ISSN 2658-1086

15 września 18 (546) / 2026

Zuzanna Sokołowska, Mateusz Pawełczyk,

IDEA MUSI SPOTKAĆ SIĘ Z MATERIĄ

A A A
Zuzanna Sokołowska: Spotykamy się z okazji kuratorowanej przez Pana tegorocznej prezentacji prac dyplomowych absolwentów Wydziału Sztuki Uniwersytetu Jana Długosza, którą można było oglądać w Miejskiej Galerii Sztuki w Częstochowie. Pan również ukończył tą uczelnię i aktualnie jest jej pracownikiem. Jak z Pańskiej perspektywy, najpierw studenta, a później wykładowcy zmieniały się prace studentów i ich sposoby myślenia o sztuce ? Czy zauważył Pan jakieś prawidłowości?

Mateusz Pawełczyk: Rzeczywiście. To prawda, mam dość wyjątkową możliwość obserwowania tego Wydziału z dwóch perspektyw — najpierw jako student, a później jako nauczyciel akademicki. Z uczelnią, Wydziałem i kierunkiem, jakim jest malarstwo, jestem związany od 2010 roku. W tym czasie mogłem obserwować, jak zmieniają się kolejne pokolenia studentów, ich prace i sposób myślenia o sztuce. Na pewno bardzo ewoluowało to, co nazwałbym wizualnością. Mam wrażenie, że studenci dziś, częściej zaczynają od konkretnego pomysłu na obraz, rozwiązania formalnego czy gestu, a dopiero później budują wokół tego szersze znaczenie. Kiedyś częściej punktem wyjścia była idea, którą następnie przekładało się na język wizualny. Nie traktuję tego jednak jako wartościowania. Nie chciałbym wpadać w pułapkę „kiedyś to było”. Każde pokolenie ma inne doświadczenia i inne narzędzia. Jeśli miałbym wskazać najważniejszą zmianę, powiedziałbym więc, że przesunął się punkt ciężkości — od obrazu będącego konsekwencją idei – w stronę obrazu, który sam staje się początkiem poszukiwania znaczeń.

Z.S.: A jakie zmiany nastąpiły w Pana malarskiej twórczości i w sposobie myślenia o sztuce? Czy jest Pan w stanie wskazać jakieś newralgiczne momenty, które zasadniczo na Pana wpłynęły?

M.P.: Och, tych zmian było kilka. Przez okres studiów i jeszcze kilka lat po nich koncentrowałem się przede wszystkim na rozwijaniu własnego wachlarza znaków, śladów i gestów malarskich. Z czasem zacząłem wykorzystywać je do budowania bardziej konkretnych wypowiedzi, a kolejnym ważnym etapem było wejście w obszar pracy z figurą ludzką.

Jeśli miałbym wskazać moment naprawdę newralgiczny i kluczowy, to jest nim coś, co wydarzyło się stosunkowo niedawno — zmęczenie materią i jednocześnie ponowne odkrycie radości z bardziej wrażeniowego malowania, szczególnie martwych natur. To dla mnie dość świeża sytuacja, dlatego jeszcze nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi. Być może za rok czy dwa będę mógł już powiedzieć, że był to kolejny istotny zwrot w moim malarstwie. Na razie po prostu sprawdzam, co z tego wyniknie.

Z.S.: Już teraz jestem ciekawa, w jaki sposób będzie ewoluowała Pana twórczość. No właśnie, tak a propos zwrotów, jak Pan ocenia perspektywy obrane przez sztukę nowoczesną, skupiającą się w dużej mierze na posthumanizmie, działaniach zorientowanych na ekologię, a także eksplorowaniu zmysłów i cielesności? Czy dostrzega Pan tego rodzaju zainteresowania w pracach swoich studentów?

M.P.: Mam z tym pewien problem. Denerwuje mnie czasem zwiewność współczesnej sztuki i jej nadmierny egocentryzm. Kiedy bardzo wiele osób podejmuje podobne tematy — posthumanizm, ekologię, cielesność, zmysły — zaczyna być trudno rozpoznać indywidualny język autora. Mam też wrażenie, że niekiedy sama idea przesłania to, co dla mnie w sztuce nadal jest bardzo ważne, czyli konkret, materialność i warsztat. Oczywiście, widzę te zainteresowania również u naszych studentów, choć chyba nie zawsze przyjmują one taką samą formę. Być może częściowo wynika to z tego, że dość mocno „ględzimy” o warsztacie i o tym, żeby za pomysłem stała również konkretna praca z materią. I chyba dobrze, bo niezależnie od tego, jak bardzo zmieniają się tematy i języki sztuki, interesuje mnie moment, w którym idea musi spotkać się z materią i coś z tego spotkania rzeczywiście wynika.

Z.S.: Zgadzam się z Panem. Jako odbiorczyni sztuki, zaczynam tęsknić za realizacjami, które nie potrzebują rozległych opisów na wystawie i jeszcze bardziej rozległego tekstu kuratorskiego, aby je zrozumieć. Coraz częściej łapię się na tym, że dobrze by było zobaczyć w galerii prace, które potrafią porwać estetycznie i intelektualnie od razu - bez zbędnych wywodów i wyjaśnień. Zdarza się to niestety bardzo rzadko. Ale dobrze, że w ogóle. Jestem ciekawa, co zaskoczyło Pana najbardziej w realizacjach tegorocznych absolwentów? Jakie techniki głównie dominują?

M.P.: Chyba najbardziej zaskoczyły mnie niektóre bardzo odważne próby „prania brudów” — szczególnie w obszarze fotografii. Były to realizacje osobiste, czasem ryzykowne, ale właśnie przez to interesujące. Jeśli chodzi o techniki, trudno mówić o jednej dominującej, bo zależało nam na zachowaniu pewnej proporcji pomiędzy malarstwem, grafiką i fotografią. Jak wiadomo, studia to przecież czas eksperymentów — czasem efektem są świadomie wykorzystane błędy, przeterminowane materiały czy nieoczywiste rozwiązania. Najbardziej zaskoczyła mnie jednak biegłość i swoboda, z jaką tegoroczni absolwenci potrafili się tymi środkami posługiwać. I chyba właśnie ta swoboda była dla mnie największą niespodzianką. Oczywiście wiąże się to z umiejętnością współpracy z promotorami, nauczycielami. Efekt dyplomu to zawsze ekwiwalent wspólnej pracy w ramach toku studiów.

Z.S.: Bardzo ciekawymi pracami są instalacje inspirowane rozkładem i pleśnią Marii Kwapień, realizacje Apolonii Morawskiej, które powstały przy użyciu między innymi wybielacza, a także specjalnie zaaranżowany pokój, który przygotowała Lena Głogowska. Czy mógłby Pan opowiedzieć o nich nieco więcej?

M.P.: Tak, to bardzo różne realizacje, ale każda z nich jest mocno osadzona w osobistym doświadczeniu. Pola chyba przede wszystkim dobrze się bawiła, pracując nad swoimi „Pierdołami” — tak sama nazywa część dyplomowego cyklu. Jest w tym sporo ironii, absurdu i dystansu. Mam wrażenie, że poprzez tę przewrotność próbuje trochę oswoić otaczający ją świat, a jednocześnie znaleźć własny język wypowiedzi. U Leny jest zupełnie inaczej. Ona przede wszystkim grzebie w pamięci i wraca do dziecięcych marzeń. Stworzyła własną, bardzo osobistą przestrzeń, którą sama zaprojektowała i w której również się broniła. Ta instalacja była właściwie jej naturalnym środowiskiem. Próba przeniesienia jej do przestrzeni wystawienniczej była więc pewnym wyzwaniem, bo traciła część tego pierwotnego kontekstu. Mimo to wydaje mi się, że udało się zachować jej najważniejszy element — osobisty i trochę oniryczny charakter tej pracy. A Maria? Cóż, Maria generalnie pracuje z tkaniną, więc dostała zgodę by robić „swoje”, ale myśleć po malarsku.

Z.S.: Na uwagę na wystawie zasługują także fotografie i animacje. Jakie tematy i zagadnienia najbardziej pochłonęły tegorocznych absolwentów?

M.P.: O fotografiach już trochę wspominałem, ale rzeczywiście jest w nich sporo osobistych refleksji i bardzo indywidualnych historii. Pojawiają się tematy relacji z osobami starszymi, ich codzienności i problemów, są też odniesienia do choroby czy przemijania. To prace, które często wychodzą od własnego doświadczenia, ale potrafią wyjść poza nie i dotknąć bardziej uniwersalnych kwestii.

Ciekawym wyjątkiem jest dyplom Cezarego Ankowskiego, który zajął się badaniem Jury — i zrobił to z dość nietypowej perspektywy, również w odniesieniu do twórczości Stanisława Lema.

W przypadku animacji też widać to zróżnicowanie. Jedna z nich wpisuje się w obszar osobistych refleksji, ale jednocześnie ma bardzo istotny element eksperymentalno-warsztatowy — wykorzystuje między innymi technikę mokulito. To ciekawy przykład połączenia osobistej historii z poszukiwaniem własnego języka formalnego. Druga, „Historia Pana Ż.”, jest zupełnie inna — zdecydowanie bardziej ironiczna, absurdalna, momentami wręcz walaszkowata. I chyba dobrze, że na wystawie jest miejsce również na takie realizacje, bo pokazują, że dyplom nie musi być zawsze śmiertelnie poważnym komentarzem do rzeczywistości.

Z.S.: Tak, dokładnie. Prezentacja dyplomów zawsze pokazuje różnorodność języków wizualnych. Można zauważyć, że największym zainteresowaniem cieszą się głównie ekspozycje organizowane przez Akademie Sztuk Pięknych, a realizacje absolwentów z mniejszych uczelni cieszą się mniejszą uwagą. Jak Pan myśli, z czego to wynika?

M.P.: Myślę, że w dużej mierze wynika to z utrwalonego prestiżu Akademii Sztuk Pięknych. Ich marka przez lata zbudowała określone oczekiwania i zainteresowanie, zarówno wśród odbiorców, jak i środowiska artystycznego. Nie jest to chyba szczególnie odkrywcza diagnoza, ale rzeczywiście ma znaczenie.

Z.S.: Mniejsze ośrodki akademickie posiadają własne, wypracowane myślenie o wizualności, kulturze i sztuce, nikogo nie naśladują i pokazują, że można podążać własną drogą nie oglądając się na Akademie Sztuk Pięknych czy ideologiczne trendy. To chyba daje sporą niezależność twórczą?

M.P.: A owszem, daje — i uważam, że trzeba o tę niezależność bardzo dbać. Właśnie  ten dystans od głównego nurtu może być siłą mniejszych jednostek, choćby za cenę braku "wjazdu" do  niektórych dużych wydarzeń branżowych. Pozwala to jednak  pracować po swojemu, bez konieczności dopasowywania się do aktualnych mód czy środowiskowych oczekiwań. Nie mam też potrzeby udowadniania, że wszystko, co powstaje poza dużymi ośrodkami, jest z definicji lepsze. Chodzi raczej o to, żeby dać sobie prawo do własnej drogi. Mniejsze jednostki mają swoje uroki i walory — i czasem naprawdę wystarczy je podnieść i pokazać światu. 

Z.S.: Jak zmienił się Wydział Sztuki w ostatnich latach? Jakie inicjatywy pociągają teraz Państwa najbardziej?

M.P.: Myślę, że przede wszystkim mocno otworzyliśmy się na bezpośrednią współpracę ze studentami. Mamy ich stosunkowo niewielu, dzięki czemu możemy ich dobrze poznać i bardzo szybko włączać w nasze działania — wystawy, projekty badawcze czy wydarzenia organizowane wspólnie z lokalnymi instytucjami.A co nas teraz najbardziej pociąga? Chyba właśnie lokalność i trochę offowe podejście do branży. Chcemy po prostu robić swoje — wykorzystywać to, co mamy, współpracować z lokalnymi instytucjami, artystami i środowiskami, tworzyć wystawy, projekty i programy edukacyjne.

Z.S.: Czego można Państwu życzyć na kolejne lata?

M.P.: Spokoju...

Z.S.: Dziękuję za rozmowę.
DYPLOMY_2026
Prace dyplomowe absolwentów Wydziału Sztuki Uniwersytetu Jana Długosza w Częstochowie
Miejska Galeria Sztuki w Częstochowie
10.07-23.08.2026
kurator: dr Mateusz Pawełczyk