ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (547) / 2026

Marcin Rudek,

NADZIEJA DLA KLASY PRACUJĄCEJ (PRZEMYSŁAW WIELGOSZ: 'POGODA DLA REWOLUCJONISTÓW. JAK ZMIENIĆ ŚWIAT W CZASIE KATASTROFY')

A A A
„Nadzieja oznacza po prostu, że inny świat jest możliwy, a nie że jest ziemią obiecaną, bowiem jego nadejścia nic nie gwarantuje. Nadzieja domaga się działania; działanie nie jest możliwe bez nadziei” (Solnit 2019: 36).


Gdy wspominam jesień 2020 roku, dalej dziwi mnie skomplikowana mieszanka emocji, jakie odczuwałem po zaostrzeniu już i tak surowego prawa aborcyjnego w Polsce. Pierwszą reakcją były złość i bezsilność, a także strach przed tym, co jeszcze może się wydarzyć i kto na tym ucierpi. Jednak krótko po tym zauważyłem, że dzieje się coś jeszcze. Zobaczyłem wściekłość osób wokół mnie i jednoczesną potrzebę, by dać temu wyraz. W trakcie protestów na ulicach, gdy maszerowałem z tysiącami rodaków, po raz pierwszy poczułem wyjątkową siłę i wspólnotowość, jakbyśmy opętani duchem rewolucji szli odbić Bastylię. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z ulotności tego momentu, niemniej ta adrenalina była tak uzależniająca, że aż chciałem czasami powtarzać pretensjonalne prośby Fausta o trwanie chwili.

Co sprawiło, że ulice naszych miast zostały na te kilka tygodni polem walki? Dlaczego obserwowaliśmy i współtworzyliśmy tę nagłą erupcję gniewu i nadziei? Jak zawsze – odpowiedź jest skomplikowana. Osobiście od dawna uważałem, że kluczową rolę odegrała trwająca wówczas pandemia COVID-19 i jej wpływ na zamkniętych w domach ludzi. Nie byliśmy zresztą jedynym narodem, który w tamtym roku doświadczył społecznych niepokojów i protestów – Białorusini sprzeciwili się Łukaszence, Peruwiańczycy zmusili prezydenta do ustąpienia po pięciu dniach od zaprzysiężenia, a Amerykanie pogrążyli się w potężnym chaosie protestów przeciw brutalności policji na tle rasowym po morderstwie George’a Floyda. Coś wybuchowego unosiło się w powietrzu, skoro miliony osób na całej planecie z taką zapalczywością chwytały za transparenty i krzyczało ile sił w płucach, nie godząc się na niesprawiedliwość. Przemysław Wielgosz w swojej najnowszej książce „Pogoda dla rewolucjonistów. Jak zmienić świat w czasie katastrofy” skrupulatnie opisuje dokładnie takie momenty na przestrzeni wieków – momenty kryzysów, z których paradoksalnie wyłaniają się nadzieja i szansa na lepszą przyszłość.

W tym eseju autor przez piętnaście rozdziałów analizuje sytuacje przełomowe pod kątem organizacji społeczeństwa w historii świata (wystrzegając się europocentryzmu), ze zwróceniem uwagi na towarzyszące im okoliczności naturalne, to jest klimat i zdrowie. Dla Wielgosza te sprawy okazują się ze sobą nierozerwalnie powiązane, a zaprzeczanie temu jest częścią pewnej agendy: „Rozdzielanie spraw społecznych i ekologicznych ma swój wymiar polityczny. Prowadzi do tego, że zupełnie gubią się powiązania kluczowe dla zrozumienia otaczającego nas świata” (s. 10). Publicysta widzi potrzebę przywiązywania większej wagi do powtarzalności wielu zjawisk: „Może zamiast fiksować się na tym, co w dzisiejszej sytuacji wyjątkowe, należy poszukać podobieństw i analogii, odnaleźć historyczne precedensy i zestawić obecny splot kryzysów z tymi, które go poprzedzały” (s. 11).

Zaczynając od wieku XIV, Wielgosz snuje kolejne opowieści w uwodząco erudycyjnym stylu, przybliżając historyczne zawiłości buntów, rewolucji i protestów. Rozdziały mają raczej schematyczną budowę (co nie jest zarzutem monotonii, a raczej uznaniem wobec panowania nad tekstem), w myśl której najpierw łapie się uwagę czytelników i czytelniczek charakterystycznym wydarzeniem, później wyjaśnia jego kontekst historyczny, następnie ekologiczny, a na koniec uruchamia aparat interpretacyjny. Autor niczym Szeherezada raz za razem wyciąga z rękawa kolejne fakty historyczne i wrzuca nas w sam środek społecznej zawieruchy. Tym sposobem pochylamy się nad epidemią dżumy, małą epoką lodowcową, szczytem prosperowania handlu w tzw. trójkącie transatlantyckim, Wielką Rewolucją Francuską, rabacją galicyjską, krachem giełdowym na początku XXI wieku oraz pandemią COVID-19. Choć te wydarzenia wymienione w ciągu mogą wydawać się zbieraniną od Sasa do lasa, w trakcie czytania „Pogody dla rewolucjonistów” nie ma się wrażenia przypadkowości tematów, gdyż autor sprawnie spaja wywód. Zaznaczyć jednak trzeba, że tempo kolejnych faktów, teorii interpretacyjnych i tez jest dość szaleńcze i może przytłoczyć nieobeznanych z krytyką kapitalizmu.

Bowiem to właśnie krytyka kapitału stanowi sedno rozważań Wielgosza. Nad całą książką unosi się widmo takich myślicieli i myślicielek jak Silvia Federici, Róża Luksemburg, Raj Patel i Jason W. Moore. Za jeden z najważniejszych punktów eseju uważam ukazanie sposobów, na które kapitał był w stanie utrzymać się u władzy – od pierwotnej akumulacji przez dewaluację pracy nie-ludzi (kobiet, niewolników, chłopów, niebiałych osób [zob. s. 129]) i automatyzację pracy (sprawiła, że ludziom można było płacić mniej [zob. s. 196]), aż po zmianę z gospodarki zorientowanej na węgiel na tę opartą na ropie naftowej (bo środowiska wydobywcze węgla zbyt się uzwiązkowiły [zob. s. 229]).

Przenikliwe spostrzeżenia o współczesności autora to jeden z najciekawszych aspektów eseju, choć oczywiście historyczna wiedza w nim zawarta jest równie imponująca. Duże wrażenie wywarło na mnie celne punktowanie chociażby polityków pozornie sprzyjającym przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym, na przykład antydemokratycznych wypowiedzi Emmanuela Macrona. W retoryce prezydenta Francji to „prości” ludzie hamują zaciskanie pasa dla dobra klimatu, bo sprzeciwiają się chociażby wyższym podatkom od paliwa. Ale: „W końcu to nie klasy pracujące zmuszane do korzystania z samochodów z powodu likwidowania przez władze sieci transportu publicznego, ale ludzie tacy jak Macron – zarabiający na prywatyzacjach i promujący model gospodarki czerpiącej zyski z cięć publicznych usług komunikacyjnych – stanowią największe źródło kryzysu klimatycznego” (s. 214). Tak samo „[t]rudno dziwić się górnikom, że walcząc o zachowanie miejsc pracy, domagają się pozostawienia otwartych kopalń. To zupełnie normalne, gdy horyzontem walki jest kapitalizm, a jedyną realną perspektywą – pauperyzacja, bezrobocie, a w najlepszym razie degradacja zawodowa” (s. 318).

Nie da się ukryć, że przedstawione przez Wielgosza analizy nie napawają optymizmem. Zresztą już we wstępie czytamy: „Ta książka powstała z doświadczenia bezradności, z poczucia uczestnictwa w niekończącym się festiwalu przełomowych ekspertyz, dobrych zaleceń i słusznych postulatów, które… zostały zignorowane. Od krachu finansowego w latach 2007-2009, przez kryzys klimatyczny, aż po pandemię COVID-19 przekonujemy się, że siła racji nie działa” (s. 13). Na przestrzeni książki wielokrotnie czytamy, że rezultatem jakiegoś buntu było jego krwawe stłumienie, a nie spełnienie wysuwanych postulatów. Jeden ze sposób pocieszenia czytelników i czytelniczek to wprowadzenie pojęcia pasywnej rewolucji: „Termin ten, ukuty przez dwudziestowiecznego włoskiego myśliciela Antonia Gramsciego, oznacza, że pod naciskiem przegranych uczestników buntu system sam zaczyna się zmieniać, dostosowując swoją strukturę do choćby części oczekiwać podporządkowanych osób” (s. 48-49). Z jednej strony może to napawać optymizmem, bo daje poczucie celowości nawet z góry skazanych na porażkę rewolucji. Z drugiej czuję zaś, że to wizja wrzucania kolejnych ciał na przemielenie przez nieubłagany mechanizm historii. Co z tego, że zmiany kiedyś nadejdą, skoro nikt nie wróci tych straconych żyć?

Jednak Wielgosz nie jest na tyle nierozsądny, by napisać po prostu ponury esej, zwłaszcza że lewicy od dawna zarzuca się, że skupia się wyłącznie na programie negatywnym, siejąc defetyzm i utrudniając identyfikację z tą frakcją polityczną. Mówiąc o tym, że kapitalizm dalej szuka sposobu na dewaluację tanich rzeczy, czyli: natury, pieniądza, pracy, opieki, żywności, energii i życia (zob. Patel, Moore 2025), autor jednocześnie zagrzewa do walki: „Od klasy pracującej zależy, czy te procesy odbędą się kosztem większości istot zamieszkujących Ziemię, czy może jednak uda się wymusić zmiany, dzięki którym nie tylko unikniemy katastrofy, lecz także uczynimy planetę lepszym miejscem do życia. Nasza przyszłość zależy w ogromnym znaczeniu od tego starcia. Jak dotąd nic nie zostało przesądzone. Na świecie zapanował chaos środowiskowy. Pogoda dla rewolucjonistów jest znakomita” (s. 342). Na wzór Rebeki Solnit, czytającej Virginię Woolf, w ciemności spowijającej przyszłość szuka Wielgosz pozytywów, bo nic nie jest jeszcze przesądzone, a nadzieja umiera ostatnia.

I choć na przykład polskie protesty z końca 2020 roku nie przyniosły jak na razie zmian w okrutnym prawie antyaborcyjnym, którego ofiarami stało się już wiele kobiet, być może nie powinniśmy patrzeć na nie jako bezsensowne. To dalej krok w zmianie świadomości społecznej na temat praw reprodukcyjnych. Od tamtego czasy dyskurs publiczny o tej sprawie uległ znaczącym zmianom, a na pewno rozwinęła się również siatka pomocowa kobietom w potrzebie aborcji. Zostało nam tylko maszerować dalej i krzyczeć, na ile tylko pozwolą nam gardła. I, co wyniosłem z „Pogody dla rewolucjonistów”, starać się rozprzestrzeniać świadomość klasową. Bez niej jesteśmy bezbronni w świecie dążącym do ciągłego wzrostu.

LITERATURA:

Patel R., Moore J.W.: „Historia świata w siedmiu tanich rzeczach. Przewodnik po kapitalizmie, naturze i przyszłości naszej planety”. Przeł. A. Opara, J. Bednarek. Warszawa 2025.

Solnit R.: „Nadzieja w mroku. Nieznane opowieści, niebywałe możliwości”. Przeł. A. Dzierzgowska, S. Królak. Kraków 2019.
Przemysław Wielgosz: „Pogoda dla rewolucjonistów. Jak zmienić świat w czasie katastrofy”. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2026.