SZTUKA JEST ŻYCIEM, ŻYCIE SZTUKĄ (LAURA CUMMING: 'GROM Z JASNEGO NIEBA')
A
A
A
„Grom z jasnego nieba” to nie tyle książka o sztuce holenderskiej, ile opowieść o niej. Opowieść osobista, bo Laura Cumming – krytyczka sztuki, pisząca dla brytyjskiego tygodnika „The Observer”, przeprowadza nas przez życie i sztukę XVII-wiecznych artystów, analizując własne. Granica między tym, co minione a współczesne jest u Cumming bardzo płynna. Pisze o losach artystów, patrząc na obrazy wiszące na ścianach National Gallery w Londynie i przenosi się za ich pomocą do czasów dzieciństwa, ale również do czasów dzieciństwa swojego ojca – artysty. To, co współczesne splata z tym, co dawne, a to, co osobiste z tym, co historyczne. A wszystko zaczyna się od jednego obrazu.
Od obrazu „Widok Delf” Carela Fabritiusa. Obrazu ważnego i osobistego – dla niej. Obrazu namalowanego przez jej ukochanego artystę. Czy jest to wielkie arcydzieło? Niekoniecznie, szczególnie w powszechnym postrzeganiu „wielkości” dzieł, posiłkującym się skalą w odniesieniu do „Dziewczyny z perłą” czy „Lekcji anatomii doktora Tulpa”. I niekoniecznie wielkie w rozumieniu gabarytów, bo tylko 40-centymetrowe. Krytycy, nawet ci współcześni, o sztuce holenderskiej, oczywiście z wyłączeniem tej autorstwa Vermeera czy Rembrandta, mówią: „podła pogoda, a więc marna sztuka. […] Głównie brązy, bydło, wozy i błoto, chłopi, tace, za dużo kwiatów, zdecydowanie za dużo nieba…” (s. 150). Co Cumming kwituje: „może za dużo dla nich, ale nie dla mnie; nigdy nie mam dość holenderskiej sztuki” (s. 150). Ja autorkę rozumiem, bo również holenderskiej sztuki nigdy nie mam dość. A te wymienione wyżej elementy uważam za jej atuty. Unikalny realizm i koncentracja na prostej codzienności. Nieidealne wnętrza, zwykła codzienność, tematyka świecka. Niezwykła koncentracja na detalu, sceny rodzajowe, widoki miast z licznymi postaciami w miniaturze. „Kwiatowa kompozycja, scena w oberży, ujście rzeki z łódką lub bez niej, pani czytająca list w obecności służącej lub sama – od razu wiemy, o czym mówimy, gdy mamy na myśli malarstwo Holendrów, a możemy to powiedzieć o niewielu innych narodach” (s. 167-169). Jest to więc książka dla tych, którzy kochają sztukę holenderską.
Ta książka jest też o tym, jak patrzymy na obrazy. Bo „obrazy oglądamy zawsze w określonym miejscu i czasie. […] Są fragmentami naszego życia, chwilami istnienia powszednimi jak deszcz albo niespodziewanymi jak uderzenie pioruna. Cokolwiek nas tego dnia zajmuje, cokolwiek dzieje się w naszych myślach albo w gąszczu codziennych spraw, znajduje odzwierciedlenie w tym, co widzimy” (s. 18). Pisał już o tym Ernst Gombrich w dziele „Sztuka i złudzenie” (1960), choć w sposób nieco bardziej naukowy. Cumming, bardziej lub mniej świadomie, przytacza jego tezę: „niewinne oko nie istnieje” („the innocent eye is a myth”), która głosi, że nigdy nie patrzymy na świat w sposób całkowicie obiektywny i „czysty”. Patrząc na obraz, nie tylko biernie go rejestrujemy, ale jednocześnie interpretujemy. Zawsze korzystamy z tego, co już wiemy – wiedzy naukowej, doświadczeń kulturowych, wspomnień i naszych nawyków. „Obrazy potrafią nas krzepić, przypominać nam, kim jesteśmy i jakie wyznajemy wartości. […] To, co widzisz, jest twoje i tylko twoje, i zawsze prawdziwe dla ciebie, bez względu na to, co myślą inni” (s. 15). Jest to więc też książka dla tych, którzy szukają własnych interpretacji.
Cumming wspomina również obraz „Zimowa scena z łyżwiarzami w pobliżu zamku” Hendricka Avercampa, którego reprodukcję miała zobaczyć swojego pierwszego dnia w szkole. To jeden z tych obrazów, który zostaje w pamięci na lata. Bo „z malarstwem jest podobnie jak z muzyką. Słuchasz obsesyjnie jednego utworu […] a potem piosenki poprzedniej i następnej […] lecz tamta pierwsza piosenka nie traci swojej wyjątkowości, swojej mocy, zatrzymywania czasu” (s. 16-17). Dla mnie też czas zatrzymał się na reprodukcjach obrazów wiszących na szkolnej ścianie. To obrazy Piotra Michałowskiego – patrona tej szkoły. Pamiętam obrazy koni, dziś wiem, że wyprzedzające swoją epokę – ekspresyjne, dynamiczne, pełne impastów. Nerwowe i zamaszyste. Te konie widziane w galopie zrobiły na mnie takie wrażenie, że romantyzm pozostał jednym z moich ulubionych okresów w sztuce polskiej, a Galeria Sztuki Polskiej XIX i XX wieku w krakowskich Sukiennicach, jednym z najchętniej odwiedzanych muzeów. Jest to więc książka dla tych, których spojrzenie na sztukę zmieniła pewna reprodukcja.
I jest to też książka o śmierci i przemijaniu. O jednym z najgłębszych i najstarszych fundamentów twórczości, oswajanym przez artystów za pomocą symboliki vanitas. Autorka odwołuje się tu, chociażby do historii uwielbianego Carela Fabritiusa, którego życie było naznaczone serią osobistych tragedii. W wieku 19 lat miał on poślubić Aeltje Velthuys, która zmarła podczas połogu. Para już wcześniej miała pochować troje swoich dzieci – wszystkie zmarły w okresie niemowlęcym. Pełne cierpień życie Fabritiusa też miało zakończyć się nagle i tragicznie, bo 12 października 1654 roku w wyniku katastrofy znanej jako Delftse Donderslag, czyli Grom z Delft – wybuchu prochowni, który zniszczył jedną czwartą miasta.
Cumming przywołuje równie tragiczną historię małżeńską mentora Fabritiusa – Rembrandta. Rembrandt poślubił dobrze wszystkim znaną ze swoich obrazów Saskię w 1634 roku, a Saskia stała się wtedy jego największą muzą. Ich szczęście też naznaczyła śmierć dzieci – pierwszego syna w wieku dwóch miesięcy, a dwóch córek – krótko po narodzinach. A sama Saskia nie odzyskała pełni sił po porodzie ostatniego syna – Tytusa – i zmarła w wieku zaledwie 30 lat na gruźlicę.
Czy te tragedie można odnaleźć w ich dziełach, które są przecież wyzbyte symboliki memento mori? Czy kompulsywnie malowane autoportrety Rembrandta nie są, aby najlepszym dowodem przemijania, szczerą kroniką starzenia się, a „Lekcja anatomii doktora Tulpa” bezwzględnym podsumowaniem życia ludzkiego, które staje się obiektem badań? Czy odczytywanie symboliki „Szczygła” Fabritiusa – obrazu, który jako nieliczny przetrwał katastrofę – jako kruchego życia, które może zniknąć w ułamku sekundy, nie jest współczesnym nadużyciem? Cumming pisze: „nigdy nie chodzę po muzeach z myślą, że ludzie na portretach umarli, że już ich nie ma, choćby zostali namalowali nie wiem jak dawno temu. Obraz mocuje przedstawioną na nim osobę w chwili obecnej, a ta chwila jakoś obejmuje i mnie, i ciebie, i wszystkich, którzy przyjdą po nas” (s. 274-275).
Jest więc to książka dla tych, którzy przeżyli stratę. I dla tych, którzy patrząc na obraz, szukają historii, jakie za nim stoją. Historii malarzy, ale również historii odbiorców – gromadzonych przez wieki. A te zgromadzone przez samą siebie przedstawia Laura Cumming w książce „Grom z jasnego nieba”, budując z nich hołd dla sztuki holenderskiej. I hołd dla swojego zmarłego na raka ojca.
Od obrazu „Widok Delf” Carela Fabritiusa. Obrazu ważnego i osobistego – dla niej. Obrazu namalowanego przez jej ukochanego artystę. Czy jest to wielkie arcydzieło? Niekoniecznie, szczególnie w powszechnym postrzeganiu „wielkości” dzieł, posiłkującym się skalą w odniesieniu do „Dziewczyny z perłą” czy „Lekcji anatomii doktora Tulpa”. I niekoniecznie wielkie w rozumieniu gabarytów, bo tylko 40-centymetrowe. Krytycy, nawet ci współcześni, o sztuce holenderskiej, oczywiście z wyłączeniem tej autorstwa Vermeera czy Rembrandta, mówią: „podła pogoda, a więc marna sztuka. […] Głównie brązy, bydło, wozy i błoto, chłopi, tace, za dużo kwiatów, zdecydowanie za dużo nieba…” (s. 150). Co Cumming kwituje: „może za dużo dla nich, ale nie dla mnie; nigdy nie mam dość holenderskiej sztuki” (s. 150). Ja autorkę rozumiem, bo również holenderskiej sztuki nigdy nie mam dość. A te wymienione wyżej elementy uważam za jej atuty. Unikalny realizm i koncentracja na prostej codzienności. Nieidealne wnętrza, zwykła codzienność, tematyka świecka. Niezwykła koncentracja na detalu, sceny rodzajowe, widoki miast z licznymi postaciami w miniaturze. „Kwiatowa kompozycja, scena w oberży, ujście rzeki z łódką lub bez niej, pani czytająca list w obecności służącej lub sama – od razu wiemy, o czym mówimy, gdy mamy na myśli malarstwo Holendrów, a możemy to powiedzieć o niewielu innych narodach” (s. 167-169). Jest to więc książka dla tych, którzy kochają sztukę holenderską.
Ta książka jest też o tym, jak patrzymy na obrazy. Bo „obrazy oglądamy zawsze w określonym miejscu i czasie. […] Są fragmentami naszego życia, chwilami istnienia powszednimi jak deszcz albo niespodziewanymi jak uderzenie pioruna. Cokolwiek nas tego dnia zajmuje, cokolwiek dzieje się w naszych myślach albo w gąszczu codziennych spraw, znajduje odzwierciedlenie w tym, co widzimy” (s. 18). Pisał już o tym Ernst Gombrich w dziele „Sztuka i złudzenie” (1960), choć w sposób nieco bardziej naukowy. Cumming, bardziej lub mniej świadomie, przytacza jego tezę: „niewinne oko nie istnieje” („the innocent eye is a myth”), która głosi, że nigdy nie patrzymy na świat w sposób całkowicie obiektywny i „czysty”. Patrząc na obraz, nie tylko biernie go rejestrujemy, ale jednocześnie interpretujemy. Zawsze korzystamy z tego, co już wiemy – wiedzy naukowej, doświadczeń kulturowych, wspomnień i naszych nawyków. „Obrazy potrafią nas krzepić, przypominać nam, kim jesteśmy i jakie wyznajemy wartości. […] To, co widzisz, jest twoje i tylko twoje, i zawsze prawdziwe dla ciebie, bez względu na to, co myślą inni” (s. 15). Jest to więc też książka dla tych, którzy szukają własnych interpretacji.
Cumming wspomina również obraz „Zimowa scena z łyżwiarzami w pobliżu zamku” Hendricka Avercampa, którego reprodukcję miała zobaczyć swojego pierwszego dnia w szkole. To jeden z tych obrazów, który zostaje w pamięci na lata. Bo „z malarstwem jest podobnie jak z muzyką. Słuchasz obsesyjnie jednego utworu […] a potem piosenki poprzedniej i następnej […] lecz tamta pierwsza piosenka nie traci swojej wyjątkowości, swojej mocy, zatrzymywania czasu” (s. 16-17). Dla mnie też czas zatrzymał się na reprodukcjach obrazów wiszących na szkolnej ścianie. To obrazy Piotra Michałowskiego – patrona tej szkoły. Pamiętam obrazy koni, dziś wiem, że wyprzedzające swoją epokę – ekspresyjne, dynamiczne, pełne impastów. Nerwowe i zamaszyste. Te konie widziane w galopie zrobiły na mnie takie wrażenie, że romantyzm pozostał jednym z moich ulubionych okresów w sztuce polskiej, a Galeria Sztuki Polskiej XIX i XX wieku w krakowskich Sukiennicach, jednym z najchętniej odwiedzanych muzeów. Jest to więc książka dla tych, których spojrzenie na sztukę zmieniła pewna reprodukcja.
I jest to też książka o śmierci i przemijaniu. O jednym z najgłębszych i najstarszych fundamentów twórczości, oswajanym przez artystów za pomocą symboliki vanitas. Autorka odwołuje się tu, chociażby do historii uwielbianego Carela Fabritiusa, którego życie było naznaczone serią osobistych tragedii. W wieku 19 lat miał on poślubić Aeltje Velthuys, która zmarła podczas połogu. Para już wcześniej miała pochować troje swoich dzieci – wszystkie zmarły w okresie niemowlęcym. Pełne cierpień życie Fabritiusa też miało zakończyć się nagle i tragicznie, bo 12 października 1654 roku w wyniku katastrofy znanej jako Delftse Donderslag, czyli Grom z Delft – wybuchu prochowni, który zniszczył jedną czwartą miasta.
Cumming przywołuje równie tragiczną historię małżeńską mentora Fabritiusa – Rembrandta. Rembrandt poślubił dobrze wszystkim znaną ze swoich obrazów Saskię w 1634 roku, a Saskia stała się wtedy jego największą muzą. Ich szczęście też naznaczyła śmierć dzieci – pierwszego syna w wieku dwóch miesięcy, a dwóch córek – krótko po narodzinach. A sama Saskia nie odzyskała pełni sił po porodzie ostatniego syna – Tytusa – i zmarła w wieku zaledwie 30 lat na gruźlicę.
Czy te tragedie można odnaleźć w ich dziełach, które są przecież wyzbyte symboliki memento mori? Czy kompulsywnie malowane autoportrety Rembrandta nie są, aby najlepszym dowodem przemijania, szczerą kroniką starzenia się, a „Lekcja anatomii doktora Tulpa” bezwzględnym podsumowaniem życia ludzkiego, które staje się obiektem badań? Czy odczytywanie symboliki „Szczygła” Fabritiusa – obrazu, który jako nieliczny przetrwał katastrofę – jako kruchego życia, które może zniknąć w ułamku sekundy, nie jest współczesnym nadużyciem? Cumming pisze: „nigdy nie chodzę po muzeach z myślą, że ludzie na portretach umarli, że już ich nie ma, choćby zostali namalowali nie wiem jak dawno temu. Obraz mocuje przedstawioną na nim osobę w chwili obecnej, a ta chwila jakoś obejmuje i mnie, i ciebie, i wszystkich, którzy przyjdą po nas” (s. 274-275).
Jest więc to książka dla tych, którzy przeżyli stratę. I dla tych, którzy patrząc na obraz, szukają historii, jakie za nim stoją. Historii malarzy, ale również historii odbiorców – gromadzonych przez wieki. A te zgromadzone przez samą siebie przedstawia Laura Cumming w książce „Grom z jasnego nieba”, budując z nich hołd dla sztuki holenderskiej. I hołd dla swojego zmarłego na raka ojca.
Laura Cumming: „Grom z jasnego nieba. Opowieść o sztuce, życiu i nagłej śmierci”. Przeł. Anna Sak. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |









ISSN 2658-1086

