PRZEŻYCIA Z 'KANAŁU'
A
A
A
Powaga tematu wojennego stawiała przed polskimi filmowcami konieczność dostosowania się do określonych norm estetycznych i moralnych już w pierwszych latach po wojnie. Martyrologiczna wykładnia narodowego mitu i kolektywnej tożsamości bywała z kolei powodem wybiórczego formatowania historii. Jak w tym zderzeniu wizualności z etyką, polityki i historii odnalazł się Andrzej Wajda, dekonstruując obraz heroicznych powstańczych bohaterów?
W momencie, gdy piszę te słowa, mija dokładnie pół mojego życia od pierwszego seansu „Kanału” (1957). Do tej pory pamiętam to wszechogarniające uczucie pustki, które uderzyło po raz pierwszy osiemnastoletnią mnie, nieprzywykłą do tak skrajnego obrazowania drogi ku śmierci. Wtedy jeszcze nie mogłam wiedzieć, że „Kanał” wyznaczy moje kinofilskie poszukiwania filmów straceńczych emocji. Szczególnie tych z pogranicza i miejsc pęknięć pomiędzy mitami historii a człowieczeństwem.
Tym emocjom w filmie Wajdy sprzyja umiejscowienie akcji w konkretnym czasie i przestrzeni. To już schyłek Powstania Warszawskiego; jak mówią sami bohaterzy – pozostały im już tylko ostatnie uliczki. Defetyzm, rezygnacja, świadomość nieuchronnej klęski szczerzą się w szeregach kompanii porucznika Zadry, która pozostawiona sama sobie, ratunku przed grozą rozpadającej się Warszawy upatruje w zejściu do kanałów – wyjętych niemalże z dantejskiego piekła. Podział na to, co w świetle, a co w ciemności, będzie znaczący nie tylko dla diegezy, ale również umiejscowienia filmu Wajdy w kontekście widzowskiego odbioru.
Wiąże się to z faktem, iż polska historia filmowania zrywów i tragedii narodowych, uwikłana w polityczne spory, przełomy, ale też zawłaszczenia czy przemilczenia, od zawsze była wyznacznikiem pracy (nie)pamięci, a zarazem procesu zmieniania się charakteru narodu jako publiczności. Opowiadanie o polskiej historii to ciągłe poszukiwanie najistotniejszej perspektywy narracyjnej i charakteru opowieści ciążącego od martyrologii po rewizjonizm. Droga obrana przez Wajdę musiała sprowadzić na jego film krytykę. Reżyser schodził bowiem z martyrologicznych barykad, po to, by taplać się w błocie, upokorzeniu i gównie (tego ostatniego słowa użył sam Kazimierz Kutz [drugi reżyser], opowiadając o warunkach pracy na planie [zob. Wyderka 2026]). Pójście pod prąd, zaledwie dwanaście lat po Powstaniu, nie mogło przejść bez echa.
Juliusz Kydryński w „Życiu Literackim” pisał o nieposzanowaniu pamięci organizatorów zrywu, z kolei Leon Bukowiecki w „Dzienniku Polskim” oskarżał Wajdę o uczynienie z prostych warszawiaków „garstki szaleńców” (zob. Wyderka 2026). Rany wciąż były na wierzchu. W komunistycznym zamordyzmie można było przetrwać poprzez kultywowanie pamięci bohaterów. Dyskusja wokół filmu zaczęła ewoluować dopiero po tym, gdy „Kanał” został nagrodzony Nagrodą Specjalną Jury ex aequo z „Siódmą pieczęcią” Ingmara Bergmana, a Zachód, przychylny wówczas egzystencjalizmowi, docenił Wajdę jako autora. Co ciekawe, Francuzi nie byli już tak przychylni „Korczakowi” (1990). Dziennikarka związana z „Le Monde” [Daniele Heymann] zarzuciła autorom dążenie do wybielania roli Polaków w historii Holocaustu (zob. Staszczyszyn 2026). Ostatnią, metaforyczną scenę filmu autorka potraktowała jako próbę negacji samego faktu Zagłady. Wajda po raz kolejny miał się przekonać o trudnościach związanych z wyważeniem racji historycznych.
Mimo że „Kanał” też wyraźnie poruszał kwestie historycznej odpowiedzialności, to było w nim coś, co czyniło go również uniwersalną tragedią. Nie bez znaczenia pozostał fakt, iż Wajda przypominał przede wszystkim młodzieńczy, a zatem bardzo niejednorodny charakter zrywu, aniżeli jego historyczne uwikłanie. Podobną ścieżką podążył prawie sześćdziesiąt lat później Jan Komasa w „Mieście 44” (2014), krytykowany nie tylko za dyskusyjne technikalia, ale, o zgrozo, również za portretowanie młodzieńczych miłostek i zbliżeń w obliczu wielkiej patriotycznej walki. A przecież według nieszczęśliwie zakochanej łączniczki Halinki z filmu Wajdy „łatwiej umierać, gdy ktoś kocha”. Choćby na chwilę.
To właśnie niemalże zwierzęce instynkty są narzędziem, które prowadzi nas przez piekło Warszawy. Szybko przechodzimy od neorealistycznych ujęć płonącej stolicy do skradanych w alkowie pocałunków czy pijackiego zapomnienia, do namacalnej grozy kanałów potęgowanej przez muzykę Jana Krenza i operatorskie triki Jerzego Lipmana, który sam był doświadczony powstańczymi walkami. Bohaterscy powstańcy w jego obiektywie szybko zostają odarci z heroiczności, a następnie upokorzeni. Oddech więźnie w gardle, zmysły płatają figle, ciało coraz bardziej ciąży i zawodzi, brodząc w fekaliach i oparach gazu. Coś, co miało być ucieczką, ostatecznie staje się grobem. Jerzy Stawiński, scenarzysta filmu oraz autor opowiadania, które przeniósł na ekran, wyraźnie podkreślał emocjonalną autentyczność tego przedstawienia. To świetna odpowiedź na kontrowersje, jakie wzbudził film Wajdy tuż po premierze.
A tego typu polemiki można potraktować jako pewną stałą. Dyskusja o jedynym słusznym języku polskiego kina wojennego powraca przy każdym kolejnym filmie, mierzącym się z jakimś epizodem historii. Twórcy rozliczani są z kreowania określonych postaw, narracji, stawiania pomników bądź ich obalania. Patriotyczny patos i bezgraniczny defetyzm to dwie strony tego samego medalu. W tym kontekście seans „Kanału” po latach może być sporym zaskoczeniem. Nie tylko ze względu na jego bez mała apokaliptyczny wydźwięk, ale też wyciągnięcie na barykady młodzieńczego charakteru, docieranie do sedna człowieczeństwa powstańców, ich wciąż żywych i sprzecznych emocji oraz wątpliwości.
LITERATURA:
Staszczyszyn B.: „Rewizjoniści i patrioci – jak polskie kino mówi o Holokauście”. 29.09.2026. https://culture.pl/pl/artykul/rewizjonisci-i-patrioci-jak-polskie-kino-mowi-o-holokauscie.
Wyderka M.: „Opowieść o klęsce, rozpadzie świata, który nieuchronnie pogrąża się w totalnym chaosie. 65 lat od premiery »Kanału« Andrzeja Wajdy”. 29.09.2026. https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1162474%2Copowiesc-o-klesce-rozpadzie-swiata-ktory-nieuchronnie-pograza-sie-w.
W momencie, gdy piszę te słowa, mija dokładnie pół mojego życia od pierwszego seansu „Kanału” (1957). Do tej pory pamiętam to wszechogarniające uczucie pustki, które uderzyło po raz pierwszy osiemnastoletnią mnie, nieprzywykłą do tak skrajnego obrazowania drogi ku śmierci. Wtedy jeszcze nie mogłam wiedzieć, że „Kanał” wyznaczy moje kinofilskie poszukiwania filmów straceńczych emocji. Szczególnie tych z pogranicza i miejsc pęknięć pomiędzy mitami historii a człowieczeństwem.
Tym emocjom w filmie Wajdy sprzyja umiejscowienie akcji w konkretnym czasie i przestrzeni. To już schyłek Powstania Warszawskiego; jak mówią sami bohaterzy – pozostały im już tylko ostatnie uliczki. Defetyzm, rezygnacja, świadomość nieuchronnej klęski szczerzą się w szeregach kompanii porucznika Zadry, która pozostawiona sama sobie, ratunku przed grozą rozpadającej się Warszawy upatruje w zejściu do kanałów – wyjętych niemalże z dantejskiego piekła. Podział na to, co w świetle, a co w ciemności, będzie znaczący nie tylko dla diegezy, ale również umiejscowienia filmu Wajdy w kontekście widzowskiego odbioru.
Wiąże się to z faktem, iż polska historia filmowania zrywów i tragedii narodowych, uwikłana w polityczne spory, przełomy, ale też zawłaszczenia czy przemilczenia, od zawsze była wyznacznikiem pracy (nie)pamięci, a zarazem procesu zmieniania się charakteru narodu jako publiczności. Opowiadanie o polskiej historii to ciągłe poszukiwanie najistotniejszej perspektywy narracyjnej i charakteru opowieści ciążącego od martyrologii po rewizjonizm. Droga obrana przez Wajdę musiała sprowadzić na jego film krytykę. Reżyser schodził bowiem z martyrologicznych barykad, po to, by taplać się w błocie, upokorzeniu i gównie (tego ostatniego słowa użył sam Kazimierz Kutz [drugi reżyser], opowiadając o warunkach pracy na planie [zob. Wyderka 2026]). Pójście pod prąd, zaledwie dwanaście lat po Powstaniu, nie mogło przejść bez echa.
Juliusz Kydryński w „Życiu Literackim” pisał o nieposzanowaniu pamięci organizatorów zrywu, z kolei Leon Bukowiecki w „Dzienniku Polskim” oskarżał Wajdę o uczynienie z prostych warszawiaków „garstki szaleńców” (zob. Wyderka 2026). Rany wciąż były na wierzchu. W komunistycznym zamordyzmie można było przetrwać poprzez kultywowanie pamięci bohaterów. Dyskusja wokół filmu zaczęła ewoluować dopiero po tym, gdy „Kanał” został nagrodzony Nagrodą Specjalną Jury ex aequo z „Siódmą pieczęcią” Ingmara Bergmana, a Zachód, przychylny wówczas egzystencjalizmowi, docenił Wajdę jako autora. Co ciekawe, Francuzi nie byli już tak przychylni „Korczakowi” (1990). Dziennikarka związana z „Le Monde” [Daniele Heymann] zarzuciła autorom dążenie do wybielania roli Polaków w historii Holocaustu (zob. Staszczyszyn 2026). Ostatnią, metaforyczną scenę filmu autorka potraktowała jako próbę negacji samego faktu Zagłady. Wajda po raz kolejny miał się przekonać o trudnościach związanych z wyważeniem racji historycznych.
Mimo że „Kanał” też wyraźnie poruszał kwestie historycznej odpowiedzialności, to było w nim coś, co czyniło go również uniwersalną tragedią. Nie bez znaczenia pozostał fakt, iż Wajda przypominał przede wszystkim młodzieńczy, a zatem bardzo niejednorodny charakter zrywu, aniżeli jego historyczne uwikłanie. Podobną ścieżką podążył prawie sześćdziesiąt lat później Jan Komasa w „Mieście 44” (2014), krytykowany nie tylko za dyskusyjne technikalia, ale, o zgrozo, również za portretowanie młodzieńczych miłostek i zbliżeń w obliczu wielkiej patriotycznej walki. A przecież według nieszczęśliwie zakochanej łączniczki Halinki z filmu Wajdy „łatwiej umierać, gdy ktoś kocha”. Choćby na chwilę.
To właśnie niemalże zwierzęce instynkty są narzędziem, które prowadzi nas przez piekło Warszawy. Szybko przechodzimy od neorealistycznych ujęć płonącej stolicy do skradanych w alkowie pocałunków czy pijackiego zapomnienia, do namacalnej grozy kanałów potęgowanej przez muzykę Jana Krenza i operatorskie triki Jerzego Lipmana, który sam był doświadczony powstańczymi walkami. Bohaterscy powstańcy w jego obiektywie szybko zostają odarci z heroiczności, a następnie upokorzeni. Oddech więźnie w gardle, zmysły płatają figle, ciało coraz bardziej ciąży i zawodzi, brodząc w fekaliach i oparach gazu. Coś, co miało być ucieczką, ostatecznie staje się grobem. Jerzy Stawiński, scenarzysta filmu oraz autor opowiadania, które przeniósł na ekran, wyraźnie podkreślał emocjonalną autentyczność tego przedstawienia. To świetna odpowiedź na kontrowersje, jakie wzbudził film Wajdy tuż po premierze.
A tego typu polemiki można potraktować jako pewną stałą. Dyskusja o jedynym słusznym języku polskiego kina wojennego powraca przy każdym kolejnym filmie, mierzącym się z jakimś epizodem historii. Twórcy rozliczani są z kreowania określonych postaw, narracji, stawiania pomników bądź ich obalania. Patriotyczny patos i bezgraniczny defetyzm to dwie strony tego samego medalu. W tym kontekście seans „Kanału” po latach może być sporym zaskoczeniem. Nie tylko ze względu na jego bez mała apokaliptyczny wydźwięk, ale też wyciągnięcie na barykady młodzieńczego charakteru, docieranie do sedna człowieczeństwa powstańców, ich wciąż żywych i sprzecznych emocji oraz wątpliwości.
LITERATURA:
Staszczyszyn B.: „Rewizjoniści i patrioci – jak polskie kino mówi o Holokauście”. 29.09.2026. https://culture.pl/pl/artykul/rewizjonisci-i-patrioci-jak-polskie-kino-mowi-o-holokauscie.
Wyderka M.: „Opowieść o klęsce, rozpadzie świata, który nieuchronnie pogrąża się w totalnym chaosie. 65 lat od premiery »Kanału« Andrzeja Wajdy”. 29.09.2026. https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C1162474%2Copowiesc-o-klesce-rozpadzie-swiata-ktory-nieuchronnie-pograza-sie-w.
„Kanał”. Reżyseria: Andrzej Wajda. Scenariusz: Jerzy Stefan Stawiński. Obsada: Teresa Iżewska, Tadeusz Janczar, Wieńczysław Gliński, Stanisław Mikulski, Emil Karewicz, Władysław Sheybal, Teresa Berezowska, Jan Englert. Gatunek: dramat, wojenny. Produkcja: Polska, 1956, 95 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |








ISSN 2658-1086

