TYLE PRZEGRAĆ (BARTEK WĘGLORZ: 'DOM. APOKRYF')
A
A
A
Powtarzam się, wiem, ale debiuty w Niszy do powtórzeń skłaniają. Kolejny egzemplarz w wyrazistej okładce Ryszarda Kajzera, kolejny mój zachwyt, kolejne poczucie, że trzeba by ten zachwyt utrwalić na piśmie. Bartek Węglorz w zwięzłej książce „Dom. Apokryf” proponuje bowiem opowieści, które nie powinny przejść bez echa na wydawniczym rynku, gdzie kameralne pozycje i, nomen omen, niszowe oficyny mają pod stromą górkę. No chyba że Nobel się trafi, ale specyfika Niszy raczej żadnego nie wróży, niestety (zwłaszcza że debiutujący autorzy i autorki nieraz po książce czy kilku przechodzą stamtąd do większych firm – i do głębszej weryfikacji pozostaje moje poparte kilkoma przykładami wrażenie, że często piszą wtedy książki od swoich niszowych słabsze, nawet jeśli niektórzy wciąż dobre).
Nie wiem, co i gdzie w przyszłości wyda Węglorz, na razie natomiast napisał świetną książkę o rodzeństwie. W pierwszej z dwóch części śledzimy losy Żółwia – czterdziestotrzyletniego „przygrywa”, który sam określa się mianem „ŻKŻ. Żałosny Kutas Żółw” (s. 9). O ile mężczyznom w kryzysie poświęca się coraz więcej uwagi w ramach non fiction, o tyle nie pamiętam, żebym czytała ostatnio tak przekonującą fikcyjną narrację o mężczyźnie, któremu nie wyszło. Żółw wrócił do rodzinnego domu na Śląsku Cieszyńskim, mieszka u matki z podobnie jak on pogubioną starszą siostrą, Anką. Gdzieś tam w mieście została żona z dziećmi. Nie brakuje tu czarnego humoru i „podkręconych” scen – jak te w domu kochanka Anki. Ale przede wszystkim jest wyczucie języka w mówieniu o porażce i o stopniowym zmierzaniu drogą męskich przodków, którzy mieli zwyczaj się wieszać.
Nieczęsto czyta się też takie brutalne zdania o uczuciach wobec dzieci: „Kocha je prawdziwie ojcowską miłością, bez granic, tylko przestał to czuć, ale jest pewien, że ta miłość gdzieś tam jest” (s. 31, podkr. – K.C.). A i odwieczne pęknięcia w relacjach rodzeństwa, jeszcze z dzieciństwa, uchwycono sugestywnie: „To nie była jego wina, wiedział to. Ona też. Ale takie rzeczy zostają, zwisają z sufitu i co jakiś czas trąca się je głową” (s. 17). Miało być wszystko inaczej, a teraz Żółw utknął – i nawet nie przynosi już ulgi kpienie z tych, którzy obsadzą dom tujami, na wakacje pojadą do Egiptu, a zimą obwieszą wszystko chińskimi bożonarodzeniowymi lampkami – taka kpina to bowiem zbyt oczywista samoobrona: „Jednym słowem, będą szczęśliwi. I niech im Bóg błogosławi. Zresztą Żółw też tak chciał” (s. 47).
Wśród kolejnych ciosów od losu i wizyt u religijnego naciągacza, który rzekomo ma je powstrzymywać, Żółwiowi trafi się jednak moment przebudzenia z marazmu – a Węglorz zaserwuje wtedy czytającym rasowy cliffhanger, zresztą na pohybel ludziom, którzy jak ja przyjmą ten chwyt raczej spokojnie, wszak na pewno już zaraz, z opowieści o Ance zwanej dawniej Manną, dowiemy się, co dalej.
Otóż nie – tak byłoby łatwiej, tymczasem Węglorz już w debiucie unika łatwizny. Drugą faktycznie mamy więc historię o Mannie, ale choć rozegra się w tytułowym domu, to cofniemy się parę dekad, by poznać losy dziewczyny, gdy ta wyprowadziła się do babci Sanny i dziadka Fróncka. Dostaniemy w ramach tej samej książki tekst zupełnie inny niż ten „żółwiowy”. Przy Żółwiu potoczysta – i nieraz potoczna – mowa współczesna, szybkie dialogi, gwałtowne sceny. Tu – coś na kształt powieści chłopskiej o dziewczęcym dorastaniu, napisanej stylem adekwatnym do takiej prozy. Perypetie Manny toczą się obok snutych równolegle losów Leszka Kocurka, chłopca z niepełnosprawnością intelektualną, który umiera wtedy, kiedy dziadek Manny. W połowie krótkiej książki mieści Węglorz między innymi pierwsze zauroczenia, a w miłosnym miotaniu się bohaterki widać impulsywność przyszłej Anny. Ale jest tu też odchodzenie – konkretnych ludzi i całego dawnego porządku, po którym niewiele zostanie w czasach, w których rozegra się, w „Domu. Apokryfie” pierwsza, historia Żółwia. We wczesnych losach Manny jeszcze mieszają się światy żywych i umarłych, jawy i snu, a zamiast szarlatana ze skrzydłami i jego groteskowych gestów trafić się może uwodzicielski utopiec czy uczestnictwo w odwiecznym rytuale. Jednak do czasu: „Odeszły zwierzęta, ich ciepło nie ogrzeje już tego domu, odeszła Sanna, a wraz z nią nocznice, utopce i beboki, co sumiennie straszyły Mannę, jak była mała” (s. 146).
Wiele tu tematów, sprytnie splecionych. Poza już wspomnianymi zostało ze mną jakieś poczucie przygnębienia wobec pytania, jak Mannę, którą „drażniła zwyczajność” (s. 83), dziewczynę mogącą czerpać dobre wzorce od babci czy z przeszłości jej i dziadka, w tym z opowieści o ich honorowych decyzjach, dorosłe życie tak pokiereszowało i zmieniło w Ankę znaną z części „Żółw”. Książka Węglorza, może gdzieś na marginesie, prowokuje do pytania, co zostaje z dawnych ambicji i formacyjnych doświadczeń, dlaczego życie mimo starań i perspektyw ostatecznie może się tak spektakularnie rozpaść lub co najmniej zbanalizować. I czy właśnie ostatecznie? Cóż, spryt pisarza w tym, że każdy musi sobie dopisać ciąg dalszy, ten z przejawem nadziei na inne jutro lub ten z czarną rozpaczą.
Nie jestem ze Śląska Cieszyńskiego, nie ocenię więc „od wewnątrz”, jak wyszło Węglorzowi oddanie lokalnego kolorytu. Dla kogoś „spoza” wszystko gra, zresztą to kolejna w Niszy książka, w której regionalne nachylenie nie zakłóca uniwersalności egzystencjalnej, tylko konkretyzuje realia, choćby stylizując mowę i przywołując wspomnienia możliwe tylko tam – jak te z wypraw z przepustkami na czeską stronę 1 listopada: „Wracali dopiero po zmroku. Z jarmilkami, lentilkami, dresami z napisem »jogging«. Mieli nowe buty na zimę i mandarynki. Na groby już nie było czasu, za ciotkę i jej czeską rodzinę modlili się w autobusie” (s. 123). Jest nawet słowniczek regionalizmów, z którego dowiedziałam się, że „sumeryja” to „awantura, kłopot” (s. 149). Swoją drogą, co za fantastyczne słowo, te „sumeryje”, komuś nieosłuchanemu z gwarą (chyba nie tylko mnie?) przywodzące na myśl jakieś kuszące mezopotamskie etymologie.
Ze wspomnianym słowniczkiem „Dom. Apokryf” to zaledwie sto pięćdziesiąt stron, co o tyle korzystne, że jak zaczęłam, tak nie mogłam się oderwać, a dało się skończyć w tym samym dniu. I chociaż oryginalniejsza wydaje mi się część o Żółwiu, tak ostra i mająca mniej odpowiedników w najnowszej polskiej prozie (podczas gdy bardziej melancholijna część o Mannie jednak trochę nasuwa na myśl różne od ponad dekady modne narracje, te wszystkie podlane realizmem magicznym coming-of-age na polskiej wsi bądź w małych miasteczkach), to ogólna ocena musi być wysoka. Nieczęsto trafia się tak dojrzały debiut, na dodatek sprawiający wrażenie, że mamy do czynienia z dwoma bardzo zróżnicowanymi, mocnymi debiutami w jednym tomie opatrzonym jednym nazwiskiem.
Nie wiem, co i gdzie w przyszłości wyda Węglorz, na razie natomiast napisał świetną książkę o rodzeństwie. W pierwszej z dwóch części śledzimy losy Żółwia – czterdziestotrzyletniego „przygrywa”, który sam określa się mianem „ŻKŻ. Żałosny Kutas Żółw” (s. 9). O ile mężczyznom w kryzysie poświęca się coraz więcej uwagi w ramach non fiction, o tyle nie pamiętam, żebym czytała ostatnio tak przekonującą fikcyjną narrację o mężczyźnie, któremu nie wyszło. Żółw wrócił do rodzinnego domu na Śląsku Cieszyńskim, mieszka u matki z podobnie jak on pogubioną starszą siostrą, Anką. Gdzieś tam w mieście została żona z dziećmi. Nie brakuje tu czarnego humoru i „podkręconych” scen – jak te w domu kochanka Anki. Ale przede wszystkim jest wyczucie języka w mówieniu o porażce i o stopniowym zmierzaniu drogą męskich przodków, którzy mieli zwyczaj się wieszać.
Nieczęsto czyta się też takie brutalne zdania o uczuciach wobec dzieci: „Kocha je prawdziwie ojcowską miłością, bez granic, tylko przestał to czuć, ale jest pewien, że ta miłość gdzieś tam jest” (s. 31, podkr. – K.C.). A i odwieczne pęknięcia w relacjach rodzeństwa, jeszcze z dzieciństwa, uchwycono sugestywnie: „To nie była jego wina, wiedział to. Ona też. Ale takie rzeczy zostają, zwisają z sufitu i co jakiś czas trąca się je głową” (s. 17). Miało być wszystko inaczej, a teraz Żółw utknął – i nawet nie przynosi już ulgi kpienie z tych, którzy obsadzą dom tujami, na wakacje pojadą do Egiptu, a zimą obwieszą wszystko chińskimi bożonarodzeniowymi lampkami – taka kpina to bowiem zbyt oczywista samoobrona: „Jednym słowem, będą szczęśliwi. I niech im Bóg błogosławi. Zresztą Żółw też tak chciał” (s. 47).
Wśród kolejnych ciosów od losu i wizyt u religijnego naciągacza, który rzekomo ma je powstrzymywać, Żółwiowi trafi się jednak moment przebudzenia z marazmu – a Węglorz zaserwuje wtedy czytającym rasowy cliffhanger, zresztą na pohybel ludziom, którzy jak ja przyjmą ten chwyt raczej spokojnie, wszak na pewno już zaraz, z opowieści o Ance zwanej dawniej Manną, dowiemy się, co dalej.
Otóż nie – tak byłoby łatwiej, tymczasem Węglorz już w debiucie unika łatwizny. Drugą faktycznie mamy więc historię o Mannie, ale choć rozegra się w tytułowym domu, to cofniemy się parę dekad, by poznać losy dziewczyny, gdy ta wyprowadziła się do babci Sanny i dziadka Fróncka. Dostaniemy w ramach tej samej książki tekst zupełnie inny niż ten „żółwiowy”. Przy Żółwiu potoczysta – i nieraz potoczna – mowa współczesna, szybkie dialogi, gwałtowne sceny. Tu – coś na kształt powieści chłopskiej o dziewczęcym dorastaniu, napisanej stylem adekwatnym do takiej prozy. Perypetie Manny toczą się obok snutych równolegle losów Leszka Kocurka, chłopca z niepełnosprawnością intelektualną, który umiera wtedy, kiedy dziadek Manny. W połowie krótkiej książki mieści Węglorz między innymi pierwsze zauroczenia, a w miłosnym miotaniu się bohaterki widać impulsywność przyszłej Anny. Ale jest tu też odchodzenie – konkretnych ludzi i całego dawnego porządku, po którym niewiele zostanie w czasach, w których rozegra się, w „Domu. Apokryfie” pierwsza, historia Żółwia. We wczesnych losach Manny jeszcze mieszają się światy żywych i umarłych, jawy i snu, a zamiast szarlatana ze skrzydłami i jego groteskowych gestów trafić się może uwodzicielski utopiec czy uczestnictwo w odwiecznym rytuale. Jednak do czasu: „Odeszły zwierzęta, ich ciepło nie ogrzeje już tego domu, odeszła Sanna, a wraz z nią nocznice, utopce i beboki, co sumiennie straszyły Mannę, jak była mała” (s. 146).
Wiele tu tematów, sprytnie splecionych. Poza już wspomnianymi zostało ze mną jakieś poczucie przygnębienia wobec pytania, jak Mannę, którą „drażniła zwyczajność” (s. 83), dziewczynę mogącą czerpać dobre wzorce od babci czy z przeszłości jej i dziadka, w tym z opowieści o ich honorowych decyzjach, dorosłe życie tak pokiereszowało i zmieniło w Ankę znaną z części „Żółw”. Książka Węglorza, może gdzieś na marginesie, prowokuje do pytania, co zostaje z dawnych ambicji i formacyjnych doświadczeń, dlaczego życie mimo starań i perspektyw ostatecznie może się tak spektakularnie rozpaść lub co najmniej zbanalizować. I czy właśnie ostatecznie? Cóż, spryt pisarza w tym, że każdy musi sobie dopisać ciąg dalszy, ten z przejawem nadziei na inne jutro lub ten z czarną rozpaczą.
Nie jestem ze Śląska Cieszyńskiego, nie ocenię więc „od wewnątrz”, jak wyszło Węglorzowi oddanie lokalnego kolorytu. Dla kogoś „spoza” wszystko gra, zresztą to kolejna w Niszy książka, w której regionalne nachylenie nie zakłóca uniwersalności egzystencjalnej, tylko konkretyzuje realia, choćby stylizując mowę i przywołując wspomnienia możliwe tylko tam – jak te z wypraw z przepustkami na czeską stronę 1 listopada: „Wracali dopiero po zmroku. Z jarmilkami, lentilkami, dresami z napisem »jogging«. Mieli nowe buty na zimę i mandarynki. Na groby już nie było czasu, za ciotkę i jej czeską rodzinę modlili się w autobusie” (s. 123). Jest nawet słowniczek regionalizmów, z którego dowiedziałam się, że „sumeryja” to „awantura, kłopot” (s. 149). Swoją drogą, co za fantastyczne słowo, te „sumeryje”, komuś nieosłuchanemu z gwarą (chyba nie tylko mnie?) przywodzące na myśl jakieś kuszące mezopotamskie etymologie.
Ze wspomnianym słowniczkiem „Dom. Apokryf” to zaledwie sto pięćdziesiąt stron, co o tyle korzystne, że jak zaczęłam, tak nie mogłam się oderwać, a dało się skończyć w tym samym dniu. I chociaż oryginalniejsza wydaje mi się część o Żółwiu, tak ostra i mająca mniej odpowiedników w najnowszej polskiej prozie (podczas gdy bardziej melancholijna część o Mannie jednak trochę nasuwa na myśl różne od ponad dekady modne narracje, te wszystkie podlane realizmem magicznym coming-of-age na polskiej wsi bądź w małych miasteczkach), to ogólna ocena musi być wysoka. Nieczęsto trafia się tak dojrzały debiut, na dodatek sprawiający wrażenie, że mamy do czynienia z dwoma bardzo zróżnicowanymi, mocnymi debiutami w jednym tomie opatrzonym jednym nazwiskiem.
Bartek Węglorz: „Dom. Apokryf”. Nisza. Warszawa 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

