FLORA ALBO DZIECKO PRZYSZŁOŚCI (JONÁŠ ZBOŘIL: 'FLORA')
A
A
A
„Flora” to niepokojąca dystopia napisana przez czeskiego pisarza Jonáša Zbořila. Dystopia, a zarazem mikropowieść: oszczędna, opierająca się na fragmentach i migawkach, dykcją zbliżona do prozy poetyckiej (Zbořil ma wszak w swoim dorobku również wiersze). Dla mnie jednak „Flora” to przede wszystkim opowieść o rodzinie stawiająca ważne i skomplikowane etycznie pytania o to, co/kogo w świecie trwającej katastrofy uznamy za warte naszej troski i opieki. Moja lektura „Flory” idealnie zbiegła się w czasie z analizą innych książek, które dokonują mniej lub bardziej brutalnych wiwisekcji relacji rodzinnych, w tym takich, które kreślą scenariusze ich przyszłości. Z tego powodu „Flora” nieustannie wchodziła w nieoczekiwane interakcje z prozą polską, na przykład z opowiadaniem „Wizyta” Olgi Tokarczuk z tomu „Opowieści bizarne”. Zaraz wyjaśnię dlaczego.
Najpierw warto przybliżyć koncept powieści czeskiego pisarza. Oto bohaterowie, Adam i Sára, znajdują żywą istotę. Dziwny twór, o bliżej nieokreślonych kształtach, ale z elementami typowo ludzkimi, czyli twarzą, oczami czy ustami. Kłopot z rozpoznaniem i nazwaniem, z czym para ma do czynienia, to nie tylko kwestia pierwszego wrażenia; właściwie zróżnicowane opisy pojawiają się stale, oddając nie tylko konfuzję Adama i Sáry (zwłaszcza Adama), ale też zmienność samego tytułowego bytu. Pierwszy opis brzmi następująco: „Ciało jest drobne i kruche. Nie wiemy, gdzie się kończy ani gdzie zaczyna, co jest jego częścią, a co nie. Jakieś kable splecione z pędami krzaków, wszystko razem splątane jak słuchawki w kieszeni. Kawał mięsa, a może po prostu stara szmata. Zwierzęcy odór” (s. 9). Spotykają się w tym opisie elementy, które przez całą opowieść będą tyleż uzasadniać trud opieki, co kwestionować jego oczywistość. Krucha istota jest bowiem ludzka i nieludzka zarazem; bezbronna i nieprzewidywalna. Jej niemoc wzywa do podjęcia etycznie jednoznacznych decyzji, ale niejasna tożsamość wzbudza niepokój. Właściwie do wcześniejszych rozpoznań można dodać jeszcze jedno – „Flora” rozwija się jak horror, nie pozwalając ani na chwilę wyzbyć się podejrzeń wobec tytułowego bytu.
Zbořil zdaje się pytać, czy jesteśmy winni bezwarunkową troskę wszelkim żywym istotom, nawet jeśli nie znamy ich pochodzenia i przeznaczenia. Bohaterowie, obserwując Florę, widzą w niej nową formę życia, dowód, że poza wymieraniem mamy do czynienia z powstawaniem nowych gatunków. Jakie to jednak są/będą gatunki? W jakie systematyki mamy je wpisywać? I dlaczego plątanina naturalności i techniki przypominająca żywy byt, nazwany Florą, podobnie jak dziecko, szczeniak, kociak etc., wywołuje uczucia tożsame z rodzicielskimi? Dlaczego Sára staje się matką? Czy dlatego, że znaleziona istota przypomina dziecko i uruchamia w bezdzietnej parze odpowiedzialność za kruchy byt? Ważny jest, jak sądzę, fakt, że działa tutaj coś nieświadomego, znajdującego się poza racjonalnością bohaterów, rodzaj instynktu, bo przecież znalezione „coś” nie wytrzymuje porównania z człowiekiem: „Kikuciki chudych kończyn, sflaczała klatka piersiowa, pomarszczona twarz. Sierść, skóra, kable. Mięso poprzerastane fragmentami plastiku. Pędy. Kiedy dłużej przyglądam się temu uważnie, widzę coś znajomego. Coś, co może kojarzę. Zwierzę, dziecko. Potem dostrzegam na ścianie zdjęcie babci. Wrażenie podobieństwa do człowieka czy czegokolwiek żywego znika” (s. 14). Tyle, że to stale punkt widzenia Adama, który stara się ocenić sytuację racjonalnie, również w trybie potencjalnego zagrożenia. Dla Sáry jednak przyniesienie Flory do opuszczonego domku po babci wiąże się z bezwarunkowym nakazem opieki: zapewnienia bezpieczeństwa, karmienia, ubierania, kontaktu. Stopniowo w narrację wkradają się wszakże znaki dość dwuznacznie kształtującej się relacji między dzieckiem a matką – tak jakby Flora wyciągała coś z Sáry, karmiła się jej życiem, oddaniem, zdrowiem. Towarzyszenie obcemu bytowi zamienia się zatem w rodzaj pasożytnictwa, w którym tylko trzeźwość Adama może uchronić kobietę przed konsekwencjami oddania się nieznanej istocie.
Trudno pominąć jednak fragmenty, które dowodzą, że obecność Flory zmienia i zagarnia także Adama. Mężczyzna chciałby widzieć siebie jedynie jako kogoś chłodno analizującego sytuację, ale przecież czasem przejmuje opiekę nad Florą, a z pewnością zgadza się na całkowite podporządkowanie własnego życia (przeprowadzka, nieobecności w pracy) rytmowi i potrzebom tego nowego, kiełkującego. W tym sensie powieść Zbořila odsłania jeszcze jeden aspekt – pokazuje dynamicznie zmieniające się relacje między bohaterami, których obserwujemy tuż po utracie ciąży przez Sárę. Adam zdaje się rozumieć, że troska o Florę może być dla Sáry formą doświadczania żałoby i odzyskiwania sprawczości własnego ciała, znów gotowego do zapewniania bezpieczeństwa i okazywania miłości. To, co w sposób naturalny przebiega u Sáry, u Adama przypomina obowiązek stale podszyty lękiem. A przecież przeciwdziałać ma temu roślinne imię nadane bytowi (początkowo nazywanego przez Adama „grudą”) oraz poddanie życia (i narracji) rytmowi pór roku. Niestety, to, co naturalne, również wzbudza lęk jak grzybowe narośla, którymi pokrywa się ciało Flory, czy ciała sąsiadów przejęte przez rośliny pożerające wręcz wszelkie byty: ludzkie, zwierzęce i techniczne. Kumulacja obrazów w ostatniej, przypadającej na lato, części powieści sugeruje coraz wyraźniejsze zacieranie granic między nimi. Taka zdaje się cena za życie na Stepie – to dziwne miejsce znalezienia Flory i pobytu bohaterów ma swoją własną tożsamość: intrygującą, ale pełną niebezpieczeństw. Step, wyrzucony poza obręb miasta, pochłania to, co odrzucone, splata z naturą, prowadząc w konsekwencji do powstawania nowych istot. Step jest właściwie czwartym bohaterem powieści – jak uczłowieczony, żywy byt, tak postrzegany przez Adama: „Wszędzie wokół mnie świeże, zielone pędy roślin, których nigdy nie widziałem. Plączą się ze zmiażdżonymi kabelkami od słuchawek albo choinkowych światełek. Naczynia krwionośne wzgórza. Różowawa, obnażona glina z włoskami pędów wygląda jak skóra. Wzgórze jest garbem z wyrzuconych rzeczy. Głęboko w środku pracuje mięsień, rozkłada to, czego pozbyło się miasto. Powoli przeciąga wszystko przez swoje wnętrzności. Miesza. Czasem umiesza coś dziwnego” (s. 23). Coś takiego jak Flora.
Przebywanie z nią grozi swoistym zarażeniem, choć niejasne pozostaje, czym jest ów chorobowy bakcyl. Adam szuka znaków na ciele, z niepokojem obserwuje stan Sáry, stawiając jednocześnie pytania etyczne: czy można porzucić Florę, jeśli postrzega się ją jako zagrożenie? Czy Flora jako dziecko Stepu należy do tego miejsca i czy powinna mu zostać zwrócona? Czy to pytanie nie jest jednak formą usprawiedliwienia dla ludzi, których przerosło świadczenie troski? Nie zamierzam odpowiadać na te pytania, wszak narracja Zbořila również tego nie czyni, ale dobitnie je formułuje, kreśląc możliwe scenariusze naszego życia w czasie spełniającej się katastrofy, w czasie istnienia bytów postludzkich. Tutaj właśnie docieram do przecięcia refleksji czeskiego pisarza i Olgi Tokarczuk. W „Wizycie” bowiem jesteśmy w świecie posthumanistycznej społeczności, a właściwie rodziny egonów, w której dziecko pełni funkcję bytu mającego moc uruchamiania – paradoksalnie – czysto ludzkich emocji i relacji między kobietami-maszynami. Dziecko zatem napędza emocjonalne potrzeby i doprowadza do ich spełnienia. Cyborgiczna rodzina kobiet przedstawiona przez Tokarczuk uczłowiecza się za sprawą trzyletniego Chalima; z kolei ludzkie bezdzietne małżeństwo przyjmuje role rodziców, bo dostrzega w żywej, hybrydycznej istocie dziecko, zasługujące na troskę i miłość. Gdyby tylko oba teksty nie niosły ładunku niepokoju co do zasad ukształtowania owych światów przyszłości, można by ogłosić z dumą, że etyczne zobowiązania wynikające z człowieczeństwa pozostają niezagrożone...
*
Powieść Zbořila ukazała się jako dwudziesta i zarazem ostatnia (co konstatuję ze smutkiem, pisząc niniejszą recenzję po informacji o końcu działalności Dowodów) pozycja w Serii Stehlík, przybliżającej polskim czytelniczkom i czytelnikom zarówno czeską klasykę, jak i utwory mniej znane czy nowości. Mam jednak nadzieję, że jeszcze o poezji lub prozie Zbořila usłyszymy, nie trzeba wszak być czechofilem ani miłośnikiem dystopii, by docenić głos tego pisarza.
Najpierw warto przybliżyć koncept powieści czeskiego pisarza. Oto bohaterowie, Adam i Sára, znajdują żywą istotę. Dziwny twór, o bliżej nieokreślonych kształtach, ale z elementami typowo ludzkimi, czyli twarzą, oczami czy ustami. Kłopot z rozpoznaniem i nazwaniem, z czym para ma do czynienia, to nie tylko kwestia pierwszego wrażenia; właściwie zróżnicowane opisy pojawiają się stale, oddając nie tylko konfuzję Adama i Sáry (zwłaszcza Adama), ale też zmienność samego tytułowego bytu. Pierwszy opis brzmi następująco: „Ciało jest drobne i kruche. Nie wiemy, gdzie się kończy ani gdzie zaczyna, co jest jego częścią, a co nie. Jakieś kable splecione z pędami krzaków, wszystko razem splątane jak słuchawki w kieszeni. Kawał mięsa, a może po prostu stara szmata. Zwierzęcy odór” (s. 9). Spotykają się w tym opisie elementy, które przez całą opowieść będą tyleż uzasadniać trud opieki, co kwestionować jego oczywistość. Krucha istota jest bowiem ludzka i nieludzka zarazem; bezbronna i nieprzewidywalna. Jej niemoc wzywa do podjęcia etycznie jednoznacznych decyzji, ale niejasna tożsamość wzbudza niepokój. Właściwie do wcześniejszych rozpoznań można dodać jeszcze jedno – „Flora” rozwija się jak horror, nie pozwalając ani na chwilę wyzbyć się podejrzeń wobec tytułowego bytu.
Zbořil zdaje się pytać, czy jesteśmy winni bezwarunkową troskę wszelkim żywym istotom, nawet jeśli nie znamy ich pochodzenia i przeznaczenia. Bohaterowie, obserwując Florę, widzą w niej nową formę życia, dowód, że poza wymieraniem mamy do czynienia z powstawaniem nowych gatunków. Jakie to jednak są/będą gatunki? W jakie systematyki mamy je wpisywać? I dlaczego plątanina naturalności i techniki przypominająca żywy byt, nazwany Florą, podobnie jak dziecko, szczeniak, kociak etc., wywołuje uczucia tożsame z rodzicielskimi? Dlaczego Sára staje się matką? Czy dlatego, że znaleziona istota przypomina dziecko i uruchamia w bezdzietnej parze odpowiedzialność za kruchy byt? Ważny jest, jak sądzę, fakt, że działa tutaj coś nieświadomego, znajdującego się poza racjonalnością bohaterów, rodzaj instynktu, bo przecież znalezione „coś” nie wytrzymuje porównania z człowiekiem: „Kikuciki chudych kończyn, sflaczała klatka piersiowa, pomarszczona twarz. Sierść, skóra, kable. Mięso poprzerastane fragmentami plastiku. Pędy. Kiedy dłużej przyglądam się temu uważnie, widzę coś znajomego. Coś, co może kojarzę. Zwierzę, dziecko. Potem dostrzegam na ścianie zdjęcie babci. Wrażenie podobieństwa do człowieka czy czegokolwiek żywego znika” (s. 14). Tyle, że to stale punkt widzenia Adama, który stara się ocenić sytuację racjonalnie, również w trybie potencjalnego zagrożenia. Dla Sáry jednak przyniesienie Flory do opuszczonego domku po babci wiąże się z bezwarunkowym nakazem opieki: zapewnienia bezpieczeństwa, karmienia, ubierania, kontaktu. Stopniowo w narrację wkradają się wszakże znaki dość dwuznacznie kształtującej się relacji między dzieckiem a matką – tak jakby Flora wyciągała coś z Sáry, karmiła się jej życiem, oddaniem, zdrowiem. Towarzyszenie obcemu bytowi zamienia się zatem w rodzaj pasożytnictwa, w którym tylko trzeźwość Adama może uchronić kobietę przed konsekwencjami oddania się nieznanej istocie.
Trudno pominąć jednak fragmenty, które dowodzą, że obecność Flory zmienia i zagarnia także Adama. Mężczyzna chciałby widzieć siebie jedynie jako kogoś chłodno analizującego sytuację, ale przecież czasem przejmuje opiekę nad Florą, a z pewnością zgadza się na całkowite podporządkowanie własnego życia (przeprowadzka, nieobecności w pracy) rytmowi i potrzebom tego nowego, kiełkującego. W tym sensie powieść Zbořila odsłania jeszcze jeden aspekt – pokazuje dynamicznie zmieniające się relacje między bohaterami, których obserwujemy tuż po utracie ciąży przez Sárę. Adam zdaje się rozumieć, że troska o Florę może być dla Sáry formą doświadczania żałoby i odzyskiwania sprawczości własnego ciała, znów gotowego do zapewniania bezpieczeństwa i okazywania miłości. To, co w sposób naturalny przebiega u Sáry, u Adama przypomina obowiązek stale podszyty lękiem. A przecież przeciwdziałać ma temu roślinne imię nadane bytowi (początkowo nazywanego przez Adama „grudą”) oraz poddanie życia (i narracji) rytmowi pór roku. Niestety, to, co naturalne, również wzbudza lęk jak grzybowe narośla, którymi pokrywa się ciało Flory, czy ciała sąsiadów przejęte przez rośliny pożerające wręcz wszelkie byty: ludzkie, zwierzęce i techniczne. Kumulacja obrazów w ostatniej, przypadającej na lato, części powieści sugeruje coraz wyraźniejsze zacieranie granic między nimi. Taka zdaje się cena za życie na Stepie – to dziwne miejsce znalezienia Flory i pobytu bohaterów ma swoją własną tożsamość: intrygującą, ale pełną niebezpieczeństw. Step, wyrzucony poza obręb miasta, pochłania to, co odrzucone, splata z naturą, prowadząc w konsekwencji do powstawania nowych istot. Step jest właściwie czwartym bohaterem powieści – jak uczłowieczony, żywy byt, tak postrzegany przez Adama: „Wszędzie wokół mnie świeże, zielone pędy roślin, których nigdy nie widziałem. Plączą się ze zmiażdżonymi kabelkami od słuchawek albo choinkowych światełek. Naczynia krwionośne wzgórza. Różowawa, obnażona glina z włoskami pędów wygląda jak skóra. Wzgórze jest garbem z wyrzuconych rzeczy. Głęboko w środku pracuje mięsień, rozkłada to, czego pozbyło się miasto. Powoli przeciąga wszystko przez swoje wnętrzności. Miesza. Czasem umiesza coś dziwnego” (s. 23). Coś takiego jak Flora.
Przebywanie z nią grozi swoistym zarażeniem, choć niejasne pozostaje, czym jest ów chorobowy bakcyl. Adam szuka znaków na ciele, z niepokojem obserwuje stan Sáry, stawiając jednocześnie pytania etyczne: czy można porzucić Florę, jeśli postrzega się ją jako zagrożenie? Czy Flora jako dziecko Stepu należy do tego miejsca i czy powinna mu zostać zwrócona? Czy to pytanie nie jest jednak formą usprawiedliwienia dla ludzi, których przerosło świadczenie troski? Nie zamierzam odpowiadać na te pytania, wszak narracja Zbořila również tego nie czyni, ale dobitnie je formułuje, kreśląc możliwe scenariusze naszego życia w czasie spełniającej się katastrofy, w czasie istnienia bytów postludzkich. Tutaj właśnie docieram do przecięcia refleksji czeskiego pisarza i Olgi Tokarczuk. W „Wizycie” bowiem jesteśmy w świecie posthumanistycznej społeczności, a właściwie rodziny egonów, w której dziecko pełni funkcję bytu mającego moc uruchamiania – paradoksalnie – czysto ludzkich emocji i relacji między kobietami-maszynami. Dziecko zatem napędza emocjonalne potrzeby i doprowadza do ich spełnienia. Cyborgiczna rodzina kobiet przedstawiona przez Tokarczuk uczłowiecza się za sprawą trzyletniego Chalima; z kolei ludzkie bezdzietne małżeństwo przyjmuje role rodziców, bo dostrzega w żywej, hybrydycznej istocie dziecko, zasługujące na troskę i miłość. Gdyby tylko oba teksty nie niosły ładunku niepokoju co do zasad ukształtowania owych światów przyszłości, można by ogłosić z dumą, że etyczne zobowiązania wynikające z człowieczeństwa pozostają niezagrożone...
*
Powieść Zbořila ukazała się jako dwudziesta i zarazem ostatnia (co konstatuję ze smutkiem, pisząc niniejszą recenzję po informacji o końcu działalności Dowodów) pozycja w Serii Stehlík, przybliżającej polskim czytelniczkom i czytelnikom zarówno czeską klasykę, jak i utwory mniej znane czy nowości. Mam jednak nadzieję, że jeszcze o poezji lub prozie Zbořila usłyszymy, nie trzeba wszak być czechofilem ani miłośnikiem dystopii, by docenić głos tego pisarza.
Jonáš Zbořil: „Flora”. Przeł. Anna Radwan-Żbikowska. Wydawnictwo Dowody. Warszawa 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

