'SERCA GŁOS DZIELI LOS: ''DO WCZORAJ'' I ''OD DZIŚ'' ('CO SIĘ WYDARZYŁO W MADISON COUNTY', REŻ. JAKUB WOCIAL)
A
A
A
Wydaje się, że wraz z popularyzacją psychologii emocji oraz idei samostanowienia rugowane jest romantyczne wyobrażenie kobiet o rycerzu na białym koniu, o tym, że gdzieś czeka druga połówka niczym z platońskiego mitu o Androgyne, którą „wystarczy” odnaleźć, by żyć wspólnie długo i szczęśliwie. Raz po raz więc przypomina się nam, że uniesienia są chwilowe, codzienność wygląda prozaicznie, miłość to mozolna praca nad związkiem, a sentymentalne rojenia jedynie wywołują frustrację. Mimo owych przestróg niełatwo nam się wyzbyć marzeń o wielkim uczuciu i o księciu, którego pocałunek obudzi księżniczkę z letargu, nada jej życiu prawdziwy sens. Motyw ten przewija się też często w musicalach, a doskonale wyraża go fraza z porywającego songu Lucy w „Jekyllu & Hydzie”: „If someone like you found someone like me, then suddenly – nothing would ever be the same”. Aczkolwiek dla niej, zatrudnionej w nocnym lokalu vel domu publicznym, znajomość ze statecznym doktorem istotnie oznaczała szansę na odmianę losu. Podobnie w „Miss Saigon” bodaj każda z kobiet skazanych na utrzymywanie się z prostytucji fantazjuje o amerykańskim żołnierzu, który wybierze akurat ją, wyrwie z piekła i weźmie do Nowego Jorku, gdzie będą się cieszyć beztroską („Movie in My Mind”).
A jeśli ma się wszystko, do czego tęsknią tamte bohaterki? Francesca z „Co się wydarzyło w Madison County” od lat mieszka na farmie z mężem i nastoletnimi dziećmi, niemniej doskwiera jej poczucie niedosytu i ograniczenia. Zdaje się jednak tłumić je aż do momentu, kiedy u jej drzwi staje nieznajomy, którego wkrótce potem uznaje za swoje przeznaczenie. Jak sama śpiewa, na kłębiące się w głowie pytania „widzę, że odpowiedzią jesteś ty” (szkopuł w tym, iż wątpliwości oczywiście dopiero wówczas się mnożą). Również mężczyzna oświadcza, że najwyraźniej przez całe życie zmierzał właśnie tutaj. Banał? Owszem, lecz wątek nagłej a nieposkromionej miłości niezmiennie w nas rezonuje, dlatego gdy po spektaklu usłyszałam w foyer warszawskiego Teatru Studio komentarz: „Ktoś za nami strasznie szlochał”, wcale się nie zdziwiłam, tylko smutno uśmiechnęłam.
Polska odsłona musicalu Jasona Roberta Browna powstała pod egidą firmy producenckiej Broadway w Polsce, na czele z Jakubem Wocialem, który też wyreżyserował sztukę. Jej oficjalna premiera odbyła się 13 września 2026 roku, ja jednak obejrzałam ją poprzedniego dnia, gdyż inauguracyjny cykl przedstawień trwał od 11 do 15 września (następny set przewidziano na grudzień). Czy postanowiłam zobaczyć tę inscenizację, ponieważ byłam ciekawa, „CO się wydarzyło”? Przyznam, że nieszczególnie. Mam wszak w pamięci wyśmienicie zagrany film z 1995 roku z Clintem Eastwoodem i Meryl Streep w rolach głównych (zresztą w reżyserii tego pierwszego). Jest on ekranizacją opublikowanej trzy lata wcześniej krótkiej powieści Roberta Jamesa Wallera, która szybko stała się rozchwytywana i w pewnych kręgach nieledwie kultowa, podobnie jak wersja ze srebrnego ekranu. Z kolei musical „The Bridges of Madison County”, z librettem Marshy Norman oraz muzyką i tekstami piosenek wzmiankowanego już Browna, co prawda nie zrobił zawrotnej kariery na Broadwayu, gdzie miał premierę w 2014 roku – kilka miesięcy gościł na afiszach i zdobył dwie nagrody „Tony” – jednak spotkał się z życzliwszym przyjęciem na innych scenach w Ameryce (czyżby na prowincjach takich jak tytułowe hrabstwo?), a także poza jej granicami.
W tym kameralnym spektaklu centralne miejsce zajmuje wspomniana Francesca (w polskiej realizacji: Anna Federowicz) – Włoszka, która po wojnie poślubiła amerykańskiego żołnierza Richarda, zwanego Budem (Przemysław Niedzielski), i wyemigrowała z nim za ocean, do stanu Iowa. Akcja rozgrywa się w ciągu czterech dni 1965 roku, kiedy to mąż kobiety wyjeżdża razem z dziećmi, Carolyn (Katarzyna Niedzielska) i Michaelem (Bartosz Łyczek), na cztery dni na krajowy finał konkursu Klubu Młodych Farmerów. Akurat wtedy przed domem protagonistki zatrzymuje się fotograf Robert Kincaid (Jakub Wocial) współpracujący z „National Geographic”. Nie potrafi dotrzeć do jednego z zabytkowych krytych mostów – ciekawostek hrabstwa Madison – o których szykuje reportaż, prosi więc Francescę o wskazanie drogi. Jak się okazuje, dzięki temu spotkaniu oboje odnajdują drogę do siebie… Stopniowo, od piwa przez kolację po rozmowy o przeszłości i poczuciu niespełnienia, rozwijają się między nimi wzajemne oczarowanie i namiętność, za sprawą której kochankowie spędzają cztery dni jakby w innym świecie. Na marginesie: wydaje się niezbyt niewiarygodne, by gospodyni na wsi mogła dłuższy czas nie przejmować się zwierzętami i uprawami, aczkolwiek w libretcie zasygnalizowano świadomość tego zgrzytu, bo Robert, zaproponowawszy wydojenie krowy, pyta retorycznie: „Chyba macie jakieś obowiązki na tych farmach?”. Równie mało prawdopodobne jest niepodejrzewanie niczego przez Buda mimo bardzo nieudolnych wykrętów żony.
Wszakże w „Co się wydarzyło…” nie oglądamy trywialnej historii zdrady i przelotnego romansu. Zresztą zarówno Francesca, jak i fotograf wierzą, że doświadczają nie chwilowego zauroczenia, tylko swoistego przebudzenia („On zobaczył mnie, jaką nie zna mnie nikt”) i autentycznego uczucia, na które czekali od zawsze. Trzeba zauważyć, że nie chodzi wyłącznie o zmysłowość, jaka rozpala dwoje nieco zgorzkniałych ludzi po przejściach, ani o marzenie o komunii dusz, lecz także o odnalezienie klucza do furtki pozornie zamkniętej już na amen („Sam jego głos jest jak wiatr z odległych lat”). Za ową furtką kryją się również nostalgia oraz dawne ambicje: Robert, człowiek wiecznie wykorzeniony, z empatią traktuje tęsknotę kobiety za ojczyzną i tamtejszą rodziną, a jako artysta z większym zainteresowaniem i wyczuciem estetycznym niż najbliższe otoczenie patrzy na szkice Włoszki, która za młodu uczęszczała do szkoły rysunku.
Przekonana, że aby odzyskać niezakłamane „ja”, musi porzucić dotychczasową tożsamość, protagonistka rozważa zostawienie męża i dzieci. Pojawia się więc tutaj konflikt serca i rozumu, lub raczej dwóch miłości, kocha ona bowiem męża i dzieci i nie chce spowodować ich cierpienia, choć rodzina ją męczy, a rutyna życia na peryferiach nuży („Iowa jest tak płaska, że można stąd tylko wystrzelić w kosmos” – żartuje Francesca i metaforycznie to ostatnie właśnie się wydarza). Dylemat związany z koniecznością wyboru między przybyszem a rodzinną stabilizacją okazuje się tym boleśniejszy, że Bud nie przejawia cech dyskwalifikujących go jako partnera. Nie pije ani nie bije, po prostu – niczym stereotypowemu farmerowi – brak mu szerszych horyzontów i jest nudny jako osoba, z którą dzieli się stół i łoże. Niemniej zależy mu na żonie, a w swojej poczciwości wierzy, że troska o dom wystarczy, by utrzymać przy sobie Francescę.
Na jej miejscu natomiast niejedna kobieta zapewne chętnie uciekłaby od dzieci, które nie zważają kompletnie na uczucia matki, wszczynają awantury o błahostki i są skrajnie nieodpowiedzialne (nagłe „przejęcie” kierownicy samochodu przez Michaela). Co jednak znamienne, buntują się przeciw wizji poświęcenia się farmie, podczas gdy ich rodzicielka – jak widać, na pozór – dawno się z taką dolą pogodziła. Prócz jej rodziny milieu romansu tworzą jeszcze pojawiająca się we wspomnieniach i zmaterializowana na deskach teatru Marian, była żona Roberta (Natalia Kujawa), oraz najbliżsi sąsiedzi i przyjaciele małżeństwa, czyli Marge (Sabina Karwala) i Charlie (Dominik Bobryk). Ci ostatni tonują napięcie humorystycznymi scenami obfitującymi w przekomarzanki. Pomimo że Marge jest trochę wścibska, zamiast stawić Francescę pod pręgierz (choćby z zazdrości), okazuje jej wyrozumiałość i wręcz się z nią solidaryzuje.
Czy widz podobnie ocenia postępowanie protagonistki? W przypadku zarówno musicalu, jak i filmu trudno zawyrokować jednoznacznie, potępić ją bez zastrzeżeń – i ta ambiwalencja wydaje się siłą konwencjonalnej wszak fabuły. Pozostajemy rozdarci – tak jak bohaterka stoi w rozkroku porywem serca a zdrowym rozsądkiem, ryzykowną przyszłością a spokojem i bezpieczeństwem, najgłębszymi pragnieniami a lojalnością i odpowiedzialnością. Na jednej szali znajduje się palący żal z powodu zaprzepaszczenia szansy na szczęście, na drugiej – cena spalenia za sobą (nomen omen) mostów. Rozpaczliwej decyzji, która przesądza o reszcie życia, nie ułatwiają złożoność charakterów kochanków oraz ich uwikłanie w przeszłość. Można dokonać innego wyboru niż Francesca, można różnie jej poczynania odczytywać, ale nie sposób zachować indyferencji. Przynajmniej tak powinna oddziaływać fabuła, która – podkreślam to jako ripostę na ewentualne zarzuty o spojlery – wobec pewnej klasyczności filmu Eastwooda nie jest tajemnicą.
W związku z powyższym bardziej niż tego, CO się wydarzyło w Madison County, byłam ciekawa, JAK się to wydarzy w rodzimej inscenizacji. Oczekiwania miałam duże – po pierwsze dlatego, że właśnie forma, czyli wykonanie i sama koncepcja realizacyjna, musi tchnąć ducha w nieznośnie melodramatyczną treść; po wtóre, wiedziałam, czego mogę się spodziewać po inicjatorze stworzenia polskiej wersji musicalu. Gdy przed laty Jakub Wocial pełnił funkcję kierownika artystycznego w Teatrze „Rampa” w Warszawie, widziałam tam kilka przygotowanych pod jego okiem spektakli, m.in. „Rent” i „Jesus Christ Superstar”, przy czym najbardziej ujęły mnie niesztampowe „Kobiety na skraju załamania nerwowego”. Podobnie jak w drugim z wymienionych tytułów reżyser obsadził siebie w głównej roli, ale jest to posunięcie słuszne z uwagi na wybitne możliwości głosowe aktora – w „Jesus…” jego „Gethsemane” doprawdy wbija słuchacza w fotel.
W „Co się wydarzyło…” oczywiście też stanął na wysokości zadania, a warto dodać, że utwory Browna są wymagające wokalnie. Może odrobinę mniej przekonująco wypada tu Wocial pod względem aktorskim, bo kreowany przez niego Kincaid sprawia wrażenie ponurego, wycofanego, mało charyzmatycznego i wyrazistego. W moim odbiorze nie do końca koresponduje z charakterystyką, którą autor powieści nakreślił z perspektywy Franceski: „W jakimś sensie on nie był z tej ziemi. (…) Zawsze kojarzył mi się z lampartopodobną istotą, która podróżuje na ogonie komety. Poruszał się w ten sposób, całe jego ciało takie było. Udawało mu się jakoś łączyć niespożytą energię życiową z ciepłem i łagodnością i miał w sobie coś tragicznego. Uważał siebie za przeżytek w świecie komputerów, robotów i zorganizowanego życia w ogóle” (Waller 2003: 143). Najlepiej zobrazował Wocial ostatni aspekt – bycia „niedzisiejszym” kowbojem – ale może to pochodna idei tego przedstawienia jako raczej melancholijnego i pozbawionego gwałtowności („raczej”, bo swoistymi intermediami są żywiołowe piosenki country). Tyle że w konsekwencji ogniste uczucie między protagonistami wydaje się bardziej wyśpiewane niż zagrane; skądinąd nawet gdy rozmawiają oni czy zwierzają się sobie w monologach, spoglądają głównie w stronę publiczności. Pożądanie najsilniej odzwierciedla wolna piosenka „Get Closer”, którą uwodzicielsko wykonuje… sąsiadka.
À propos tej ostatniej trzeba zaznaczyć, że reżyser dobrał sobie wypróbowaną ekipę, nawet aktorów odtwarzających postacie drugoplanowe. Karwala w roli Marge nadaje rzewnej opowieści rumieńców swoją zadziornością; Kujawa jako Marian/piosenkarka bryluje w scenach tanecznych (ze skakaniem po stole włącznie). Z kolei Niedzielski (Szymon w „Jesus…”) i Bobryk znakomicie wcielają się w prostodusznych farmerów i tłumaczą zasady współżycia w społecznościach takich jak w Iowa. Bezdyskusyjnie jednak za największy atut spektaklu i najtrafniejszy wybór obsadowy należy uznać Annę Federowicz, której słowiańska, eteryczna uroda nie przeszkadza w wiarygodnym odgrywaniu stereotypowo obdarzonej temperamentem Włoszki. Ze wstydem przyznaję, że stanowi ona dla mnie poniekąd odkrycie; wprawdzie wcześniej widziałam (i słyszałam) ją w „Wicked”, ale choć kreuje tam jedną z protagonistek, sądzę, że właśnie w „Co się wydarzyło...” mogła pokazać wachlarz swoich umiejętności wokalnych i interpretacyjnych. Federowicz zachwyca zjawiskowym, operowym głosem i nie jest to określenie na wyrost użyte przez recenzentkę laiczkę, takie są bowiem wymogi lirycznych piosenek Browna (notabene, Kelli O’Hara, broadwayowska odtwórczyni tej roli, występuje także w Metropolitan Opera). Przede wszystkim zaś aktorka z dużą intuicją oddaje powolny rozwój uczucia, przemianę pod jego wpływem, splątane emocje i rozterkę, wrażliwość i zarazem siłę bohaterki.
Spektakl zresztą zasadza się na wrażliwości, bo wspomniana forma, która musi unieść melodramatyczną treść, nie oznacza efekciarstwa, tylko subtelne środki wyrazu odwołujące się do tęsknot widzów (a zwłaszcza „widzek”). Nawet tych, którzy na poziomie świadomym nie mają złudzeń, że marzenia o „wybawieniu” przez miłość są czymś więcej niż mrzonką. „Zwykle czuję się tu jak nudna gospodyni, a pojawiasz się ty i wydaje się, jakbym znowu była sobą” – wyznaje Francesca. Marge na początku donosi jej, że widziany w miasteczku fotograf według pogłosek jest hipisem, na co ta ze śmiechem odpowiada, że nie wygląda na hipisa. Faktycznie Robert przypomina raczej trapera czy innego samotnego wilka, ale w istocie chodzi o podobną filozofię praktyczną „easy riderów”, którą można ująć hasłowo jako wolność, miłość, nieskrępowanie konwenansami, brak rutyny (bycie dziś tu, jutro tam), antysystemowość. Francescę pociąga wizja wyrwania się dzięki urzekającemu wagabundzie ze stagnacji oraz z patriarchalnej rodziny, gdzie jej rola jest zredukowana do wypełniania obowiązków i gdzie miewa poczucie uwięzienia i zmarnowania życia.
Paradoks polega na tym, że słodkie upojenie nie trwałoby bez końca, między kochankami pojawiłyby się niesnaski i znużenie, któraś strona zapragnęłaby domu z ogródkiem, choćby w sensie metaforycznym – Robert śpiewa przecież: „Czy byłem w drodze tyle lat, by wreszcie znaleźć dom?”. A może jednak fotograf jest „wiecznym tułaczem” i protagonistkę prędzej czy później zraziłoby jego samotnicze usposobienie? Może jego pęd nigdy nie zostanie zaspokojony? Marian, znająca go „ciut” dłużej niż cztery dni, pięknie charakteryzuje byłego męża w swoim songu: „On miał w sobie ciemną pustkę, nie umiałam zajrzeć tam, to dlatego szukał światła górskich szczytów, morskich fal. (…) a chciałam wierzyć, że to ja wypełnię jego kadr”. Może Francesca unika losu „tej kobiety, która nosi w sobie bliznę czterech lat”? Nie przypuszczałam, że będę kiedyś cytować artykuł ze strony Klubu Jagiellońskiego, na dodatek w recenzji musicalu, ale autor w niedawnym tekście zgrabnie wyjaśnia iluzję, którą tu uwypuklam: „Gdzieś więc w naszej kulturze tli się przekonanie, że nasze życie jest w jakimś sensie w punkcie wyjścia nieautentyczne i wymaga radykalnej przemiany. Że potrzebujemy punktu zero, momentu, od którego wszystko staje się inne, a my – rodzimy się na nowo. Radykalnego zerwania, przekroczenia rzeczywistości, której doświadczamy na co dzień, a która to tworzy wysoki mur oddzielający nas od pełni życia. (…) [Tymczasem – K.Sz.] jak słusznie zauważa – za Jacques’em Lacanem – Slavoj Žižek w książce »Patrząc z ukosa«, nasze pragnienia są z definicji niespełnialne. W pragnieniu nie chodzi o to, żeby je zrealizować. Chodzi o to, żeby do niego dążyć. Jego istotą jest gonienie króliczka. Gdy już zaś osiągniemy przedmiot pragnienia, pragnienie wygasa, my zaś szukamy czegoś innego” (Boryszewski 2026).
Ta konstatacja nie wyeliminuje opisywanej tęsknoty – wszak trawa zawsze będzie zieleńsza tam, gdzie nas nie ma. I inscenizacja „Co się wydarzyło…” musi poruszyć owe czułe struny w odbiorcy, żeby doprowadzić do identyfikacji z protagonistką oraz zanurzenia się w świecie przedstawionym – poruszyć nie przez epatowanie efektami specjalnymi, lecz dzięki budowaniu więzi emocjonalnej z postaciami. Musical ten z założenia nie jest widowiskiem, nie zawiera szumnej scenografii, projekcji multimedialnych, popisów baletu w olśniewających kostiumach; stanowi intymną narrację, w której skromnymi środkami wyrazu trzeba przekazać nawarstwianie się emocji i antynomiczne dążenia. Trudno też byłoby modernizować entourage; historia Franceski i Roberta wydaje się głęboko osadzona w sennej amerykańskiej prowincji lat 60., a realia te nadają spektaklowi z jednej strony nieco duszny, z drugiej – medytacyjny klimat.
Skromność odzwierciedla się nawet w partyturze, bo piosenki są jakby delikatnym podkładem pod opowiadaną fabułę. „Delikatnym” nie znaczy mdłym – nagrody „Tony” otrzymał kompozytor właśnie za najlepszą muzykę i orkiestrację. Jeśli pominąć dynamiczne i wesołe przerywniki w stylu country, dominują utwory elegijne, takie jak „One Second and a Million Miles” (dramatyczny duet, gdy rozstrzyga się los), przejmujące, przechodzące w crescendo „Wondering” czy równie poruszające „It All Fades Away” – oba Wocial już dawniej nieraz wykonywał po angielsku na koncertach. Przekłady zawdzięczamy Danielowi Wyszogrodzkiemu – bodaj najbardziej doświadczonemu i zasłużonemu tłumaczowi musicali na język polski oraz badaczowi gatunku, więc także pod tym względem Wocial postawił na sprawdzone nazwisko, tak by nie dopuścić do zgrzytów w tekstach. Dramaturgia przedstawienia jest oparta na interakcjach i właśnie na sięgającej do serca muzyce. Można by rzec, że „Co się wydarzyło…” rozkochuje w sobie widza bez stosowania żadnych sztuczek, tylko bezpretensjonalnością; abstrahując od aspektu spełnionej namiętności, przypomina w tym musical „Once” dojrzałością i autentyzmem ukazania relacji romantycznej, która zmienia wszystko, lecz dla której nie ma przyszłości. Lub może jest cała wieczność? „Przemknęliśmy obok siebie niczym dwie cząsteczki kosmicznego pyłu” – wyznaje Robert w powieści. „Bóg, a może wszechświat, (…) postanowił, że wyznacznik wielkiego systemu równowagi i ładu nie będzie uwzględniał ziemskiego czasu. Dla wszechświata cztery dni to tyle samo co cztery miliardy lat świetlnych” (Waller 2003: 133).
Dla Wociala jako pomysłodawcy i głównego realizatora spektakl ten ma szczególne, osobiste znaczenie, o czym świadczy emocjonalna treść materiałów promocyjnych, chociażby na facebookowej stronie producenta, m.in. wideo, w którym pada stwierdzenie: „Jest to idealny przykład tego, czym jest prawdziwy teatr muzyczny dla mnie” (Broadway w Polsce, 2026). Jakkolwiek reżyser nadaje ton całości i urzeczywistnia własną wizję artystyczną, oprócz niego, pozostałych aktorów i tłumacza nieodzowne cegiełki dokładają też do tej misternej konstrukcji inni współtwórcy. Trudno przemilczeć obecność symbolicznej Namiętności (w którą wciela się choreografka Barbara Olech), wyrażającej tańcem sprzeczne uczucia targające Francescą, np. w wymownej scenie, gdy jedna desperacko pakuje walizkę, a druga równie desperacko wyrzuca z niej zawartość. To celny mimo swej prostoty pomysł, aby pełnym ekspresji ruchem przekazać afekty, których nie oddadzą w stu procentach słowa, mimika ani nawet śpiew. Nawiązując do sentencji „serce nie sługa”, można by powiedzieć, że Namiętność jest tu właśnie owym samowolnym sercem. Jak wiedzą ci, którzy oglądali musical „Jesus…” w reżyserii Wociala, także tam pojawiła się postać alegoryczna (Przeznaczenie), a sam koncept nie wydaje się specjalnie odkrywczy, bo np. we francuskim „Roméo et Juliette” z 2001 roku protagonistom towarzyszy Śmierć. Ktoś może te personifikacje uznać za zbyt dosłowne, ale przypominają one o niedocieczonych siłach rządzących ludzką egzystencją – Śmierć czy Przeznaczenie pokazują, że nasze życie rozgrywa się na planie większego dramatu, którego nie rozumiemy, Namiętność zaś jest manifestacją dramatu wewnętrznego, którego również nie potrafimy uchwycić rozumem.
Jak zasygnalizowałam, Olech odpowiada też za choreografię oraz ruch sceniczny, zharmonizowany z oprawą muzyczną, którą zapewnia orkiestra (z przewagą instrumentów smyczkowych) pod kierunkiem Ignacego Matuszewskiego, wykonująca utwory na żywo w głębi sceny. O kostiumy i o dekoracje zadbała Martyna Domozych, przy czym te ostatnie przywodzą na myśl kompozycję plastyczną rodem z galerii sztuki: składają się na nie udrapowana i jakby przybrudzona czerwonym pyłem materia, wiszące pod sufitem sznury na drągu (co kojarzy się ze scenografią „Jesus…”) i również zawieszone na wysokości, niczym ready-mades, tradycyjne, zgrzebne sprzęty gospodarskie. Skoro o utensyliach mowa, wypada zaakcentować rolę kuchni, w której dzieje się akcja – wspólnie przygotowywany posiłek zbliża do siebie głównych bohaterów, sensualność przybiera tu więc także wymiar smakowy i zapachowy. Spośród rozwiązań formalnych wyjątkowe wrażenie jednak wywiera klamra fabularna, obecna zresztą już w książce: dzieci Franceski otrzymują pudełko z listami i innymi pamiątkami i na tej podstawie rekonstruują tajemnicę matki, a widzowie wraz z nimi. Ów chwyt wewnętrznego retrospektywnego planu czasowego uderzył mnie niegdyś w musicalu „Aida”, w którym zupełnie inaczej patrzy się na inicjalną/finalną scenę w muzeum przed obejrzeniem całej fabuły, a inaczej – gdy scena ta ją wieńczy. Chyba w przypadku obu spektakli robi się to ze łzami w oczach, jakkolwiek człowiek odżegnywałby się od ckliwości i pomstował na mit miłości romantycznej.
Choć „Co się wydarzyło...” jest dość przewidywalnym melodramatem, który można by sprowadzić do kiczowatej historii zdrady i rezygnacji, umiejętnie zagrany i pomyślany od strony realizatorskiej staje się ponadczasową opowieścią o dialektyce trafu i przeznaczenia. Kincaid mógł przecież zapukać do innych drzwi, a Francesca mogła wyjechać z rodziną na konkurs, mogła też uciec z ukochanym. Jej położenie nosi znamiona wyboru tragicznego, a widz ma szansę doznać oczyszczającego emocje katharsis. Przede wszystkim zaś musical ten z niezwykłą prawdą wyrazu mówi o pragnieniu, tęsknocie i wyrzeczeniu się czegoś, co być może okazuje się najważniejsze z perspektywy zawsze zbyt szybko mijającego czasu, wszak „to ginie we mgle – ty nie” („It All Fades Away”). Gdy Robert zwierza się, że po żonie została mu gitara, z którą nie wie, co począć, gdyż budzi w nim sentyment, ale i jakiś opór, Francesca bystrze zauważa: „Pewnie dlatego ją panu dała. Żeby nigdy pan o niej nie zapomniał”. Wspomnienie o „Co się wydarzyło…” również łatwo się nie zatrze, bo Wocial et consortes zdołali z niego zrobić spektakl nietuzinkowy. Clint Eastwood, który w swoim bez mała stuletnim życiu niejedną produkcję widział i ma w dorobku liczne role w kinowych hitach, przypuszczalnie by się ze mną zgodził.
Literatura:
Boryszewski C.: „Nie musimy iść na wojnę, by zrozumieć, co jest w życiu ważne”. Klub Jagielloński, 14.08.2026. https://klubjagiellonski.pl/2026/08/14/nie-musimy-isc-na-wojne-by-zrozumiec-co-jest-w-zyciu-wazne/ [dostęp: 4.10.2026].
Broadway w Polsce: post wideo na profilu na Facebooku, 12.09.2026. https://www.facebook.com/watch/?v=1402382151225461 [dostęp: 4.10.2026].
Waller R.J.: „Co się wydarzyło w Madison County”. Przeł. J. Manicki, W. Masiulanis. Warszawa 2003.
A jeśli ma się wszystko, do czego tęsknią tamte bohaterki? Francesca z „Co się wydarzyło w Madison County” od lat mieszka na farmie z mężem i nastoletnimi dziećmi, niemniej doskwiera jej poczucie niedosytu i ograniczenia. Zdaje się jednak tłumić je aż do momentu, kiedy u jej drzwi staje nieznajomy, którego wkrótce potem uznaje za swoje przeznaczenie. Jak sama śpiewa, na kłębiące się w głowie pytania „widzę, że odpowiedzią jesteś ty” (szkopuł w tym, iż wątpliwości oczywiście dopiero wówczas się mnożą). Również mężczyzna oświadcza, że najwyraźniej przez całe życie zmierzał właśnie tutaj. Banał? Owszem, lecz wątek nagłej a nieposkromionej miłości niezmiennie w nas rezonuje, dlatego gdy po spektaklu usłyszałam w foyer warszawskiego Teatru Studio komentarz: „Ktoś za nami strasznie szlochał”, wcale się nie zdziwiłam, tylko smutno uśmiechnęłam.
Polska odsłona musicalu Jasona Roberta Browna powstała pod egidą firmy producenckiej Broadway w Polsce, na czele z Jakubem Wocialem, który też wyreżyserował sztukę. Jej oficjalna premiera odbyła się 13 września 2026 roku, ja jednak obejrzałam ją poprzedniego dnia, gdyż inauguracyjny cykl przedstawień trwał od 11 do 15 września (następny set przewidziano na grudzień). Czy postanowiłam zobaczyć tę inscenizację, ponieważ byłam ciekawa, „CO się wydarzyło”? Przyznam, że nieszczególnie. Mam wszak w pamięci wyśmienicie zagrany film z 1995 roku z Clintem Eastwoodem i Meryl Streep w rolach głównych (zresztą w reżyserii tego pierwszego). Jest on ekranizacją opublikowanej trzy lata wcześniej krótkiej powieści Roberta Jamesa Wallera, która szybko stała się rozchwytywana i w pewnych kręgach nieledwie kultowa, podobnie jak wersja ze srebrnego ekranu. Z kolei musical „The Bridges of Madison County”, z librettem Marshy Norman oraz muzyką i tekstami piosenek wzmiankowanego już Browna, co prawda nie zrobił zawrotnej kariery na Broadwayu, gdzie miał premierę w 2014 roku – kilka miesięcy gościł na afiszach i zdobył dwie nagrody „Tony” – jednak spotkał się z życzliwszym przyjęciem na innych scenach w Ameryce (czyżby na prowincjach takich jak tytułowe hrabstwo?), a także poza jej granicami.
W tym kameralnym spektaklu centralne miejsce zajmuje wspomniana Francesca (w polskiej realizacji: Anna Federowicz) – Włoszka, która po wojnie poślubiła amerykańskiego żołnierza Richarda, zwanego Budem (Przemysław Niedzielski), i wyemigrowała z nim za ocean, do stanu Iowa. Akcja rozgrywa się w ciągu czterech dni 1965 roku, kiedy to mąż kobiety wyjeżdża razem z dziećmi, Carolyn (Katarzyna Niedzielska) i Michaelem (Bartosz Łyczek), na cztery dni na krajowy finał konkursu Klubu Młodych Farmerów. Akurat wtedy przed domem protagonistki zatrzymuje się fotograf Robert Kincaid (Jakub Wocial) współpracujący z „National Geographic”. Nie potrafi dotrzeć do jednego z zabytkowych krytych mostów – ciekawostek hrabstwa Madison – o których szykuje reportaż, prosi więc Francescę o wskazanie drogi. Jak się okazuje, dzięki temu spotkaniu oboje odnajdują drogę do siebie… Stopniowo, od piwa przez kolację po rozmowy o przeszłości i poczuciu niespełnienia, rozwijają się między nimi wzajemne oczarowanie i namiętność, za sprawą której kochankowie spędzają cztery dni jakby w innym świecie. Na marginesie: wydaje się niezbyt niewiarygodne, by gospodyni na wsi mogła dłuższy czas nie przejmować się zwierzętami i uprawami, aczkolwiek w libretcie zasygnalizowano świadomość tego zgrzytu, bo Robert, zaproponowawszy wydojenie krowy, pyta retorycznie: „Chyba macie jakieś obowiązki na tych farmach?”. Równie mało prawdopodobne jest niepodejrzewanie niczego przez Buda mimo bardzo nieudolnych wykrętów żony.
Wszakże w „Co się wydarzyło…” nie oglądamy trywialnej historii zdrady i przelotnego romansu. Zresztą zarówno Francesca, jak i fotograf wierzą, że doświadczają nie chwilowego zauroczenia, tylko swoistego przebudzenia („On zobaczył mnie, jaką nie zna mnie nikt”) i autentycznego uczucia, na które czekali od zawsze. Trzeba zauważyć, że nie chodzi wyłącznie o zmysłowość, jaka rozpala dwoje nieco zgorzkniałych ludzi po przejściach, ani o marzenie o komunii dusz, lecz także o odnalezienie klucza do furtki pozornie zamkniętej już na amen („Sam jego głos jest jak wiatr z odległych lat”). Za ową furtką kryją się również nostalgia oraz dawne ambicje: Robert, człowiek wiecznie wykorzeniony, z empatią traktuje tęsknotę kobiety za ojczyzną i tamtejszą rodziną, a jako artysta z większym zainteresowaniem i wyczuciem estetycznym niż najbliższe otoczenie patrzy na szkice Włoszki, która za młodu uczęszczała do szkoły rysunku.
Przekonana, że aby odzyskać niezakłamane „ja”, musi porzucić dotychczasową tożsamość, protagonistka rozważa zostawienie męża i dzieci. Pojawia się więc tutaj konflikt serca i rozumu, lub raczej dwóch miłości, kocha ona bowiem męża i dzieci i nie chce spowodować ich cierpienia, choć rodzina ją męczy, a rutyna życia na peryferiach nuży („Iowa jest tak płaska, że można stąd tylko wystrzelić w kosmos” – żartuje Francesca i metaforycznie to ostatnie właśnie się wydarza). Dylemat związany z koniecznością wyboru między przybyszem a rodzinną stabilizacją okazuje się tym boleśniejszy, że Bud nie przejawia cech dyskwalifikujących go jako partnera. Nie pije ani nie bije, po prostu – niczym stereotypowemu farmerowi – brak mu szerszych horyzontów i jest nudny jako osoba, z którą dzieli się stół i łoże. Niemniej zależy mu na żonie, a w swojej poczciwości wierzy, że troska o dom wystarczy, by utrzymać przy sobie Francescę.
Na jej miejscu natomiast niejedna kobieta zapewne chętnie uciekłaby od dzieci, które nie zważają kompletnie na uczucia matki, wszczynają awantury o błahostki i są skrajnie nieodpowiedzialne (nagłe „przejęcie” kierownicy samochodu przez Michaela). Co jednak znamienne, buntują się przeciw wizji poświęcenia się farmie, podczas gdy ich rodzicielka – jak widać, na pozór – dawno się z taką dolą pogodziła. Prócz jej rodziny milieu romansu tworzą jeszcze pojawiająca się we wspomnieniach i zmaterializowana na deskach teatru Marian, była żona Roberta (Natalia Kujawa), oraz najbliżsi sąsiedzi i przyjaciele małżeństwa, czyli Marge (Sabina Karwala) i Charlie (Dominik Bobryk). Ci ostatni tonują napięcie humorystycznymi scenami obfitującymi w przekomarzanki. Pomimo że Marge jest trochę wścibska, zamiast stawić Francescę pod pręgierz (choćby z zazdrości), okazuje jej wyrozumiałość i wręcz się z nią solidaryzuje.
Czy widz podobnie ocenia postępowanie protagonistki? W przypadku zarówno musicalu, jak i filmu trudno zawyrokować jednoznacznie, potępić ją bez zastrzeżeń – i ta ambiwalencja wydaje się siłą konwencjonalnej wszak fabuły. Pozostajemy rozdarci – tak jak bohaterka stoi w rozkroku porywem serca a zdrowym rozsądkiem, ryzykowną przyszłością a spokojem i bezpieczeństwem, najgłębszymi pragnieniami a lojalnością i odpowiedzialnością. Na jednej szali znajduje się palący żal z powodu zaprzepaszczenia szansy na szczęście, na drugiej – cena spalenia za sobą (nomen omen) mostów. Rozpaczliwej decyzji, która przesądza o reszcie życia, nie ułatwiają złożoność charakterów kochanków oraz ich uwikłanie w przeszłość. Można dokonać innego wyboru niż Francesca, można różnie jej poczynania odczytywać, ale nie sposób zachować indyferencji. Przynajmniej tak powinna oddziaływać fabuła, która – podkreślam to jako ripostę na ewentualne zarzuty o spojlery – wobec pewnej klasyczności filmu Eastwooda nie jest tajemnicą.
W związku z powyższym bardziej niż tego, CO się wydarzyło w Madison County, byłam ciekawa, JAK się to wydarzy w rodzimej inscenizacji. Oczekiwania miałam duże – po pierwsze dlatego, że właśnie forma, czyli wykonanie i sama koncepcja realizacyjna, musi tchnąć ducha w nieznośnie melodramatyczną treść; po wtóre, wiedziałam, czego mogę się spodziewać po inicjatorze stworzenia polskiej wersji musicalu. Gdy przed laty Jakub Wocial pełnił funkcję kierownika artystycznego w Teatrze „Rampa” w Warszawie, widziałam tam kilka przygotowanych pod jego okiem spektakli, m.in. „Rent” i „Jesus Christ Superstar”, przy czym najbardziej ujęły mnie niesztampowe „Kobiety na skraju załamania nerwowego”. Podobnie jak w drugim z wymienionych tytułów reżyser obsadził siebie w głównej roli, ale jest to posunięcie słuszne z uwagi na wybitne możliwości głosowe aktora – w „Jesus…” jego „Gethsemane” doprawdy wbija słuchacza w fotel.
W „Co się wydarzyło…” oczywiście też stanął na wysokości zadania, a warto dodać, że utwory Browna są wymagające wokalnie. Może odrobinę mniej przekonująco wypada tu Wocial pod względem aktorskim, bo kreowany przez niego Kincaid sprawia wrażenie ponurego, wycofanego, mało charyzmatycznego i wyrazistego. W moim odbiorze nie do końca koresponduje z charakterystyką, którą autor powieści nakreślił z perspektywy Franceski: „W jakimś sensie on nie był z tej ziemi. (…) Zawsze kojarzył mi się z lampartopodobną istotą, która podróżuje na ogonie komety. Poruszał się w ten sposób, całe jego ciało takie było. Udawało mu się jakoś łączyć niespożytą energię życiową z ciepłem i łagodnością i miał w sobie coś tragicznego. Uważał siebie za przeżytek w świecie komputerów, robotów i zorganizowanego życia w ogóle” (Waller 2003: 143). Najlepiej zobrazował Wocial ostatni aspekt – bycia „niedzisiejszym” kowbojem – ale może to pochodna idei tego przedstawienia jako raczej melancholijnego i pozbawionego gwałtowności („raczej”, bo swoistymi intermediami są żywiołowe piosenki country). Tyle że w konsekwencji ogniste uczucie między protagonistami wydaje się bardziej wyśpiewane niż zagrane; skądinąd nawet gdy rozmawiają oni czy zwierzają się sobie w monologach, spoglądają głównie w stronę publiczności. Pożądanie najsilniej odzwierciedla wolna piosenka „Get Closer”, którą uwodzicielsko wykonuje… sąsiadka.
À propos tej ostatniej trzeba zaznaczyć, że reżyser dobrał sobie wypróbowaną ekipę, nawet aktorów odtwarzających postacie drugoplanowe. Karwala w roli Marge nadaje rzewnej opowieści rumieńców swoją zadziornością; Kujawa jako Marian/piosenkarka bryluje w scenach tanecznych (ze skakaniem po stole włącznie). Z kolei Niedzielski (Szymon w „Jesus…”) i Bobryk znakomicie wcielają się w prostodusznych farmerów i tłumaczą zasady współżycia w społecznościach takich jak w Iowa. Bezdyskusyjnie jednak za największy atut spektaklu i najtrafniejszy wybór obsadowy należy uznać Annę Federowicz, której słowiańska, eteryczna uroda nie przeszkadza w wiarygodnym odgrywaniu stereotypowo obdarzonej temperamentem Włoszki. Ze wstydem przyznaję, że stanowi ona dla mnie poniekąd odkrycie; wprawdzie wcześniej widziałam (i słyszałam) ją w „Wicked”, ale choć kreuje tam jedną z protagonistek, sądzę, że właśnie w „Co się wydarzyło...” mogła pokazać wachlarz swoich umiejętności wokalnych i interpretacyjnych. Federowicz zachwyca zjawiskowym, operowym głosem i nie jest to określenie na wyrost użyte przez recenzentkę laiczkę, takie są bowiem wymogi lirycznych piosenek Browna (notabene, Kelli O’Hara, broadwayowska odtwórczyni tej roli, występuje także w Metropolitan Opera). Przede wszystkim zaś aktorka z dużą intuicją oddaje powolny rozwój uczucia, przemianę pod jego wpływem, splątane emocje i rozterkę, wrażliwość i zarazem siłę bohaterki.
Spektakl zresztą zasadza się na wrażliwości, bo wspomniana forma, która musi unieść melodramatyczną treść, nie oznacza efekciarstwa, tylko subtelne środki wyrazu odwołujące się do tęsknot widzów (a zwłaszcza „widzek”). Nawet tych, którzy na poziomie świadomym nie mają złudzeń, że marzenia o „wybawieniu” przez miłość są czymś więcej niż mrzonką. „Zwykle czuję się tu jak nudna gospodyni, a pojawiasz się ty i wydaje się, jakbym znowu była sobą” – wyznaje Francesca. Marge na początku donosi jej, że widziany w miasteczku fotograf według pogłosek jest hipisem, na co ta ze śmiechem odpowiada, że nie wygląda na hipisa. Faktycznie Robert przypomina raczej trapera czy innego samotnego wilka, ale w istocie chodzi o podobną filozofię praktyczną „easy riderów”, którą można ująć hasłowo jako wolność, miłość, nieskrępowanie konwenansami, brak rutyny (bycie dziś tu, jutro tam), antysystemowość. Francescę pociąga wizja wyrwania się dzięki urzekającemu wagabundzie ze stagnacji oraz z patriarchalnej rodziny, gdzie jej rola jest zredukowana do wypełniania obowiązków i gdzie miewa poczucie uwięzienia i zmarnowania życia.
Paradoks polega na tym, że słodkie upojenie nie trwałoby bez końca, między kochankami pojawiłyby się niesnaski i znużenie, któraś strona zapragnęłaby domu z ogródkiem, choćby w sensie metaforycznym – Robert śpiewa przecież: „Czy byłem w drodze tyle lat, by wreszcie znaleźć dom?”. A może jednak fotograf jest „wiecznym tułaczem” i protagonistkę prędzej czy później zraziłoby jego samotnicze usposobienie? Może jego pęd nigdy nie zostanie zaspokojony? Marian, znająca go „ciut” dłużej niż cztery dni, pięknie charakteryzuje byłego męża w swoim songu: „On miał w sobie ciemną pustkę, nie umiałam zajrzeć tam, to dlatego szukał światła górskich szczytów, morskich fal. (…) a chciałam wierzyć, że to ja wypełnię jego kadr”. Może Francesca unika losu „tej kobiety, która nosi w sobie bliznę czterech lat”? Nie przypuszczałam, że będę kiedyś cytować artykuł ze strony Klubu Jagiellońskiego, na dodatek w recenzji musicalu, ale autor w niedawnym tekście zgrabnie wyjaśnia iluzję, którą tu uwypuklam: „Gdzieś więc w naszej kulturze tli się przekonanie, że nasze życie jest w jakimś sensie w punkcie wyjścia nieautentyczne i wymaga radykalnej przemiany. Że potrzebujemy punktu zero, momentu, od którego wszystko staje się inne, a my – rodzimy się na nowo. Radykalnego zerwania, przekroczenia rzeczywistości, której doświadczamy na co dzień, a która to tworzy wysoki mur oddzielający nas od pełni życia. (…) [Tymczasem – K.Sz.] jak słusznie zauważa – za Jacques’em Lacanem – Slavoj Žižek w książce »Patrząc z ukosa«, nasze pragnienia są z definicji niespełnialne. W pragnieniu nie chodzi o to, żeby je zrealizować. Chodzi o to, żeby do niego dążyć. Jego istotą jest gonienie króliczka. Gdy już zaś osiągniemy przedmiot pragnienia, pragnienie wygasa, my zaś szukamy czegoś innego” (Boryszewski 2026).
Ta konstatacja nie wyeliminuje opisywanej tęsknoty – wszak trawa zawsze będzie zieleńsza tam, gdzie nas nie ma. I inscenizacja „Co się wydarzyło…” musi poruszyć owe czułe struny w odbiorcy, żeby doprowadzić do identyfikacji z protagonistką oraz zanurzenia się w świecie przedstawionym – poruszyć nie przez epatowanie efektami specjalnymi, lecz dzięki budowaniu więzi emocjonalnej z postaciami. Musical ten z założenia nie jest widowiskiem, nie zawiera szumnej scenografii, projekcji multimedialnych, popisów baletu w olśniewających kostiumach; stanowi intymną narrację, w której skromnymi środkami wyrazu trzeba przekazać nawarstwianie się emocji i antynomiczne dążenia. Trudno też byłoby modernizować entourage; historia Franceski i Roberta wydaje się głęboko osadzona w sennej amerykańskiej prowincji lat 60., a realia te nadają spektaklowi z jednej strony nieco duszny, z drugiej – medytacyjny klimat.
Skromność odzwierciedla się nawet w partyturze, bo piosenki są jakby delikatnym podkładem pod opowiadaną fabułę. „Delikatnym” nie znaczy mdłym – nagrody „Tony” otrzymał kompozytor właśnie za najlepszą muzykę i orkiestrację. Jeśli pominąć dynamiczne i wesołe przerywniki w stylu country, dominują utwory elegijne, takie jak „One Second and a Million Miles” (dramatyczny duet, gdy rozstrzyga się los), przejmujące, przechodzące w crescendo „Wondering” czy równie poruszające „It All Fades Away” – oba Wocial już dawniej nieraz wykonywał po angielsku na koncertach. Przekłady zawdzięczamy Danielowi Wyszogrodzkiemu – bodaj najbardziej doświadczonemu i zasłużonemu tłumaczowi musicali na język polski oraz badaczowi gatunku, więc także pod tym względem Wocial postawił na sprawdzone nazwisko, tak by nie dopuścić do zgrzytów w tekstach. Dramaturgia przedstawienia jest oparta na interakcjach i właśnie na sięgającej do serca muzyce. Można by rzec, że „Co się wydarzyło…” rozkochuje w sobie widza bez stosowania żadnych sztuczek, tylko bezpretensjonalnością; abstrahując od aspektu spełnionej namiętności, przypomina w tym musical „Once” dojrzałością i autentyzmem ukazania relacji romantycznej, która zmienia wszystko, lecz dla której nie ma przyszłości. Lub może jest cała wieczność? „Przemknęliśmy obok siebie niczym dwie cząsteczki kosmicznego pyłu” – wyznaje Robert w powieści. „Bóg, a może wszechświat, (…) postanowił, że wyznacznik wielkiego systemu równowagi i ładu nie będzie uwzględniał ziemskiego czasu. Dla wszechświata cztery dni to tyle samo co cztery miliardy lat świetlnych” (Waller 2003: 133).
Dla Wociala jako pomysłodawcy i głównego realizatora spektakl ten ma szczególne, osobiste znaczenie, o czym świadczy emocjonalna treść materiałów promocyjnych, chociażby na facebookowej stronie producenta, m.in. wideo, w którym pada stwierdzenie: „Jest to idealny przykład tego, czym jest prawdziwy teatr muzyczny dla mnie” (Broadway w Polsce, 2026). Jakkolwiek reżyser nadaje ton całości i urzeczywistnia własną wizję artystyczną, oprócz niego, pozostałych aktorów i tłumacza nieodzowne cegiełki dokładają też do tej misternej konstrukcji inni współtwórcy. Trudno przemilczeć obecność symbolicznej Namiętności (w którą wciela się choreografka Barbara Olech), wyrażającej tańcem sprzeczne uczucia targające Francescą, np. w wymownej scenie, gdy jedna desperacko pakuje walizkę, a druga równie desperacko wyrzuca z niej zawartość. To celny mimo swej prostoty pomysł, aby pełnym ekspresji ruchem przekazać afekty, których nie oddadzą w stu procentach słowa, mimika ani nawet śpiew. Nawiązując do sentencji „serce nie sługa”, można by powiedzieć, że Namiętność jest tu właśnie owym samowolnym sercem. Jak wiedzą ci, którzy oglądali musical „Jesus…” w reżyserii Wociala, także tam pojawiła się postać alegoryczna (Przeznaczenie), a sam koncept nie wydaje się specjalnie odkrywczy, bo np. we francuskim „Roméo et Juliette” z 2001 roku protagonistom towarzyszy Śmierć. Ktoś może te personifikacje uznać za zbyt dosłowne, ale przypominają one o niedocieczonych siłach rządzących ludzką egzystencją – Śmierć czy Przeznaczenie pokazują, że nasze życie rozgrywa się na planie większego dramatu, którego nie rozumiemy, Namiętność zaś jest manifestacją dramatu wewnętrznego, którego również nie potrafimy uchwycić rozumem.
Jak zasygnalizowałam, Olech odpowiada też za choreografię oraz ruch sceniczny, zharmonizowany z oprawą muzyczną, którą zapewnia orkiestra (z przewagą instrumentów smyczkowych) pod kierunkiem Ignacego Matuszewskiego, wykonująca utwory na żywo w głębi sceny. O kostiumy i o dekoracje zadbała Martyna Domozych, przy czym te ostatnie przywodzą na myśl kompozycję plastyczną rodem z galerii sztuki: składają się na nie udrapowana i jakby przybrudzona czerwonym pyłem materia, wiszące pod sufitem sznury na drągu (co kojarzy się ze scenografią „Jesus…”) i również zawieszone na wysokości, niczym ready-mades, tradycyjne, zgrzebne sprzęty gospodarskie. Skoro o utensyliach mowa, wypada zaakcentować rolę kuchni, w której dzieje się akcja – wspólnie przygotowywany posiłek zbliża do siebie głównych bohaterów, sensualność przybiera tu więc także wymiar smakowy i zapachowy. Spośród rozwiązań formalnych wyjątkowe wrażenie jednak wywiera klamra fabularna, obecna zresztą już w książce: dzieci Franceski otrzymują pudełko z listami i innymi pamiątkami i na tej podstawie rekonstruują tajemnicę matki, a widzowie wraz z nimi. Ów chwyt wewnętrznego retrospektywnego planu czasowego uderzył mnie niegdyś w musicalu „Aida”, w którym zupełnie inaczej patrzy się na inicjalną/finalną scenę w muzeum przed obejrzeniem całej fabuły, a inaczej – gdy scena ta ją wieńczy. Chyba w przypadku obu spektakli robi się to ze łzami w oczach, jakkolwiek człowiek odżegnywałby się od ckliwości i pomstował na mit miłości romantycznej.
Choć „Co się wydarzyło...” jest dość przewidywalnym melodramatem, który można by sprowadzić do kiczowatej historii zdrady i rezygnacji, umiejętnie zagrany i pomyślany od strony realizatorskiej staje się ponadczasową opowieścią o dialektyce trafu i przeznaczenia. Kincaid mógł przecież zapukać do innych drzwi, a Francesca mogła wyjechać z rodziną na konkurs, mogła też uciec z ukochanym. Jej położenie nosi znamiona wyboru tragicznego, a widz ma szansę doznać oczyszczającego emocje katharsis. Przede wszystkim zaś musical ten z niezwykłą prawdą wyrazu mówi o pragnieniu, tęsknocie i wyrzeczeniu się czegoś, co być może okazuje się najważniejsze z perspektywy zawsze zbyt szybko mijającego czasu, wszak „to ginie we mgle – ty nie” („It All Fades Away”). Gdy Robert zwierza się, że po żonie została mu gitara, z którą nie wie, co począć, gdyż budzi w nim sentyment, ale i jakiś opór, Francesca bystrze zauważa: „Pewnie dlatego ją panu dała. Żeby nigdy pan o niej nie zapomniał”. Wspomnienie o „Co się wydarzyło…” również łatwo się nie zatrze, bo Wocial et consortes zdołali z niego zrobić spektakl nietuzinkowy. Clint Eastwood, który w swoim bez mała stuletnim życiu niejedną produkcję widział i ma w dorobku liczne role w kinowych hitach, przypuszczalnie by się ze mną zgodził.
Literatura:
Boryszewski C.: „Nie musimy iść na wojnę, by zrozumieć, co jest w życiu ważne”. Klub Jagielloński, 14.08.2026. https://klubjagiellonski.pl/2026/08/14/nie-musimy-isc-na-wojne-by-zrozumiec-co-jest-w-zyciu-wazne/ [dostęp: 4.10.2026].
Broadway w Polsce: post wideo na profilu na Facebooku, 12.09.2026. https://www.facebook.com/watch/?v=1402382151225461 [dostęp: 4.10.2026].
Waller R.J.: „Co się wydarzyło w Madison County”. Przeł. J. Manicki, W. Masiulanis. Warszawa 2003.
„Co się wydarzyło w Madison County”. Muzyka i teksty piosenek: Jason Robert Brown. Libretto: Marsha Norman. Na podstawie powieści Roberta Jamesa Wallera. Producent: Broadway w Polsce. Reżyseria i inscenizacja: Jakub Wocial. Przekład: Daniel Wyszogrodzki. Choreografia: Barbara Olech. Scenografia i kostiumy: Martyna Domozych. Kierownictwo muzyczne: Ignacy Matuszewski. Polska prapremiera: 13.09.2026 r., Teatr Studio w Warszawie.
Fot. Maciej Lipski.
Fot. Maciej Lipski.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

