ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (534) / 2026

Monika Ładoń,

'MOGĘ BYĆ WINNA DWA ODKURZANIA?' (OLGA GITKIEWICZ: 'SZYJĄC')

A A A
Gdy szukałam frazy tytułowej dla niniejszej recenzji, moje myśli krążyły wokół dwóch cytatów: wykorzystanego pytania „Mogę być winna dwa odkurzania?” oraz manifestowego okrzyku „nie sprzątamy w sobotę” (cytaty podaję według e-booka). Szybko dostrzegłam ironię tkwiącą w tym wyborze, zbierałam bowiem wątki i pisałam ten tekst właśnie w sobotę, na ostatnią chwilę przed oddaniem numeru, z wiedzą, że naczelna czeka i wątpi pewnie, czy zdążę. Nie było w tym nic z aktu performatywnego; niczego nie musiałam reżyserować, by zbliżyć się do sytuacji opisywanych na kartach „Szyjąc”. W istocie, choć byłam już dawno po lekturze esejów Gitkiewicz, to ciągle odkładałam pisanie, notowałam fragmenty i pomysły, obracałam w głowie wątki, a pomysł na ów autotematyczny wstęp przyszedł mi do głowy podczas… sobotniego sprzątania. To oczywisty powód odrzucenia zawołania „nie sprzątamy w sobotę”; drugi wiąże się z tonem książki, która w mojej ocenie podszyta jest nie wywrotową i manifestową siłą, a raczej ironią i smutkiem, a te uczucia oddaje pytanie o dwa odkurzania. Jeśli słychać w nim ukryte inne („Mogę być winna dziesięć groszy?”), to jest ono przywoływane na zasadzie sarkastycznego zaprzeczenia. Nigdy nie odzyskamy wszak dziesięciu groszy, ale z pewnością ktoś będzie musiał odkurzyć. Jeśli nie będę to ja, to inna kobieta, dobrze zorientowana, jak świadczyć troskę.

„Szyjąc” Olgi Gitkiewicz to bowiem książka o trosce. Dobrze jednak, że to nie ona stała się jej tytułem. Autorka obraca w swoim tekście pojęcie troski, przygląda się jej użyciom w polityce, retoryce, reklamie i frazeologizmach, by odsłonić jej zbanalizowane ujęcia, prowadzące wręcz do karykatury i spostrzeżenia, że „Troska dobrze się układa w ustach”, ale przecież nie sposób troskę wyegzekwować i rozliczyć, bo wcześniej trzeba by ją zamienić na konkretne działania. A wtedy troska przestaje być wartościowym, wręcz wzniosłym, pojęciem i zamienia się w szereg zwykłych i brudnych czynności. Możemy mówić o zaangażowaniu w prowadzenie domu i partnerskim podziale obowiązków, ale też sprowadzić te miłe dla ucha ogólniki do obierania ziemniaków i przewijania dzieci, prawda? Podoba mi się, że Gitkiewicz dostrzega właśnie takie oblicze troski o nim pisze: troski widocznej nie w sloganach, ale w działaniu, w gestach, w codzienności, wręcz – w litanii banalnych, trudnych do skatalogowania dziesiątkach rzeczy do wykonania na nowo i na nowo, wciąż, permanentnie, każdego dnia.

Praca troski jest przecież niekończącym się odradzaniem w kolejnych wcieleniach i rutynowych gestach, stąd tak trafna fraza tytułowa. Szycie – przypisane kobietom – wiąże się wszak z pruciem i ponownym zaszywaniem, niszczeniem materii i znów – cerowaniem, nakładaniem kolejnego ściegu itd. Nie znoszę szyć, a Gitkiewicz boleśnie skonfrontowała mnie z jednym z pokoleniowych (autorka jest moją rówieśniczką) doświadczeń: szyciem, w moim wypadku pod okiem prababci, poduszki na igły – XX-wiecznego spadku po kądzieli. Reporterka przywołuje tutaj nie tylko odległe kulturowe zaplecze (uosabiane przez tkające Mojry czy Penelopę), ale i niepokojącego „odradka” z miniatury Franza Kafki zatytułowanej „Troska ojca rodziny”. To dziwne stworzenie o niejasnym statusie przypomina kłębek czy szpulkę nici – pełną trosk i zmartwień, wieczną i psującą szyki. Taka właśnie jest troska u Gitkiewicz: to pojęcie i działanie plączące stale swój co najmniej podwójny ścieg: związany ze sprawowaniem opieki i troszczeniem się oraz zmartwieniem i niepokojem.

Przywiązana do krawieckiej metaforyki Gitkiewicz zszywa podstawy swych rozważań o trosce z kilku zasadniczych elementów. Jednym z nich jest sztuka w różnych obliczach: od adekwatnej playlisty piosenek, przez film „Obrzędy intymne” Zbigniewa Libery, po opis kolekcji fartuchów Mucci Prady czy odsłoniętą w 2025 roku w Zielonej Górze kuriozalną rzeźbę pielęgniarki Zdrowitki. Ta nawiązująca do tradycji winiarskich i bachantek forma staje się właściwie egzemplifikacją fantazji erotycznych, a jako taka dość problematycznie sytuuje się w ramach dyskursu o trosce i zawodzie wykonywanym głównie przez kobiety. Gitkiewicz poddaje krytycznemu namysłowi wiele tego rodzaju gestów z przestrzeni kultury, pozornie dowartościowujących troskę, ale jednocześnie takich, które ją jakoś wykoślawiają, przemieniają w stereotyp lub starają się „polukrować” za sprawą artystycznego kontekstu. W ten sposób patrzy na kilkunastominutowy film Libery, utrwalający opiekę artysty nad babką, Reginą G. Gitkiewicz interesuje biegunowość interpretacji: od uhonorowania podmiotowości słabszych, uczynienia z prywatnej troski sprawy publicznej, do nieetycznej praktyki wykorzystania udręczonego ciała chorej kobiety, najpewniej bez jej zgody, w charakterze „tematu” filmu. Znacznie ważniejsze okazują się dla autorki artystyczne instalacje Louise Bourgeois i jej monumentalne rzeźby pajęczyc, słynne „Maman” poświęcone matce, mistrzyni tkactwa, czy instalacja zatytułowana „I do, I undo, and I redo” („Robię, cofam i przerabiam”), idealnie oddające rutynę codzienności.

Drugą nić stanowią doświadczenia własne pisarki powiązane z badaniami psychologicznymi. Gitkiewicz oczywiście wie, że troska nie wynika z cech biologicznych, ale wyraźnie widzi, że ma ona najczęściej kobiecą twarz. Śledzi zatem uprzedzenia płciowe, stereotypy i nawarstwiające się przez stulecia przekonania o naturalności świadczenia troski przez kobiety, uznawania jej wręcz za coś oczywistego, przyrodzonego płci. Gitkiewicz pokazuje, że badania dotyczące różnego rodzaju dylematów moralnych i opierające się na chłopięcej lub męskiej grupie kontrolnej prowadziły do wzmocnienia etyki sprawiedliwości, a nie troski, tę ostatnią pozostawiając kobietom. Nie znaczy to oczywiście, że autorka nie zauważa troszczących się mężczyzn. Przeciwnie, wnikliwie czyta badania socjologiczne i sondażowe oraz raporty oddające zmiany w myśleniu o podziale obowiązków i przyjmowaniu na siebie ciężaru troszczenia się o innych. Właśnie – kluczowe wydaje się tutaj jednak myślenie, a nie działanie, co oddają najnowsze raporty. O ile bowiem na poziomie deklaracji większość ankietowanych opowiada się za relacjami równościowymi i partnerstwem, to życie wyraźnie te zapewnienia weryfikuje. Z badania CBOS-u z 2018 roku wynika, że niemal wszystkie obowiązki domowe spoczywają wciąż na kobietach, a rola mężczyzn ogranicza się zwykle do wykonywania poleceń, nie obejmując np. całokształtu logistyki pozostającej na ramionach kobiet. Gitkiewicz komentuje zatem ironicznie: „Fantastyczne to partnerstwo, takie niezbyt materialne”.

Kulturowe i społeczne przyzwyczajenia powodują, że mężczyźni więcej pracują, pozostając niejako na zewnątrz sieci relacji fundujących troskę. Relacje – mocą nawyku – pozostają znów po stronie kobiet. Gitkiewicz zagląda jednak pod podszewkę kulturowych przyzwyczajeń i docieka, dlaczego troska jest tak mocno zespolona z kobiecą twarzą i jakie są tego konsekwencje. Przyczyn szuka w genderowym kodzie wychowawczym i różnicach oczekiwań względem dziewczyn i chłopców. Kolekcjonuje zatem zestawy typowych epitetów i łatek przypinanych dziewczynom i kobietom: głupim, przesadzającym, histerycznym i neurotycznym. Znamienna jest przytaczana przez Gitkiewicz anegdota z czasów studenckich. Jej wiedza i wiedza kolegi zostały podsumowane i zróżnicowane następująco: „Pan wiedział, a pani się nauczyła”, tak jakby istniały dwa rodzaje mądrości, lepsza i gorsza. Autorka zauważa zatem systemowe pomniejszanie zdolności kobiet i niewiarę w ich możliwości intelektualne przy docenianiu ich relacyjności, a to prosta droga do budowania uprzedzeń, formatowania edukacji, systemów płac i warunków zatrudniania oraz oczekiwań co do wypełniania ról reprodukcyjnych. Jednocześnie troszczące się kobiety – czy to w warunkach domowych (uprawiające tzw. „domopracę”), czy w zawodach związanych ze świadczeniem opieki – albo nie są wcale wynagradzane, albo wciąż gorzej niż mężczyźni. To wszystko zatem – konstatuje ze smutkiem i goryczą Gitkiewicz – funduje kobietom patriarchalny i kapitalistyczny system, a nie natura.

Wreszcie trzecia nić w „Szyjąc” to profesjonalne zaplecze lekturowe. Badaczki etyki troski: Judith Butler, Joan C. Tronto, Connell Raewyn, Anna Titkow, Virginia Held, Carol Gilligan czy Silvia Federici pozwalają Gitkiewicz na nicowanie języka i dostrzeżenie wielu problemów kryjących się w trosce, np. różnicowanie obowiązku i zaangażowania emocjonalnego. Troska wiąże się wszak z miłością, wrażliwością, przekroczeniem egoizmu, ale też ze zmęczeniem, wyczerpaniem własnych zasobów i płaczem. Niezwykle ważny jest gest wykonywany przez Gitkiewicz polegający na sprowadzeniu języków filozoficznych do poziomu zwykłych czynności. Kolejna patronka książki, Jolanta Brach-Czaina, zostaje tu przypomniana jako filozofka dowartościowująca krzątactwo i wiele banalnych czynności jak obieranie ziemniaków, jednak Gitkiewicz pozwala sobie na ironiczny komentarz: „Żaden mój ziemniak nie skrywał niczego prócz przebarwień, deformacji i szarych plam”. Filozofowanie ze ścierką i o ścierce przydarzać się może wszak nie zawsze i nie wszystkim, czasem – i chyba zaskakująco często – obieranie ziemniaków jest tylko obieraniem ziemniaków, nieukrywającym żadnego sensu i tajemnicy.

Przegląd języków troski pozwala pisarce także na zebranie postaw i głosów sprzeciwu, uniku, swoistego „wypowiedzenia” konieczności troszczenia się o świat, słynnego zawołania feministek „Wymawiamy służbę”. Gitkiewicz pyta zatem, „czy kobieta może odejść od łóżka chorego?”, w jakich warunkach można odmówić świadczenia troski? Czy kobiety podejmujące takie decyzje należy podziwiać czy ganić? Czy sprzeniewierzają się one pracy miłości czy może wykonują gest emancypacyjny? Z jednej strony dostrzega symptomy „luzowania się ogniw” w relacjach między kolejnymi pokoleniami kobiet, z drugiej wie, że w starzejącym się społeczeństwie branża medyczno-opiekuńcza będzie jedną z najważniejszych, a ona przecież opiera się na kobietach. Kluczem wydaje się jednak zauważenie kryzysu wynikającego z niedocenienia czynności opiekuńczych i faktu, że kobiety „podtrzymują [troskę] wbrew rozsądkowi”, a tak nie powinno być. Troska powinna mieć swoje ważne miejsce nie tylko w relacjach kobiet, ale stać się elementem partnerstwa, na nowo zdefiniowanej męskości oraz systemu pracy i płacy, gotowego uwzględnić dotychczas niewidzialne i nieopłacane obowiązki troszczenia się o innych.

Książka Gitkiewicz dotyczy także pracy twórczej i zwłaszcza osoba pisząca dostrzeże, że „Szyjąc” to tekst o godzeniu porządków zawodowego i domowego, znamiennym zwłaszcza dla tych, które zawód, przynajmniej częściowo, wykonują właśnie w domu. Reportażystka zwraca uwagę na swoiste „szatkowanie doby”, typowe dla niej i innych twórczych kobiet, starających się znaleźć nieco czasu na zanotowanie zdania czy akapitu. Stąd charakterystyczna różnica: pisarki pytane o proces twórczy mówią o trudach łączenia go z np. sytuacją macierzyńską, pisarze skupiają się na technice, elementach wspierających czy niezakłócanym niczym czasie tworzenia. To z jednej strony kobiece pisanie z doskoku, fragmentami, w momentach niejako wykradzionych tym, którym świadczymy troskę, versus męskie pisanie zgodnie z wolą i chęcią. Jako naukowczyni doskonale znam i opanowałam taktykę pisania fragmentami, ale przede wszystkim pisania w głowie, konceptualizowania tekstów podczas mieszania zupy czy prasowania. Ostatecznie, pisząc i troszcząc się, łatwiej powiedzieć „nie piszemy w sobotę” niż „nie sprzątamy w sobotę”. Mimo zmiennych warunków troska nie przestaje być dotkliwa. I „Szyjąc” tę dotkliwość oddaje, jednak częściowo przeciwdziała jej swoim formatem, bo to książka niewielka, w kieszonkowym formacie, pisana z lekkością, z eseistycznym polotem i ironią, idealna na sprezentowanie kobietom czytającym i uczestniczącym w relacjach troski.
Olga Gitkiewicz: „Szyjąc”. Wydawnictwo Dowody. Warszawa 2025.