WAJDA I JAZZ
A
A
A
Choć tytuł artykułu sugeruje co najmniej aspiracje do monografii związków twórczości Andrzeja Wajdy z muzyką jazzową, w rzeczywistości skupię się na jedynym filmie, który nawiązuje do jazzu wprost – „Niewinnych czarodziejach”. Może i taki tytuł jest zatem nieco bezczelny, ale taki powinien być. W końcu zarówno rzeczony film, jego scenariusz, jak i cała ówczesna scena jazzowa ze swoistej bezczelności uczyniła swój exlibris.
Historia powstania „Niewinnych czarodziei” została już w wielu miejscach dokładnie opisana – zrobiła to zarówno Agnieszka Morstin w artykule „Męska niepewność. O »Niewinnych czarodziejach« Andrzeja Wajdy”, jak i Magdalena Grzebałkowska w biografii Krzysztofa Komedy. Także badacze twórczości Jerzego Andrzejewskiego, twórcy pierwszej wersji scenariusza, poświęcili jej wiele uwagi. Paradoksalnie, najmniej serca do swojego dziecka miał chyba sam reżyser, który nawet w swojej autobiografii nie poświęcił mu właściwie w ogóle uwagi, a gdzie indziej wspominał, że uważa go za jeden ze swoich najsłabszych filmów.
Problem leży jednak, jak zazwyczaj, w tym, przez jaką optykę patrzymy na jedyny prawdziwie jazzowy film twórcy „Katynia”. Większość interpretacji bowiem albo skupiała się na wątkach konstruowania męskości i analizowaniu jej w perspektywie (quasi)feministycznej (Morstin), albo czytała „Niewinnych czarodziei” poprzez pryzmat manifestu pokoleniowego (Grzebałkowska). Przyznam, że sam do tej pory głównie łączyłem ten film z nurtem polskiego kina kontestacji i doszukiwałem się w nim próby wykreowania „wyspy wolności” w smutnej PRL-owskiej rzeczywistości, buntu i ominięcia cenzury. Dziesiąta rocznica śmierci (a także niedawna setna rocznica urodzin) reżysera daje jednak pretekst do próby nowego odczytania najmniej chyba kochanego przez wszystkich filmów mistrza Wajdy.
Gdyby zatem spróbować, odcinając na moment wszystkie konteksty polityczno-historyczne, obejrzeć „Niewinnych czarodziei” nie przez pryzmat buntu wobec PRL-owskiej, postwojennej rzeczywistości (jak chciała cenzura), nie przez pryzmat walki z normami społecznymi czy moralnymi (jak chciał Kościół katolicki), ale spróbować wpisać ich w rozedrgany, migotliwy, pełen blichtru i narkotyków świat jazzu? Nie ma sensu zestawiać tego filmu z „Popiołem i diamentem” czy „Lotną”. Być może mimochodem udało się Wajdzie wykreować bohaterów, których można śmiało porównywać raczej z menażerią wziętą wprost ze światowego panteonu postaci kultury jazzowej. Bazyli, grany przecież fenomenalnie (i dlatego czasem irytujący) przez Tadeusza Łomnickiego, to bohater jak z powieści „Podziemni” Jacka Kerouacka – cyniczny, pewny siebie, żyjący jedynie swoją muzyką, a zarazem cudownie zblazowany, niepotrzebujący świata zewnętrznego. Ta wykreowana postać to nie dyskurs z męskością czy bunt wobec komunistycznej rzeczywistości – to archetyp jazzmana, intelektualisty, a zarazem cynika i brutala. Bliżej mu do Juliena z „Windą na szafot” Louisa Malle’a czy postaci rodem z powieści Patricii Higsmith niż do Maćka Chełmickiego, choć kusi porównywanie obu bohaterów (i obu filmów, choćby przez bliskość czasu realizacji i postać nieodżałowanego Zbyszka Cybulskiego). Niepewność, życie z dnia na dzień, egzaltacja, mimo że wynikają oczywiście z komunistycznej rzeczywistości, są tak naprawdę nie tyle kontestacją tej konkretnej rzeczywistości, ile buntem w ogóle wobec norm społecznych i standardowego stylu życia – są postawą, a nie sprzeciwem.
Poza warstwą fabularną „Niewinni czarodzieje” oglądani po latach stanowią też wyjątkowy portret pokolenia autentycznych pionierów jazzu w Polsce. Na ekranie pojawia się Krzysztof Komeda, którego muzyka ilustruje film (a w jego życiorysie doszukiwano się analogii do fabuły), a także Andrzej Trzaskowski – trudno sobie wyobrazić lepszą reprezentację polskiej szkoły jazzu, która odniosła przecież światowy sukces. Komeda, wówczas u progu kariery, ze wspomnień bliskich wydaje się być postacią bliską Bazylemu (zwłaszcza w ostatecznej wersji scenariusza, poprawionej przez Jerzego Skolimowskiego). Kompozytor muzyki do „Dziecka Rosemary” (sam Roman Polański także pojawia się w epizodycznej roli w „Niewinnych czarodziejach”) był ponoć osobą wycofaną, żyjącą jedynie własną muzyką, skupioną na sobie. Z biografii napisanej przez wspomnianą Grzebałkowską wyłania się obraz genialnego muzyka, ale trudnego człowieka. Pytanie, ile w tym było pozy, podobnej do postawy bohaterów filmu Wajdy, a na ile był to jego autentyczny charakter.
„Niewinni czarodzieje” zasługują także na więcej uwagi z jeszcze jednego powodu – to w zasadzie pierwszy i jedyny film nie tylko wykorzystujący jazz jako ścieżkę dźwiękową (takich w okolicy 1960 roku powstało więcej – można wymienić dwa wybitne filmy z muzyką Krzysztofa Komedy: „Do widzenia, do jutra” w reżyserii Janusza Morgensterna oraz „Nóź w wodzie” Polańskiego), ale także tematyzujący jazz jako kulturę, jako sposób życia, filozofię i postawę. Choć powstało wówczas parę filmów dokumentalnych (zwłaszcza związanych z festiwalem Jazz Jamboree), to jedynie Wajda odważył się nakręcić film o nielubianej przecież przez władze młodzieżowej subkulturze. W tym miejscu trzeba bowiem zaznaczyć, że jazz w latach 50. XX wieku (zwłaszcza w okresie stalinizmu), a więc tuż przed realizacją filmu, nie był, delikatnie mówiąc, przez władze komunistyczne lubiany. Zespoły jazzowe miały trudności z organizowaniem sal do prób (nie mówiąc o koncertach), zachodnie płyty winylowe z muzyką jazzową stanowiły niedostępny w praktyce rarytas, a działacze i dziennikarze próbujący jazz promować (jak np. Leopold Tyrmand) spotykali się z ostracyzmem i ryzykowali swoje kariery. Oczywiście, po październikowej odwilży w 1956 roku opór trochę zelżał (dozwolono chociażby na organizację wspomnianego Jazz Jamboree), jednak raczej należy mówić o tolerowaniu niż o akceptacji i promowaniu nowej muzyki. O tym, jak ówczesna władza obchodziła się z jazzem, po latach nakręcił film Feliks Falk – „Był jazz” (1981), zabawny, ale i gorzki zarazem obraz rodzącego się środowiska jazzowego, które in statu nascendi sportretował na gorąco w swoim filmie Wajda.
Jak zatem, po tej krótkiej wiwisekcji, rozpatrywać „Niewinnych czarodziei”? Moim zdaniem, to po pierwsze film, do którego na pewno warto wracać – zwłaszcza że wśród rocznicowych wspomnień i wydarzeń na pewno dominować będą bardziej znane i „mainstremowe”, bezpieczne dla wszystkich dzieła reżysera. Tym bardziej warto sięgać po filmy mniej oczywiste, zapomniane, nawet jeśli mogą kogoś urażać czy budzić kontrowersje. Po drugie, to film, który przełamuje wiele stereotypów – muzyka Komedy bardziej kojarzy się z filmami Polańskiego, a filmy Wajdy przywołują raczej wspomnienia Wojciecha Kilara. Sama twórczość reżysera „Zemsty” wydaje się być przecież dużo bardziej osadzona w świecie malarstwa oraz polskiej tradycji romantycznej niż w świecie muzyki i światowym kontekście kultury jazzowej. Nie zmieni tego fakt, że tytuł został oczywiście zaczerpnięty z Mickiewicza, ani to, że był to w twórczości Wajdy krótki i jedyny w zasadzie epizod – „Niewinni czarodzieje” na zawsze już wpisali się w historię nie tylko polskiego filmu, ale i polskiego jazzu.
LITERATURA:
Grzebałkowska M.: „Komeda. Życie osobiste jazzu”. Kraków 2018.
Morstin A.: „Męska niepewność. O »Niewinnych czarodziejach« Andrzeja Wajdy”. „Pleograf” 2020, nr 2. https://pleograf.pl/index.php/meska-niepewnosc-o-niewinnych-czarodziejach-andrzeja-wajdy/#k1a.
Synoradzka-Demadre A.: „Jerzy Andrzejewski. Przyczynek do biografii prywatnej”. Warszawa 2016.
Wajda A.: „Kino i reszta świata. Autobiografia”. Kraków 2013.
Historia powstania „Niewinnych czarodziei” została już w wielu miejscach dokładnie opisana – zrobiła to zarówno Agnieszka Morstin w artykule „Męska niepewność. O »Niewinnych czarodziejach« Andrzeja Wajdy”, jak i Magdalena Grzebałkowska w biografii Krzysztofa Komedy. Także badacze twórczości Jerzego Andrzejewskiego, twórcy pierwszej wersji scenariusza, poświęcili jej wiele uwagi. Paradoksalnie, najmniej serca do swojego dziecka miał chyba sam reżyser, który nawet w swojej autobiografii nie poświęcił mu właściwie w ogóle uwagi, a gdzie indziej wspominał, że uważa go za jeden ze swoich najsłabszych filmów.
Problem leży jednak, jak zazwyczaj, w tym, przez jaką optykę patrzymy na jedyny prawdziwie jazzowy film twórcy „Katynia”. Większość interpretacji bowiem albo skupiała się na wątkach konstruowania męskości i analizowaniu jej w perspektywie (quasi)feministycznej (Morstin), albo czytała „Niewinnych czarodziei” poprzez pryzmat manifestu pokoleniowego (Grzebałkowska). Przyznam, że sam do tej pory głównie łączyłem ten film z nurtem polskiego kina kontestacji i doszukiwałem się w nim próby wykreowania „wyspy wolności” w smutnej PRL-owskiej rzeczywistości, buntu i ominięcia cenzury. Dziesiąta rocznica śmierci (a także niedawna setna rocznica urodzin) reżysera daje jednak pretekst do próby nowego odczytania najmniej chyba kochanego przez wszystkich filmów mistrza Wajdy.
Gdyby zatem spróbować, odcinając na moment wszystkie konteksty polityczno-historyczne, obejrzeć „Niewinnych czarodziei” nie przez pryzmat buntu wobec PRL-owskiej, postwojennej rzeczywistości (jak chciała cenzura), nie przez pryzmat walki z normami społecznymi czy moralnymi (jak chciał Kościół katolicki), ale spróbować wpisać ich w rozedrgany, migotliwy, pełen blichtru i narkotyków świat jazzu? Nie ma sensu zestawiać tego filmu z „Popiołem i diamentem” czy „Lotną”. Być może mimochodem udało się Wajdzie wykreować bohaterów, których można śmiało porównywać raczej z menażerią wziętą wprost ze światowego panteonu postaci kultury jazzowej. Bazyli, grany przecież fenomenalnie (i dlatego czasem irytujący) przez Tadeusza Łomnickiego, to bohater jak z powieści „Podziemni” Jacka Kerouacka – cyniczny, pewny siebie, żyjący jedynie swoją muzyką, a zarazem cudownie zblazowany, niepotrzebujący świata zewnętrznego. Ta wykreowana postać to nie dyskurs z męskością czy bunt wobec komunistycznej rzeczywistości – to archetyp jazzmana, intelektualisty, a zarazem cynika i brutala. Bliżej mu do Juliena z „Windą na szafot” Louisa Malle’a czy postaci rodem z powieści Patricii Higsmith niż do Maćka Chełmickiego, choć kusi porównywanie obu bohaterów (i obu filmów, choćby przez bliskość czasu realizacji i postać nieodżałowanego Zbyszka Cybulskiego). Niepewność, życie z dnia na dzień, egzaltacja, mimo że wynikają oczywiście z komunistycznej rzeczywistości, są tak naprawdę nie tyle kontestacją tej konkretnej rzeczywistości, ile buntem w ogóle wobec norm społecznych i standardowego stylu życia – są postawą, a nie sprzeciwem.
Poza warstwą fabularną „Niewinni czarodzieje” oglądani po latach stanowią też wyjątkowy portret pokolenia autentycznych pionierów jazzu w Polsce. Na ekranie pojawia się Krzysztof Komeda, którego muzyka ilustruje film (a w jego życiorysie doszukiwano się analogii do fabuły), a także Andrzej Trzaskowski – trudno sobie wyobrazić lepszą reprezentację polskiej szkoły jazzu, która odniosła przecież światowy sukces. Komeda, wówczas u progu kariery, ze wspomnień bliskich wydaje się być postacią bliską Bazylemu (zwłaszcza w ostatecznej wersji scenariusza, poprawionej przez Jerzego Skolimowskiego). Kompozytor muzyki do „Dziecka Rosemary” (sam Roman Polański także pojawia się w epizodycznej roli w „Niewinnych czarodziejach”) był ponoć osobą wycofaną, żyjącą jedynie własną muzyką, skupioną na sobie. Z biografii napisanej przez wspomnianą Grzebałkowską wyłania się obraz genialnego muzyka, ale trudnego człowieka. Pytanie, ile w tym było pozy, podobnej do postawy bohaterów filmu Wajdy, a na ile był to jego autentyczny charakter.
„Niewinni czarodzieje” zasługują także na więcej uwagi z jeszcze jednego powodu – to w zasadzie pierwszy i jedyny film nie tylko wykorzystujący jazz jako ścieżkę dźwiękową (takich w okolicy 1960 roku powstało więcej – można wymienić dwa wybitne filmy z muzyką Krzysztofa Komedy: „Do widzenia, do jutra” w reżyserii Janusza Morgensterna oraz „Nóź w wodzie” Polańskiego), ale także tematyzujący jazz jako kulturę, jako sposób życia, filozofię i postawę. Choć powstało wówczas parę filmów dokumentalnych (zwłaszcza związanych z festiwalem Jazz Jamboree), to jedynie Wajda odważył się nakręcić film o nielubianej przecież przez władze młodzieżowej subkulturze. W tym miejscu trzeba bowiem zaznaczyć, że jazz w latach 50. XX wieku (zwłaszcza w okresie stalinizmu), a więc tuż przed realizacją filmu, nie był, delikatnie mówiąc, przez władze komunistyczne lubiany. Zespoły jazzowe miały trudności z organizowaniem sal do prób (nie mówiąc o koncertach), zachodnie płyty winylowe z muzyką jazzową stanowiły niedostępny w praktyce rarytas, a działacze i dziennikarze próbujący jazz promować (jak np. Leopold Tyrmand) spotykali się z ostracyzmem i ryzykowali swoje kariery. Oczywiście, po październikowej odwilży w 1956 roku opór trochę zelżał (dozwolono chociażby na organizację wspomnianego Jazz Jamboree), jednak raczej należy mówić o tolerowaniu niż o akceptacji i promowaniu nowej muzyki. O tym, jak ówczesna władza obchodziła się z jazzem, po latach nakręcił film Feliks Falk – „Był jazz” (1981), zabawny, ale i gorzki zarazem obraz rodzącego się środowiska jazzowego, które in statu nascendi sportretował na gorąco w swoim filmie Wajda.
Jak zatem, po tej krótkiej wiwisekcji, rozpatrywać „Niewinnych czarodziei”? Moim zdaniem, to po pierwsze film, do którego na pewno warto wracać – zwłaszcza że wśród rocznicowych wspomnień i wydarzeń na pewno dominować będą bardziej znane i „mainstremowe”, bezpieczne dla wszystkich dzieła reżysera. Tym bardziej warto sięgać po filmy mniej oczywiste, zapomniane, nawet jeśli mogą kogoś urażać czy budzić kontrowersje. Po drugie, to film, który przełamuje wiele stereotypów – muzyka Komedy bardziej kojarzy się z filmami Polańskiego, a filmy Wajdy przywołują raczej wspomnienia Wojciecha Kilara. Sama twórczość reżysera „Zemsty” wydaje się być przecież dużo bardziej osadzona w świecie malarstwa oraz polskiej tradycji romantycznej niż w świecie muzyki i światowym kontekście kultury jazzowej. Nie zmieni tego fakt, że tytuł został oczywiście zaczerpnięty z Mickiewicza, ani to, że był to w twórczości Wajdy krótki i jedyny w zasadzie epizod – „Niewinni czarodzieje” na zawsze już wpisali się w historię nie tylko polskiego filmu, ale i polskiego jazzu.
LITERATURA:
Grzebałkowska M.: „Komeda. Życie osobiste jazzu”. Kraków 2018.
Morstin A.: „Męska niepewność. O »Niewinnych czarodziejach« Andrzeja Wajdy”. „Pleograf” 2020, nr 2. https://pleograf.pl/index.php/meska-niepewnosc-o-niewinnych-czarodziejach-andrzeja-wajdy/#k1a.
Synoradzka-Demadre A.: „Jerzy Andrzejewski. Przyczynek do biografii prywatnej”. Warszawa 2016.
Wajda A.: „Kino i reszta świata. Autobiografia”. Kraków 2013.
„Niewinni czarodzieje”. Reżyseria: Andrzej Wajda. Scenariusz: Jerzy Skolimowski, Jerzy Andrzejewski. Zdjęcia: Krzysztof Winiewicz. Muzyka: Krzysztof Komeda. Obsada: Tadeusz Łomnicki, Krystyna Stypułkowska, Wanda Koczeska, Kalina Jędrusik. Polska 1960, 88 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |








ISSN 2658-1086

