracy, pijany ojciec. Dla edytora tomu zderzenie to ma w sobie siłę pesymistycznych odkryć Kandyda, który uświadamia sobie, że naprawdę nie żyjemy w najlepszym ze światów. Nieco inaczej jednak widzę ten motyw. Tuż po pobiciu przez ojca (przypomnijmy: w Boże Narodzenie) Radż trafia do najbliższego szpitala… w obozie internowania Żydów i poznaje tam widmowego, pięknego Dawida (ma to moc objawienia). A później, w dorosłości, stworzy udaną, kochającą się rodzinę (z jednym, co chyba znaczące w biblijnym kontekście, synem). Jak tu nie dostrzec subtelnej gry z motywem mesjasza (z rodu Dawida właśnie)? Żydowski chłopiec pojawia się w świecie Radża jak Chrystus w świecie „Ewangelii”: na chwilę, przełamując czas (kairos), zostawia po sobie intensywne doświadczenie swojej obecności, a pamięć o nim motywuje Radża do metanoi, którą ten rzeczywiście osiąga – dzięki zdobytemu wykształceniu dokonuje się jego awans społeczny, wreszcie udaje mu się doświadczyć miłości w rodzinie (a nawet zapłakać, jakby w geście przebaczenia, nad grobem ojca). O tyle to ciekawe, że chrześcijaństwo wspomniane jest przez Radża tylko raz w nauce wygłoszonej przez sąsiadkę.
Zwróćmy jeszcze uwagę na fakt, że w tle tych wydarzeń z życia prywatnego i wewnętrznego Radża udało się Appanah przemycić w powieści naprawdę wiele informacji o kwestiach rasowych relacji na wyspie, jej ekonomii w połowie XX wieku, świadomości historycznej i geopolitycznej Maurytyjczyków (sarkastyczne uwagi o archiwach państwowych na wyspie jako znaku lekceważenia tej społeczności dla dziedzictwa przeszłości, także tych ciemnych stron dziejów wyspy). Historia przyjaźni chłopców dzięki temu nie osuwa się ku ckliwemu sentymentalizmowi, a w tych miejscach, w których rzeczywiście dotyka takich strun – to jest to sentymentalizm niebanalny, ujmujący. „Ostatni brat” zakłada wzruszenie, które nie zawstydza odbiorcy, dokładnie tak jak powieść Huellego,.
Można czytać „Ostatniego brata” także z perspektywy postkolonialnej, co wpisane jest chyba w działalność artystyczną pisarki tworzącej i wydającej swoje kolejne powieści we Francji. Zastanawia przy tym, że ten bardzo na pozór odległy od naszego doświadczenia świat (zadziwiające są momenty, kiedy uświadamiamy sobie, że w styczniu 1945 roku gdzieś na świecie toczyło się normalne życie z jego zwyczajnymi udrękami) okazuje się jednak bardzo nam bliski. Dość powiedzieć, że internowani na wyspie Żydzi pochodzą m.in. z Czech i Polski, a Dawid wciąż śpiewa pieśni w tajemniczym „szeleszczącym języku”. Aktualność powieści w kontekście polskiej historii i naszego „teraz” widzę jednak przede wszystkim w innym motywie. Radż – dziewięcioletni chłopiec, jest trochę figurą świadomości apolitycznej, izolującej się od wielkiej historii.
Appanah pokazuje, że od globalnej historii uciec się nie da. Rajska wyspa nie dość, że zbudowana jest na przemocy i wyzysku (w ramach swojej „globalnej historii”), to jeszcze zostaje wystawiona na sprawdzian konfrontacji z czymś, co przekracza możliwość rozumienia i akceptowania zamieszkujących Mauritius ludzi. I ten sprawdzian zostaje oblany: z obcymi, „nielegalnymi imigrantami”, europejskimi Żydami (biali na wyspie należą do kolonialnej elity), Maurytyjczycy, którzy sami są potomkami hinduskich kulisów, postępują w sposób znany nam ze wszystkich społeczności świata. Nie bez powodu przybysze zamknięci zostają w surowym obozie internowania (przez Brytyjczyków, lecz pilnowani na co dzień przez Maurytyjczyków, m.in. przez ojca Radża), co jest najczęściej wybieraną opcji, jaką mamy dla innych (niezależnie od tego, czy żyjemy w Europie, czy „na końcu świata”).
Appanah zostawia jednak w opowieści jasny trop. Choć Maurytyjczycy wyparli tę część swojej historii, uznając ją niejako za nie swoją, za część historii dziejącej się gdzieś bardzo daleko, za daleko, by pozwolić jej wyjrzeć za druty kolczaste obozu, to jednak Dawid obdarzony zostaje głęboką miłością przez Radża. Jakby na przekór całemu złu świata rodzi się tu naprawdę głęboka relacja międzyludzka. Co prawda tylko w bardzo wąskim zakresie, między wrażliwymi chłopcami, innymi niż społeczności, z których pochodzą, ale ostatecznie jest to relacja przemieniająca świat na lepszy. I znów chcę dodać, że choć brzmi to naiwnie, w powieści Appanah zostało to zapisane bardzo przekonująco.
Na koniec zapisuję myśl, która wydaje mi się najważniejsza: „Ostatni brat” jest też dyskretną pochwałą wrażliwej męskości, która nie wstydzi się wzruszeń, przyjaźni, czułości wobec żony i dziecka. Wychowany w przemocowej rodzinie Radż zbudował swoją rodzinę na zupełnie innym fundamencie, niejako bez wzorców, za jedyne drogowskazy wybierając intuicyjnie niechęć do prymitywnego, agresywnego ojca (i tej części swojej osobowości, w której widział negatywne dziedzictwo rodzica), czułość matki i przyjaźń z Dawidem. Prawdę mówiąc, ucieszyłem się takim ujęciem. Jest ono dobrym kontrapunktem dla nieustannie ponawianych, rytualnych diagnoz toksyczności rodziny w polskiej prozie i gestem sprzeciwu wobec coraz agresywniejszych powrotów do zmilitaryzowanej, zachwyconej sobą męskości w polityce i życiu społecznym Zachodu.
Najnowszy, dziewiąty numerowany (z dziesięciu w sumie) tom cyklu przynosi kolejną świetną powieść maurytyjską, „Ostatniego brata” Nathachy Appanah, wzruszającą historię przyjaźni dwóch chłopców: pochodzącego z rodziny Indo-Maurytyjczyków Radża i żydowskiego uchodźcy Dawida. Przepraszam, trochę może zbanalizowałem treść powieści, ale sens powyższego rozpoznania zobaczymy w innym świetle po zarysowaniu tła wydarzeń rozgrywających się na pierwszym planie. Appanah skonstruowała powieść jako monolog siedemdziesięcioletniego nauczyciela wspominającego intensywne przeżycia z końca 1944 i początku 1945 roku, kiedy zaprzyjaźnił się z jednym z Żydów internowanych na wyspie w czasie II wojny światowej. Jeśli warto poznawać prozę reprezentującą literatury słabo obecne w naszej świadomości czytelniczej, to między innymi dla takich właśnie zaskakujących faktów historycznych (choć wiedza ta bywa czasami bardzo bolesna). W 1940 roku grupa żydowskich uchodźców z Europy Środkowej szukających ucieczki przez Zagładą nie została wpuszczona do brytyjskiego mandatu Palestyny; z powodu braku wymaganych dokumentów uciekinierzy potraktowani zostali jako „nielegalni imigranci” i skierowani przez Brytyjczyków na środek Oceanu Indyjskiego, gdzie przebywali w bardzo trudnych warunkach w więzieniu zamienionym na obóz odosobnienia. Jak wskazuje w posłowiu do książki Krzysztof Jarosz, obecność internowanych Żydów na wyspie, a także tragiczna śmierć wielu z nich nie zapisały się nie tylko w naszej wiedzy o Zagładzie (co poniekąd zrozumiałe), ale nawet w świadomości Maurytyjczyków.
Sugestywnie wypada w powieści Appanah zderzenie świadomości dziewięcioletniego, pochodzącego z bardzo biednego środowiska Radża, który nawet nie ma pojęcia, że na świecie trwa wojna, z chorującym, eterycznym, prawdopodobnie lepiej wykształconym Dawidem z Europy Środkowej; między chłopcami zieje kulturowa i etniczna przepaść, a mimo to łączy ich intensywna, choć bardzo krótka przyjaźń. „Ostatniego brata” osnuwa przy tym melancholia przywodząca na myśl – to skojarzenie bardzo się narzuca – „Weisera Dawidka” Pawła Huellego. Krótkie chwile z Dawidem stanowią dla Radża osłodę w zmaganiach z przemocowym ojcem (straszne opisy znęcania się nad rodziną), biedą (poznajemy przy okazji złożoność etniczno-ekonomicznych stosunków na wyspie), brakiem wykształcenia (choć bohater stanie się w końcu przykładem wielkiego awansu społecznego) i nieustanną żałobą (strata dwóch braci w czasie kataklizmu, stąd tytuł podkreślający szczególną rolę żydowskiego chłopca w życiu narratora). Dawid staje się w życiu głównego bohatera niemal aniołem, który nawet po swojej tragicznej śmierci podskórnie emanuje w pamięci Radża, „prowadząc go” ku wyzwoleniu z biedy, upokorzenia i przemocy (jest to trop tak dyskretny, że absolutnie nie trąci tanią metafizyką).
Interesujące wydaje mi się, że tradycja biblijna łączy się tu zaskakująco z perspektywą kogoś, kto jako Indo-Maurytyjczyk funkcjonuje zupełnie poza chrześcijaństwem. Jarosz w komentarzu na końcu książki zauważa, że pierwszy moment, w którym Radż usłyszał o Bożym Narodzeniu (od kreolskiej sąsiadki), sąsiaduje w powieści ze sceną skrajnej przemocy, którą tego samego dnia przelał na żonę i syna wracający z pracy, pijany ojciec. Dla edytora tomu zderzenie to ma w sobie siłę pesymistycznych odkryć Kandyda, który uświadamia sobie, że naprawdę nie żyjemy w najlepszym ze światów. Nieco inaczej jednak widzę ten motyw. Tuż po pobiciu przez ojca (przypomnijmy: w Boże Narodzenie) Radż trafia do najbliższego szpitala… w obozie internowania Żydów i poznaje tam widmowego, pięknego Dawida (ma to moc objawienia). A później, w dorosłości, stworzy udaną, kochającą się rodzinę (z jednym, co chyba znaczące w biblijnym kontekście, synem). Jak tu nie dostrzec subtelnej gry z motywem mesjasza (z rodu Dawida właśnie)? Żydowski chłopiec pojawia się w świecie Radża jak Chrystus w świecie „Ewangelii”: na chwilę, przełamując czas (kairos), zostawia po sobie intensywne doświadczenie swojej obecności, a pamięć o nim motywuje Radża do metanoi, którą ten rzeczywiście osiąga – dzięki zdobytemu wykształceniu dokonuje się jego awans społeczny, wreszcie udaje mu się doświadczyć miłości w rodzinie (a nawet zapłakać, jakby w geście przebaczenia, nad grobem ojca). O tyle to ciekawe, że chrześcijaństwo wspomniane jest przez Radża tylko raz w nauce wygłoszonej przez sąsiadkę.
Zwróćmy jeszcze uwagę na fakt, że w tle tych wydarzeń z życia prywatnego i wewnętrznego Radża udało się Appanah przemycić w powieści naprawdę wiele informacji o kwestiach rasowych relacji na wyspie, jej ekonomii w połowie XX wieku, świadomości historycznej i geopolitycznej Maurytyjczyków (sarkastyczne uwagi o archiwach państwowych na wyspie jako znaku lekceważenia tej społeczności dla dziedzictwa przeszłości, także tych ciemnych stron dziejów wyspy). Historia przyjaźni chłopców dzięki temu nie osuwa się ku ckliwemu sentymentalizmowi, a w tych miejscach, w których rzeczywiście dotyka takich strun – to jest to sentymentalizm niebanalny, ujmujący. „Ostatni brat” zakłada wzruszenie, które nie zawstydza odbiorcy, dokładnie tak jak powieść Huellego,.
Można czytać „Ostatniego brata” także z perspektywy postkolonialnej, co wpisane jest chyba w działalność artystyczną pisarki tworzącej i wydającej swoje kolejne powieści we Francji. Zastanawia przy tym, że ten bardzo na pozór odległy od naszego doświadczenia świat (zadziwiające są momenty, kiedy uświadamiamy sobie, że w styczniu 1945 roku gdzieś na świecie toczyło się normalne życie z jego zwyczajnymi udrękami) okazuje się jednak bardzo nam bliski. Dość powiedzieć, że internowani na wyspie Żydzi pochodzą m.in. z Czech i Polski, a Dawid wciąż śpiewa pieśni w tajemniczym „szeleszczącym języku”. Aktualność powieści w kontekście polskiej historii i naszego „teraz” widzę jednak przede wszystkim w innym motywie. Radż – dziewięcioletni chłopiec, jest trochę figurą świadomości apolitycznej, izolującej się od wielkiej historii.
Appanah pokazuje, że od globalnej historii uciec się nie da. Rajska wyspa nie dość, że zbudowana jest na przemocy i wyzysku (w ramach swojej „globalnej historii”), to jeszcze zostaje wystawiona na sprawdzian konfrontacji z czymś, co przekracza możliwość rozumienia i akceptowania zamieszkujących Mauritius ludzi. I ten sprawdzian zostaje oblany: z obcymi, „nielegalnymi imigrantami”, europejskimi Żydami (biali na wyspie należą do kolonialnej elity), Maurytyjczycy, którzy sami są potomkami hinduskich kulisów, postępują w sposób znany nam ze wszystkich społeczności świata. Nie bez powodu przybysze zamknięci zostają w surowym obozie internowania (przez Brytyjczyków, lecz pilnowani na co dzień przez Maurytyjczyków, m.in. przez ojca Radża), co jest najczęściej wybieraną opcji, jaką mamy dla innych (niezależnie od tego, czy żyjemy w Europie, czy „na końcu świata”).
Appanah zostawia jednak w opowieści jasny trop. Choć Maurytyjczycy wyparli tę część swojej historii, uznając ją niejako za nie swoją, za część historii dziejącej się gdzieś bardzo daleko, za daleko, by pozwolić jej wyjrzeć za druty kolczaste obozu, to jednak Dawid obdarzony zostaje głęboką miłością przez Radża. Jakby na przekór całemu złu świata rodzi się tu naprawdę głęboka relacja międzyludzka. Co prawda tylko w bardzo wąskim zakresie, między wrażliwymi chłopcami, innymi niż społeczności, z których pochodzą, ale ostatecznie jest to relacja przemieniająca świat na lepszy. I znów chcę dodać, że choć brzmi to naiwnie, w powieści Appanah zostało to zapisane bardzo przekonująco.
Na koniec zapisuję myśl, która wydaje mi się najważniejsza: „Ostatni brat” jest też dyskretną pochwałą wrażliwej męskości, która nie wstydzi się wzruszeń, przyjaźni, czułości wobec żony i dziecka. Wychowany w przemocowej rodzinie Radż zbudował swoją rodzinę na zupełnie innym fundamencie, niejako bez wzorców, za jedyne drogowskazy wybierając intuicyjnie niechęć do prymitywnego, agresywnego ojca (i tej części swojej osobowości, w której widział negatywne dziedzictwo rodzica), czułość matki i przyjaźń z Dawidem. Prawdę mówiąc, ucieszyłem się takim ujęciem. Jest ono dobrym kontrapunktem dla nieustannie ponawianych, rytualnych diagnoz toksyczności rodziny w polskiej prozie i gestem sprzeciwu wobec coraz agresywniejszych powrotów do zmilitaryzowanej, zachwyconej sobą męskości w polityce i życiu społecznym Zachodu.
Nathacha Appanah: „Ostatni brat”. Przekład i opracowanie Krzysztof Jarosz. Wydawnictwo W podwórku–Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego. Gdańsk–Katowice 2025 [seria Frankofonia Literaria, tom IX].
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |









ISSN 2658-1086

