ISSN 2658-1086

15 kwietnia 8 (536) / 2026

Katarzyna Szkaradnik,

'DLACZEGO SERWIS NIE IDZIE?!' ('NA OSTRZU NOŻA', REŻ. PIOTR RATAJCZAK)

A A A
Pamiętam, jak przed laty zdarzało mi się trafić w telewizji na reality show „Hell’s Kitchen”, z którego utkwiły mi w głowie gniewne pokrzykiwania i marsowe oblicze Gordona Ramsaya oraz pośpieszne ruchy podenerwowanych uczestników-kucharzy w trakcie tzw. serwisu. Nie wiem, czy polski klon programu, z Wojciechem Modestem Amaro w roli prowadzącego, cieszył się taką popularnością jak zachodni pierwowzór, niemniej motyw zbiorowej pracy w kuchni pod presją czasu i pod okiem srogiego szefa wydaje się nośny fabularnie, o czym przekonuje nowy spektakl Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu. „Na ostrzu noża” – dość swobodna adaptacja sztuki „The Kitchen” Arnolda Weskera z 1957 roku, według scenariusza Joanny Kowalskiej i w reżyserii Piotra Ratajczaka – pozwala zajrzeć na zaplecze restauracji, w miejsce, które dla osób nigdy niezarabiających „na zmywaku” ani jako kelnerzy pozostaje niedostępne i trochę tajemnicze (lub raczej pozostawało, dopóki nie pojawiły się produkcje ukazujące kuchnię „od kuchni”, z „Kuchennymi rewolucjami” na czele).

Warto dodać, że sztuka Weskera miała w Polsce premierę „już” w 1972 roku w Teatrze Ateneum (w jedną z głównych postaci wcielił się Roman Wilhelmi), lecz odnosi się wrażenie, że mimo postępu technicznego realia pracy w gastronomii niewiele się zmieniły. Do realiów twórcy „Na ostrzu noża” przyłożyli dużą wagę: scenografia (zaprojektowana przez Marcina Chlandę) prezentuje prawdziwe wyposażenie restauracyjnej kuchni, a żeby nadać fabule i emocjom jeszcze większą wiarygodność, aktorzy faktycznie przyrządzają potrawy. (Zapewniono im konsultacje z szefem kuchni Rafałem Rogozińskim z restauracji Szeroka 9, w której poznawali też organizację pracy zespołowej w takim zakładzie i która jest oficjalnym partnerem przedsięwzięcia. Notabene, niejedyny to element toruńskiego kolorytu lokalnego w spektaklu). Naturalistyczny charakter sztuki i sensualność doświadczenia teatralnego wzmagają zapachy jedzenia – w każdym razie dolatywały one do pierwszych rzędów na przedstawieniu 3 marca 2026 roku.

Jak łatwo się domyślić, nie o pokazanie widzom technikaliów kulinarnych wszakże chodzi, ale o interakcje i stosunki międzyludzkie skondensowane w jednym pomieszczeniu (mamy tu klasyczną jedność czasu, miejsca i akcji). Zamknięta przestrzeń bowiem – niczym w „Hell’s Kitchen” – uwydatnia dynamikę grupy poddanej stresowi, który generuje napięcia i konflikty. Sam tytuł spektaklu zresztą zapowiada, że one właśnie będą motywem przewodnim. Napięcia te wiążą się ze złożoną hierarchią w zespole: gradacja ważności nie przebiega tylko od szefa kuchni przez kucharzy po pomoc kuchenną, lecz występuje także między przygotowującymi dania a obsługującymi salę. Ci drudzy nie są dopuszczani do strefy zarezerwowanej dla pierwszych, którzy niekiedy nie wahają się przypomnieć kelnerom, gdzie – dosłownie i w przenośni – jest ich miejsce.

Najwyraźniej zależności służbowe rysują się, rzecz jasna, pomiędzy szeregowymi pracownikami a menedżerem i właścicielką: tu w grę wchodzą już władza, podziały klasowe, wręcz wyzysk („A my? Ktoś myśli, czy my nie jesteśmy głodni?” – rzuca kucharka ostatkiem sił po szalonym dniu przy garach). W dodatku tak się składa, że akurat tego dnia rozpoczynają pracę świeżo zatrudnieni kucharz i kelnerka – z punktu widzenia scenariusza oczywiście to pretekst do zdradzenia zarówno im, jak i publiczności różnych tajników, a także do ukazania jeszcze innego rodzaju podległości (nowi muszą odwalać czarną robotę). W owej sieci relacji scenarzystka wraz z reżyserem osadzają autentyczne problemy załogi restauracji i do maksimum wykorzystują potencjał dramaturgiczny fizycznego oraz psychicznego przeciążenia harówką, która z jednej strony bywa mechaniczna („Robot kuchenny Piotr do usług!”), z drugiej zaś – wymaga pamiętania o mnóstwie spraw (choćby zamawianiu towaru czy terminach przydatności do spożycia). Na porządku dziennym są rywalizacja, animozje i gniew, a buzujące jak w garnku emocje mogą w każdej chwili wybuchnąć – zgodnie z hasłem dawnej kampanii społecznej – „bo zupa była za słona”. Żeby rozpętało się piekło z tytułu wspomnianego reality show, w istocie niewiele potrzeba. „Myślałem, że to dobra restauracja” – dziwi się nowy kucharz. „Restauracja nie, ale kuchnia tak” – poprawia go kolega po fachu.

Niemniej zadrażnienia związane ze strukturą mikrospołeczności lokalu i z eksploatacją pracowników nie są jedynym tematem „Na ostrzu noża” – bez mała równie ważna wydaje się namiętność. Sugeruje to także plakat, na którym Michał Darewski (wcielający się na scenie w kucharza Piotra), wpatrując się w nas jakby trochę nieprzytomnie, zlizuje sobie z palców keczup, co może wzbudzać asocjacje zarówno makabryczne, jak i erotyczne. W pozornie prostej fabule przewijają się też kwestie niespełnionych marzeń, ambicji i frustracji, pragnienia bliskości czy skrywanych nałogów. Mamy wreszcie bardzo aktualny wątek emigranta – w polskiej adaptacji występuje Białorusin, ale co ciekawe, ekipa londyńskiej restauracji ze sztuki Weskera już przed 70 laty była wieloetniczna. Właśnie Dimitri (w tej roli gościnnie Siarhei Artsiomenka) wygłasza apologię wolności, niedocenianej przez Polaków, którzy wiecznie narzekają lub chcą omijać przepisy, a na Białorusi będącej towarem deficytowym. Monolog Dimy jest jedynym przejawem dydaktyzmu, na jaki pozwolili sobie twórcy spektaklu, w dodatku uzasadnionym sytuacją sceniczną i konstrukcją postaci.

Sądzę, że owa konstrukcja postaci, nakreślenie portretu psychologicznego większości z nich, stanowi mocny fundament, bez którego nie udałoby się zbudować przekonującego obrazu ich relacji społecznych. Za sprawą niejednostajnego rytmu dramatu scenarzystka, reżyser i sami aktorzy mogą nieco pogmerać w charakterach bohaterów. A obserwujemy doprawdy wachlarz osobowości. Są tu starsi: doświadczona kucharka Basia (Małgorzata Abramowicz) oraz pomocnik Wiesiek (Paweł Kowalski), którzy nieustannie sobie dogryzają, ale to cała rozrywka, na jaką mogą jeszcze liczyć, stąd ich zgorzknienie i różnorako maskowany żal. Nadziei na lepsze życie nie brakuje młodym: kelnerka Monika (Julia Szczepańska), nienawidząca „tej gównianej kuchni” i zdeterminowana, żeby się z niej wyrwać, zamierza zostać aktorką (pojawia się motyw mise en abyme). Postać Moniki wybija się na pierwszy plan razem ze wspomnianym już Piotrem, z którym łączy ją burzliwa relacja, obfitująca zarówno w namiętność, jak i w pretensje spowodowane odmiennymi oczekiwaniami i priorytetami. Do uwypuklenia dramatyzmu ich relacji przyczynia się popędliwość lub wręcz nadpobudliwość młodego kucharza, który przypuszczalnie spełnia kryteria diagnostyczne ADHD. Jego atak na Dimę może wywoływać niechęć, ale bodaj tylko Piotr jeszcze nie czuje znużenia, ma autentyczną pasję i – jak się okazuje – talent; on też rzuca celne spostrzeżenia, chociażby porównując improwizację aktorską z improwizacją kucharską. Dlatego mimo że sprawia wrażenie nieodpowiedzialnego dzieciaka, który łatwo ulega impulsom, niewątpliwie zaskarbia sobie sympatię widza.

Trochę zadziorny jest także kelner Igor (Maciej Raniszewski), podrywacz, bajerant i krętacz, cynicznie ukierunkowany na zdobywanie pieniędzy, a niejako przeciwwagę dla niego stanowi spokojna, serdeczna kelnerka Ania (Maria Kierzkowska), najmniej wyraziście ukazana członkini drużyny. Również nowicjusze przynoszą ze sobą własne historie, charaktery (uroczo nieśmiały Adam w wykonaniu Łukasza Ignasińskiego) oraz problemy (Viola, grana przez Joannę Rozkosz, która wskutek nich staje się ofiarą szantażu). Trzymać zespół w ryzach powinien szef kuchni Arek (Grzegorz Wiśniewski), ten jednak, pogodzony z brakiem perspektyw na karierę, popadł w marazm (intryguje jego przemilczana w fabule przeszłość). W rezultacie de facto rządzi i wydaje polecenia menedżer Bartosz (Arkadiusz Walesiak), którego interesują rentowność i wizerunek firmy w social mediach, nie zaś faktyczny dobrostan załogi. Swoistą wisienką na tym wieloskładnikowym torcie jest właścicielka Danuta (Matylda Podfilipska) – zgoła karykaturalna postać bizneswoman. Z jednej strony całkiem niezorientowana w realiach bytowych zatrudnianych osób i stawiająca modny dizajn ponad rozsądne gospodarowanie budżetem, a zarazem apodyktyczna i sypiąca frazesami („Ja też dobrze płacę, tylko pracować trzeba”), z drugiej – infantylnie bezradna w sytuacji konfliktowej.

Punkt kulminacyjny następuje, gdy zaczyna się serwis, a przypadkiem akurat tego dnia trzeba zająć się równocześnie trzydziestoma klientami z przedsiębiorstwa, z którym kontakty biznesowe utrzymuje szefowa. Do kuchni co chwila wparowują zniecierpliwieni kelnerzy, którzy nie chcą się narazić na reprymendę za zbyt wolną obsługę gości (dowiadujemy się, że „zasada numer jeden to: zap… między stolikami”). W miarę jak spływają kolejne zamówienia, ogarnia ich popłoch i wprost wyrywają sobie talerze, żeby jak najszybciej załatwić swój rewir. Padają lapidarne komendy, kucharze zwijają się niczym w ukropie, jedni i drudzy wrzeszczą, biegają, napięcia w obu grupach i pomiędzy nimi eskalują (z czym koresponduje oprawa muzyczna), w końcu – sięgają zenitu.

Choć poirytowany menedżer pyta: „Dlaczego serwis nie idzie?!”, na scenie wszystko idzie tak, jak powinno. Uznanie należy się odpowiedzialnemu za ruch sceniczny Arkadiuszowi Buszce oraz reżyserowi za osiągnięcie kontrolowanego chaosu, czyli nadzwyczajnej koordynacji, dzięki której kuchenny galimatias wygląda wiarygodnie, a jednocześnie zdarzają się tylko zaplanowane wypadki. Mamy przy tym sposobność podziwiać popis gry aktorskiej, zwłaszcza w połączeniu gorączkowego tempa akcji z gotowaniem na żywo. Nie wiem, jaki warsztat kulinarny prezentuje ekipa teatru w Toruniu po korepetycjach u eksperta (sugeruję wprowadzenie degustacji dla widzów), ale warsztat aktorski właściwie każdego członka i członkini zespołu wolno ocenić jako bardzo dobry. Darewski zaś stworzył wręcz znakomitą kreację, aczkolwiek sprzyja mu to, że otrzymał najszersze pole manewru, może zatem przedstawić paletę emocji i skomplikowanie swojego bohatera za pomocą różnorakich środków ekspresji (skądinąd wykazuje się też cyrkową ekwilibrystyką).

Co prawda momentem próby z pozoru jest serwis, kiedy w stresie ujawniają się najgorsze cechy osobowości, lecz w istocie przesilenie następuje za sprawą… biednego rencisty (Jarosław Felczykowski). Słusznie może się tu skojarzyć cytat z Ewangelii: „Byłem głodny, a nakarmiliście mnie”, gdyż podejście do tego gościa (bo nie klienta) okazuje się probierzem charakterów. Z kolei rozmaite układy i relacje pomiędzy wszystkimi postaciami, sympatie i spięcia między nimi stanowią warianty stosunków międzyludzkich i mechanizmów funkcjonujących nie tylko w branży gastronomicznej – mają rys uniwersalny. Zresztą, jak wiadomo, sfera kulinarna jest niewyczerpanym źródłem metafor i powiedzeń zawierających refleksję nad życiem w ogóle.

À propos powiedzeń, należy pochwalić dialogi, świetnie napisane przez Joannę Kowalską – niewymuszone, a zarazem błyskotliwe, które obejmują też dowcipy sytuacyjne i cięte riposty, podtrzymują dynamikę nawet w mniej dynamicznych scenach i powodują, że do spektaklu ani na chwilę nie wkrada się nuda. Wszakże po przedstawieniu usłyszałam opinię pewnej starszej pani, według której jedynym mankamentem były wulgaryzmy – mogli więcej „wykropkować”. Uśmiechnęłam się wtedy w myślach, że widocznie na dezaprobatę seniorki nie zasłużyła dość odważna scena seksu, a tutaj muszę zaznaczyć, że przekleństwa w „Na ostrzu noża” są nieliczne; bez wątpienia w rzeczywistej kuchni padają nieporównywalnie częściej.

Sama natomiast odczuwałam jakiś niedosyt, brak domknięcia przynajmniej niektórych wątków. Nie domagam się interwencji deus ex machina, lecz skoro zgadzamy się na lekkie naruszenie prawdopodobieństwa (wyjątkową kumulację zdarzeń), można oczekiwać takiego chwytu także w finale. Czy powinniśmy wnioskować, że następnego dnia kucharze i kelnerzy będą mieli powtórkę z rozrywki? („Gdybyście tego nie lubili, to byście tu nie pracowali” – zauważa Piotr). Przecież pewne decyzje nieodwołalnie zapadły, pozostają kroki, których nie da się cofnąć, zaprzepaszczone szanse i stracone złudzenia. Jednak czy gości obchodzą dramaty z kuchennego zaplecza, o których nic nie wiedzą? Oni chcą po prostu dostać smaczny i mniej lub bardziej wykwintny posiłek. Chociaż na obiady w restauracji nie każdego stać (i nie byłoby stać sporej części załogi lokalu z „Na ostrzu noża”), kuchnia jako taka stanowi zasadniczy, niezbywalny element życia, jej pracownicy mogą się więc dowartościowywać. Jak wyrokuje Basia: „Jedzenie to najważniejsza rzecz na świecie”. Gdy Igor zaprzecza i twierdzi, że najważniejsze są pieniądze, kucharka ripostuje: „Żeby mieć za co jeść”.

Toruński spektakl wydaje się idealną pozycją repertuarową dla średnio wyrobionego widza, który z jednej strony nie zadowala się czystą rozrywkowością komedii (za tym określeniem nieraz kryje się miałka farsa) i jest spragniony walorów artystycznych, a z drugiej strony pozostaje sceptyczny wobec sztuk „transgresyjnych”, przerafinowanych i niekomunikatywnych. „Na ostrzu noża” bowiem przypomina danie takie jak te, które Piotr chciałby kiedyś gotować we własnej restauracji – „proste, ale perfekcyjnie dopracowane”.
Na ostrzu noża” na podstawie „The Kitchen” Arnolda Weskera. Scenariusz: Joanna Kowalska. Reżyseria, opracowanie muzyczne: Piotr Ratajczak. Scenografia: Marcin Chlanda. Kostiumy: Grupa Mixer. Ruch sceniczny: Arkadiusz Buszko. Premiera: 28.02.2026 r., Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu.
Fot. Marek Zimakiewicz.