ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (533) / 2026

Marcin Rudek,

ZAPAMIĘTAJMY IMIĘ JAMESA BALDWINA (JAMES BALDWIN: 'NIKT NIE ZNA MOJEGO IMIENIA. DALSZE ZAPISKI SYNA TEGO KRAJU')

A A A
Eseistyka Jamesa Baldwina niezmiernie pociąga mnie intelektualnie, dlatego bez zastanowienia sięgnąłem po już trzeci zbiór tekstów wydanych ostatnio w Wydawnictwie Karakter: „Nikt nie zna mojego imienia. Dalsze zapiski syna tego kraju”. Czytając obserwacje Baldwina, tak naprawdę często zapominam, że zostały one sformułowane około siedemdziesięciu lat temu, bo dalej brzmią rewolucyjnie. Za każdym razem zdumiewa mnie również fakt, że to słowa człowieka, który miał pełne prawo do bycia absolutnie wściekłym na cały świat i swoje położenie, a jednak ani razu nie zatraca się w gniewie.

Opanowanie i niezachwiane poczucie własnej wartości Baldwina przy tematach rasy i Amerykanów budzą we mnie nieustanny podziw. W poprzednim tomie esejów, „Zapiski syna tego kraju”, pisarz stwierdza: „Nie ma takiego Murzyna wśród żyjących, który nie nosiłby we krwi tej wściekłości – ma jedynie wybór: żyć z jej świadomością albo się jej poddać. Co do mnie, gorączka ta powracała, nadal mi się przytrafia i będzie powracać, dopóki nie umrę (Baldwin 2021: 127). Badaczka Dominika Ferens w kontekście zbioru „Następnym razem pożar” zauważa, że w świecie przedstawionym przez Baldwina gniew jest wyczuwalny, ale nie przejmuje on władzy: „Oburzenie motywuje Baldwina do pisania w równym stopniu jak miłość. Pisarz wyraża gniew bardziej radykalnych mieszkańców gett, lecz sam sobie odmawia prawa do odczuwania tej emocji” (Ferens 2021: 238).

Cykl esejów „Nikt nie zna mojego imienia” jest bezpośrednią kontynuacją „Zapisków syna tego kraju”, co oczywiście sygnalizuje podtytuł; książki dzieliło sześć lat między publikacjami. Ciągłość tematyczna jest niezaprzeczalna, bowiem pierwszy z tomów skończył się opisem początków pobytu pisarza w Paryżu oraz chwilową wycieczką do szwajcarskiej wioski (zob. Baldwin 2021: 158-216). Natomiast „Nikt nie zna mojego imienia” otwierają teksty w dużym stopniu podsumowujące około dziewięcioletnie podróże europejskie Baldwina (choć większą część tego okresu spędził w Paryżu) przed powrotem do ojczyzny. Widać też liczne nawiązania do poprzedniego zbioru esejów, więc czytanie ich chronologicznie jest niemalże konieczne dla zrozumienia pełnego kontekstu.

Omawiany tom został podzielony na dwie tematyczne części – „Siedzę w domu…” oraz „…a w głowie tyle myśli”, co jest cytatem z piosenki Bessie Smith. Jak słusznie zauważa Bartosz Wójcik w posłowiu, „»Nikt nie zna mojego imienia« jest książką formalnie niejednorodną: zawiera teksty postulatywne, polemiczne i reporterskie” (Wójcik 2025: 271). Prace zebrane w pierwszej części zaliczyłbym bardziej do reporterskich i postulatywnych.

Otwierający tekst „Odkrywanie, co to znaczy być Amerykaninem” trochę mnie zdezorientował. Miałem wrażenie, że Baldwin siłuje się z porównaniami Europy i Ameryki, sprowadzając oba miejsca do jakichś uproszczonych monolitów, żeby tylko dało się wyciągnąć z przemyśleń sensowne wnioski. Zdziwiły mnie niejasne fragmenty, jak na przykład ten o mobilności społecznej: „Musimy jednak zastanowić się nad pewnym dosyć poważnym paradoksem: społeczeństwo amerykańskie odznacza się wprawdzie większą mobilnością w obrębie swoich hierarchii w porównaniu z europejskim, ale mimo to w tym drugim przenikanie granic społecznych i zawodowych okazuje się łatwiejsze” (s. 17-18). Od razu nasunęły mi się na myśl pytania: o których dokładnie krajach mowa? Takie jak Francja, Wielka Brytania, Jugosławia i Czechosłowacja były do siebie aż tak podobne w tym czasie? Skąd taki uniwersalny osąd? Nie będę się już czepiał słówek, aczkolwiek utożsamianie całej Ameryki ze Stanami Zjednoczonymi w takim kontekście też może być zwodnicze. Nie ukrywam, że poczułem, jakby Baldwin nieco tracił ze swej przenikliwości przy próbach analizy sytuacji Starego Kontynentu.

Niemniej następne eseje w tej części wracają już tematycznie do USA i widać w nich świeże spojrzenie, jakie autorowi dało wieloletnie mieszkanie w Europie. Opisy i diagnozy sytuacji kwestii afroamerykańskiej (używam tego określenia ze świadomością jego analogii do „kwestii żydowskiej”) obejmują światowy kontekst; na przykład opowiadając o bagatelizowaniu protestów czarnoskórych, Baldwin pisze: „Kiedy kraj ma problem z Murzynami z Północy, wówczas obwinia się Kreml. A dodam, wcale nie nawiasem, że to bardzo niebezpieczna praktyka. W ten sposób przypisujemy bowiem komunistom zasługi za postawy i zwycięstwa, z którymi nie mają nic wspólnego. Robimy z nich orędowników uciśnionych, a im, rzecz jasna, tylko w to graj” (s. 87-88).

Z całej książki najbardziej ujął mnie tekst „Mucha w maślance”. Ten esej-reportaż traktuje o tzw. „zintegrowanym” chłopcu, czyli piętnastolatku, który był pierwszym i jedynym czarnoskórym dzieckiem w swojej szkole na Południu (zob. s. 98-111). Tutaj możemy ujrzeć jedną z największych wartości tego zbioru, czyli sprawozdanie z samego środka walki o równouprawnienie Afroamerykanów. Czasowo znajdujemy po proteście autobusowym Rosy Parks, ale jeszcze przed uchwaleniem Civil Rights Act, znoszącym segregację na terenie całego kraju. O, jakże ponuro czyta się przytaczane apele białych ludzi o „poczekanie” z tymi żądaniami równouprawnienia, bo na to trzeba czasu. Te słowa odbijają się echem w głowie współczesnego czytelnika, jeżeli tylko cechuje się wrażliwością społeczną i umiejętnością skojarzeń. I podziwiam nieustępliwość Baldwina: „Czasy, kiedy od Murzynów można było wymagać, by »zaczekali«, mamy wreszcie za sobą. Żądanie, które teraz rozbrzmiewa, domagając się natychmiastowej realizacji, to już nie apel do Murzynów, by dalej ustępowali pod ciężarem, charakterystycznego dla życia w Stanach Zjednoczonych, okrucieństwa na tle rasowym, lecz wezwanie do tego, by Stany Zjednoczone dostosowały się do realiów życia we współczesnym świecie” (s. 92-93). Nie można bowiem odkładać walki o uznanie człowieczeństwa: „O naszym zbawieniu nie zadecydujemy w przyszłości. Wyzwaniem jest dana chwila, właściwa chwila jest zawsze teraz” (s. 142).

Druga część zbioru, zatytułowana „…a w głowie tyle myśli”, jest właśnie częścią bardziej polemiczną i tematycznie odchodzącą w stronę pisarstwa oraz sztuki ogółem. Zaskoczył mnie bardzo krótki esej poświęcony w całości dziełu „Madeline” André Gide’a, a dokładniej jego wątkom homoseksualnym. Baldwin brzmi tu mocno archaicznie i jego ton wręcz nie przystaje do znajdujących się w tej samej książce wrażliwych analiz rasowych. Znajdujemy tam takie fragmenty jak na przykład: „O jego homoseksualności myślałem z kolei, że to jego sprawa osobista, którą powinien był przed nami ukryć albo, jeżeli już musiał tak nią epatować, mógł chociaż nadać temu formę nieco bardziej naukową (cokolwiek miałoby to słowo znaczyć w odniesieniu do moralności), mniej irracjonalną, mniej romantyczną” (s. 172). Nie możemy jednak zapominać, że tekst ten powstał w 1954 roku, zatem na długo przed jakąkolwiek zorganizowaną walką o prawa osób nieheteroseksualnych (za zwyczajową cezurę przyjmuje się zamieszki w Stonewall w Nowym Jorku z 1969 roku). Baldwin zapewne sam wówczas rozważał własną seksualność. Niemniej ten tekst wybił mnie z rytmu podczas czytania.

Niezwykle ciekawy esej „Biedny Richardzie!”, napisany zaraz po śmierci Richarda Wrighta, opowiada o dość skomplikowanej relacji jego i Baldwina. Autor przyznaje, że tekst „Powieść protestu dla każdego” z poprzedniego zbioru „Zapiski syna tego kraju” poróżnił dwóch pisarzy. Zresztą Baldwin wziął pomysł na tytuł swojej książki z powieści „Syn swego kraju” Wrighta. Jednocześnie we wspomnianym eseju wypowiada się bardzo krytycznie o tym dziele, uważając je za szkodliwe dla sytuacji czarnoskórych Amerykanów: „»Syn swego kraju« jest na dłuższą metę tak spętany amerykańskim wizerunkiem murzyńskiego życia i amerykańskim przymusem znalezienia iskry nadziei, że książka ostatecznie nie prowadzi do wyciagnięcia wniosków, które wynikają z jej przesłanek” (Baldwin 2021: 65). Spór ten ukazuje, że Baldwin stał często w kontrze i do swoich współbraci, co nie zawsze przynosiło mu przyjaciół.

Baldwin czytany dziś zaskakuje bystrością przemyśleń, które w ogromnej większości się nie zestarzały. Nie spotkałem wielu komentatorów, którzy tak trafnie opisują Stany Zjednoczone nie tylko w kwestii rasowej, ale i w sprawie ogólnej mentalności. Nie boi się on gorzkich wniosków: „To złudzenie w całości zakorzenione jest w wielskiej amerykańskiej iluzji, zgodnie z którą nasze państwo jest państwem wzbudzającym zazdrość w każdym innym narodzie: jesteśmy potężni i jesteśmy bogaci” (s. 113). Obecnie nikt bez złej woli nie podważa, że rasizm i kolonializm były zwyczajnie potrzebne Zachodowi, by mógł się on rozwinąć w okresie rewolucji przemysłowej, a „[n]iewolnictwo stanowiło integralny aspekt tych przemian, a co więcej, odegrało kluczową rolę w kształtowaniu się stosunków społecznych i kultury nowoczesności” (Wielgosz 2021: 70). Baldwin jednak już w latach 50. zeszłego wieku mówił: „Nakreślenie anatomii wielkiej niesprawiedliwości, jaką jest nagi fakt kolonializmu, to za mało, by ofiary tej niesprawiedliwości mogły na nowo rozpoznać siebie” (s. 48). Dlatego uczmy się, proszę, od tego autora pokory, poczucia własnej wartości i miłosierdzia wobec tych, którzy nas skrzywdzili. Biały człowiek powinien spojrzeć na siebie i zapytać, co rasizm uczynił z nim, bowiem „[t]ak jak patriarchat uderza również w chłopców i mężczyzn, o czym wiedzą osoby czytające na przykład bell hooks, tak biała supremacja niszczy również białych” (Wójcik 2025: 276).

LITERATURA:

Baldwin J.: „Zapiski syna tego kraju”. Przeł. M. Denderski. Kraków 2021.

Ferens D.: „Afektywny i emocjonalny potencjał »Następnym razem pożar«”. W: „James Baldwin”. Red. A. Pochmara. Warszawa 2021.

Wielgosz P.: „Gra w rasy. Jak kapitalizm dzieli, by rządzić”. Kraków 2021.

Wójcik B.: „Bliższe notatki o dalszych zapiskach”. W: „Nikt nie zna mojego imienia. Dalsze zapiski syna tego kraju”. Przeł. M. Denderski. Kraków 2025.
James Baldwin: „Nikt nie zna mojego imienia. Dalsze zapiski syna tego kraju”. Przeł. Mikołaj Denderski. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2025.